People Of The Sun – People Of The Sun

Maciej Niemczak

Orzeł to symbol Polski, zaś kiwi - Nowej Zelandii. Z czym jeszcze kojarzy Wam się to wyspiarskie państwo położone na Pacyfiku? Na pewno z przepięknymi krajobrazami, które wykorzystano m.in. w filmach ''Władca Pierścieni'' i ''Hobbit''. To naturalnie nie przypadek, bo reżyserował je Peter Jackson, jeden z najsłynniejszych Nowozelandczyków. Równie sławny (jeśli już jesteśmy przy filmach) jest oczywiście Russel Crowe. A co z muzyką ? No właśnie, mało kto orientuje się w tym temacie. Jeśli ktoś (bez zaglądania do internetu) zna więcej niż dwie nazwy zespołów z tego kraju, zyskuje z mojej strony dozgonny szacunek za ogromną wiedzę muzyczną. Dziś zajmę się nowością z ubiegłego roku, ale obiecuję, że niebawem wrócę na łamy MLWZ z recenzjami starszych płyt nowozelandzkich wykonawców, bo zasługują na to. Zdziwicie się jakie perełki można było odnaleźć w tym odległym i tajemniczym dla nas zakątku świata.

Dzisiejsza propozycja dla Was to album ''People Of The Sun'' zespołu o tej samej nazwie. Jest to trio z New Plymouth, w skład którego wchodzą: Joseph Anderson (gitara, wokal prowadzący), Tom Scrase (perkusja, Taonga Puoro, wokal) oraz Djordje Nikolic (gitara basowa, wokal). Nie jest to może materiał bardzo łatwy w odbiorze, ale jest w nim magia, która wciąga słuchacza kolejnymi frazami i prowadzi do potężnego zakończenia. Oto co powiedzieli twórcy tych frapujących kompozycji: ''Naszym celem było stworzenie albumu, który będzie tak głęboko połączony koncepcyjnie i emocjonalnie, jak płyty, które nas ukształtowały. Albumy, które kochaliśmy, nie były tylko zbiorami piosenek – niosły nas gdzieś, rozwijając się jako pełne, potężne doświadczenie". Co nam przedstawiają trzej panowie z Nowej Zelandii? 7 utworów, które trwają łącznie 44 minut i 57 sekund. Czego możecie oczekiwać? Zespół łączy rocka, metal, psychodelię, soul, jazz i rdzenne brzmienia w dziką i sugestywną nową, nienazwaną jeszcze formę. Ich muzyka nie tylko rozbrzmiewa przez głośniki – przywołuje krajobrazy Aotearoi i historie jej mieszkańców. Fragmentami przypomina Australijczyków z Karnivool (których uwielbiam), ale możemy też momentami usłyszeć dźwięki przywodzące na myśl mistrzów z grupy Hawkwind.

Otwierający tę płytę utwór ''The Call'' przywołuje obraz śpiącej istoty stopniowo przywracanej do świadomości (najpierw bicie serca, potem oddech). Ta krótka kompozycja (1:31 min) oparta jest na perkusji nałożonej na tradycyjny maoryski instrument o nazwie taonga puoro. To wystarczająco długo, by wzbudzić zainteresowanie, ale nie zdradza, co nadejdzie. Na końcu słyszymy ''szuranie'', które wprowadza nas w ''Lisurgen'' (debiutancki singel zespołu). Ten epicki utwór trwa 8 minut, ale to nie najdłuższy numer na albumie. Tekst jest pseudo-seksualny, który pozostawia wiele miejsca na interpretację (zgodnie zresztą z zamierzeniem) - czy to więź między dwiema osobami, czy też większa relacja między Papatūānuku (Matką Ziemią), a Ranginui (Ojcem Nieba)? Zaczyna się spokojnie, podprowadzając słuchacza do eksplozji gitary i wokalu, która następuje tuż przed drugą minutą i trwa kilkadziesiąt sekund. Następnie bas wraca do początkowego klimatu, ewoluując w przyjemny, progowy riff. Gitara z kolei staje się piękną progresją potężnych akordów, wokale natomiast eksplodują na jeszcze mocniejszym poziomie. To świetnie wyprodukowany kawałek. Ze swoją zmienną instrumentacją i niesamowitym groovem jest znakomity od początku do końc . Nieziemsko pięknie brzmi bas Djordje’a...

