Dziwna to płyta. Jedna z tych nieoczywistych. Jedna z tych, które w tym samym momencie zniechęcają i zachęcają do słuchania. Nie jest to możliwe…? Ależ jest. Brutalnie można by nazwać uczucia towarzyszące słuchaniu tego krążka ambiwalencją, bo oto siedem utworów zagranych na tym krążku w sposób jednoczesny pozwala na przeżywanie sprzecznych emocji i pragnień. Nie ma tu żadnej możliwości na zwykłe rozróżnienie zero-jedynkowe, podoba się–nie podoba się. Dostajemy do rąk album na wpół balladowy, lekko artrockowy, jednocześnie pełen ładnych gitarowych pasaży i solówek, koncentrujący się na nastroju, atmosferze, pokazywaniu dramatycznych obrazów i narracyjnej melancholii podczas opowieści o powolnym i bolesnym rozpadzie rodziny.
To druga część z cyklu opowieści o sprawach ważnych w wykonaniu norwesko-portorykańskiego muzyka i filmowca Paulo Chavarríi. Na swym poprzednim wydawnictwie tematem przewodnim uczynił przygody, losy, dzieje człowieka na brzegu rzeki. Album „Man On The Shore” (2024), mimo, że powstał wcześniej, jest z punktu widzenia snutej opowieści albumem późniejszym. Losy człowieka na brzegu rzeki są konsekwencją tego, co zostało w bardzo emocjonalny sposób przedstawione na najnowszym albumie artysty, który ukazał się 17 kwietnia tego roku. I jeżeli o tamtym krążku mówi się, że był „kinowym” i „eterycznym”, to ten najnowszy jest z jednej strony swoistym rozdrapywaniem ran, a z drugiej momentami mroczną, momentami liryczną opowieścią o zagubionych, nie zauważonych sposobach, drogach, możliwościach uniknięcia dramatów codzienności. Aby to zrozumieć trzeba tylko pozwolić samemu sobie, jako słuchaczowi tej nieoczywistej produkcji muzycznej, by jej narracja rozwijała się bardzo powoli, by zanurzać się w opowiadanych i granych utworach tak krok po kroku, bo (jak mi się wydaje) nie ma tu jakiegoś muzycznego faworyta, jakiegoś „hitu”. Są kompozycje, które niejako od razu trafiają w gust słuchacza, ale też są takie, które tego słuchacza zdobywają… tak nuta po nucie.
I tylko proszę nie pomyśleć, że to kolejny dołująco-depresyjny album. Raczej nazwałbym go albumem budującym czterdziestojednominutowy obraz świata za pomocą w sumie prostych środków wyrazu, których zadaniem jest rozbudzenie wszystkich emocji i… targanie nimi we wszystkich kierunkach z dominującym uczuciem rezygnacji i następującym po nim poczuciem pustki. Każda minuta spędzona na słuchaniu przynosi coraz to nowe muzyczne skojarzenia i odkrycia. A to jakby trochę Anathema, może Rhys Marsh, jakby wokalnie liryczny Riverside, lekko gitarowo a’la Pink Floyd, może jeszcze piosenkowe utwory w stylu Porcupine Tree i do tego przemycone dźwięki latyno-amerykańskie gdzieś tam pulsujące na trzecim czy czwartym planie…
I proszę tylko nie próbować przesłuchać tego nietuzinkowego krążka w całości, za przysłowiowym jednym zamachem. Proszę po prostu tego nie robić. W ten sposób można jedynie „zabić smak” tego wydawnictwa.
„Earth Bled Black” to porcupinowski początek z syntezatorami w tle i gitarą akustyczną. To zgaszony wokal otoczony blackfieldowskimi aranżacjami… Niepokojący i jakoś jednak taki pejzażowy niczym deszczowo smutny wieczór.
„Vulture” ze swoim gitarowo-statycznym początkiem i pełnym elektroniki backgroundem powoduje, że podskórnie czujemy, że jesteśmy częścią opowiadanego dramatu osładzanego przez skrzypce i snującą się orkiestrację.
„Her Favorite Art” pulsuje całą gamą elektronicznych dźwięków, tworząc pomieszaną stylistycznie, ale ciągle melodyjnie niepokojącą, całość. Ładne pasaże gitary, syntezatorowe zawodzenia, orkiestracje i… jakby wzięte z innej bajki drażniące wstawki. Ale jak to wszystko brzmi!
„Unread Letter To The Blind” – czyż to nie wokal a’la Mariusz Duda…? I ten ponownie niepokojący muzyczny spokój, który z niewiadomych przyczyn wcale nie brzmi jak jakaś swawolna piosenka o niczym. Nie przynosi oddechu, wprawia w zadumę i jest przyczyną pogłębiającego się smutku i melancholii.
„Cold War In Silence” – a może jeszcze do tego dodać nastrój niczym z płyt zespołu The Pineapple Thief z tą mocno brzmiącą linią basu i gitarą ozdabiającą tę kompozycję pojedynczymi dźwiękami solo? Stawiam na bas – brzmi niczym zastraszone serce pełne niepokoju i żalu.
„Erase”, pomimo pląsających dźwięków klawiszy i gitary, to panujące przygnębienie. Ballada-nie ballada. Pod pozornym spokojem słychać żal lekko łagodzony rozwlekłym gitarowym solo a’la David Gilmour. To najbardziej nastrojowy utwór z tego krążka. Bezwzględnie do posłuchania jako osobna kompozycja, jako wieczorny singiel tuż przed zamknięciem „zmęczonego życiem” ciała i ducha.
Finałowy „Lost For Words” to bardzo egzotycznie brzmiąca kompozycja z nietuzinkową aranżacją nieprzystającą do poprzednich, mimo szeregu prób scalenia jej pasażami klawiszy. To najbardziej ekscentryczny utwór z tego krążka, który jest zmieszaniem pulsującym z każdą sekundą trwania innymi dźwiękami. To zarazem nietuzinkowe zakończenie burzące dominujący nastrój zadumy i lekkiego niepokoju.
Proszę nie próbować słuchać tego albumu „na raz”, o ile się Państwo na niego zdecydują. Zespół, choć właściwie jest to projekt jednoosobowy, nazywa się Ozul i pochodzi z Norwegii. Tytuł tego krążka – „Stillborn Hope Vol. I” - pozwala przypuszczać, że będzie ciąg dalszy. Pierwsza płyta tego jednoosobowego projektu pt. „Provenance” została uznana za jedną z płyt roku 2023 przez progrock.com. Druga, wspomniana już, pt. „Man On The Shore” została wykorzystana w filmie wyprodukowanym przez Paulo Chavarríię pt. „The Bothersome Father”. Obecna jest kolejną odsłoną opowieści o sprawach, o których się nie mówi. Jest zbiorem utworów, które zapadają w pamięć i sprawiają, że każdorazowe słuchanie dostarcza szeregu coraz to nowych skojarzeń. Warto!