Najdłuższy na albumie utwór ''The Seed'' (11:19 min) balansuje na granicy psychodelii (zwłaszcza na początku), metalu i progresywnego rocka. Czuć tu ducha Tool. Nie sposób nie pochwalić Josepha, który kolejny raz udowadnia jak świetnym jest wokalistą. Dzięki mistrzowskiej kontroli różnych nastrojów, utwór (pomimo swojej długości) w ogóle nie nuży.

''Elders'' (6:12 min) to następna kompozycja na tym albumie. Odnosi się do przekazywania wiedzy, edukacji i pamięci. A w centrum jest matka (Papatūānuku) oraz kaitiakitanga – jesteśmy strażnikami, by zachować i kontynuować tę wiedzę. ''Tylko prawda pozostanie, Tylko morze zostanie, Tylko jej serce zostanie'' - tak śpiewa w końcowym refrenie Anderson. Początek to dość ponury bas (niczym w Anathemie), do którego dołączają subtelna perkusja, atmosferyczna gitara, maoryski śpiew i w pewnym momencie taonga puoro, na którym gra Tom. A pomiędzy tym wszystkim pojawia się eteryczny wokal Josepha. Bardzo spokojny to utwór, który uwalnia fantazję. Czujemy się jakbyśmy dryfowali po wodach Pacyfiku, przy jednej z wysp Nowej Zelandii...

''10,000 Things'' to króciutki (1:32 min) numer, w której słyszymy jedynie marzycielskie riffy gitarowe oraz subtelny bas. To odrobina przemyślanego piękna wśród potężnych kompozycji...

''Sky'' to kolejny długi utwór na tej płycie (8:50 min). Tekstowo odnosi się do trudnych zagadnień związanych z ciężkimi chwilami w życiu i namawia do przeciwstawienia się nim. Muzycznie wraca do bardziej gitarowo perkusyjnego klimatu, odzwierciedlającego ciężar walki i przetrwania. mnóstwo tu zmian tempa, przez co te niemal dziewięć minut zleci nie wiadomo kiedy... Panuje tu Karnivoolowski klimat i dlatego tak bardzo polubiłem ''Niebo''.

No i dobrnęliśmy do końca tego albumu, co zresztą oznajmia nam tytuł finałowej kompozycji - ''Last Song (Keep Burning)''. Trwa 7:27 min i spowalnia nieco klimat po rozedrganym ''Sky''. Myślę, że miłośnicy Anathemy poczują się ukontentowani po wysłuchaniu tego utworu. Zaczyna się dosyć refleksyjnie, ale po około minucie tempo zaczyna narastać. Po upływie ponad czterech minut eksploduje feerią pulsujących basów i perkusji, by osiągnąć (w postaci ostrej gitary) kulminację w szóstej minucie. Na samym końcu następuje wyciszenie - brakuje tylko odgłosu fal odbijających się od strzelistych fiordów... ''Miłość jest nieśmiertelna. Miłość jest nieograniczona'' - to końcowa kwestia i jednocześnie odpowiednie przesłanie albumu, który powinien przetrwać próbę czasu. Ja w każdym bądź razie zapamiętuję tę nazwę – to wyjątkowo udany debiut trójki z New Plymouth. Świetna robota, panowie! Szczerze wszystkim polecam i serdecznie zapraszam do zapoznania się z materiałem zawartym na tej znakomitej płycie.

MLWZ album na 15-lecie Festiwal Rocka progresywnego w Toruniu: znamy wykonawców Mostly Autumn Weekend 2026 Zespół Rush wystąpi w Krakowie Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026 Red Box na trzech koncertach w Polsce