Winter Of Our Years, The – Soundscapes II

Maciej Niemczak

The Winter Of Our Years to współczesny projekt muzyczny z nurtu rocka progresywnego, pochodzący z Portoryko. Został założony przez multiinstrumentalistę Raúla Quiñonesa, który odpowiada za większość instrumentów, w tym gitary, bas i instrumenty klawiszowe. Muzykę zespołu można opisać jako melodyjny i klimatyczny instrumentalny rock progresywny (często symfoniczny), łączący nowoczesną wrażliwość z przestrzennymi pejzażami dźwiękowymi. Projekt stawia na głębię emocjonalną, wykorzystując m.in. brzmienia wiolonczeli i skrzypiec, co nadaje mu refleksyjny i kinowy charakter. Mimo krótkiego stażu, zespół jest bardzo płodny artystycznie. Dotychczasowa dyskografia obejmuje: ''In The Edge of Sanity'' (2024), ''The Winter Of Our Years'' (maj 2025), ''Soundscapes'' (listopad 2025) i ''Soundscapes II'' (styczeń 2026). Oprócz Raúla w skład zespołu wchodzą: Madeline Alicea (skrzypce) i Shary Luciano (wiolonczela). Według biografii Quiñonesa, projekt powstał jako forma muzycznej ucieczki po trudnych doświadczeniach ostatnich lat, niosąc ostatecznie przesłanie nadziei. W opiniach krytyków zespół doceniany jest za spokojne, nienachalne budowanie nastroju i instrumentalną atmosferę.

''Soundscapes II'', to dowód na to, że cisza bywa najgłośniejszą formą wyrazu. Raúl Quiñones, niczym malarz pejzażysta, stworzył album, który jest dźwiękowym odpowiednikiem długiej, samotnej podróży przez krajobraz, w którym zima nie jest tylko porą roku, ale stanem ducha. To nie jest typowy album rockowy. Jest raczej cyklem muzycznych fresków, w których rock progresywny podaje rękę neoklasycznemu nastrojowi. Quiñones zrezygnował z technicznych fajerwerków na rzecz budowania przestrzeni. Jego gitara nie krzyczy – ona szepcze, odbijając się echem od fundamentów, które wznoszą dla niej wiolonczela i skrzypce. Smyczki w tych nagraniach są niczym pociągnięcia pędzla na wilgotnym płótnie; rozmywają krawędzie dźwięków, nadając im niemal fizyczny ciężar melancholii. Muzyka na tej płycie oddycha. Słychać w niej pulsowanie oceanu i spokój opuszczonych miast. To rock progresywny w swojej najbardziej introwertycznej formie – tam, gdzie liczy się barwa dźwięku, a nie jego prędkość.

Pierwsze minuty albumu to moment wyjścia z domu w mroźny poranek. Powietrze jest krystaliczne, a my czujemy się jedynymi ludźmi na świecie. To dźwięk absolutnej wolności, która rodzi się z izolacji. W środkowej części płyty smyczki stają się gęstsze. To moment, w którym „Soundscapes II” zagląda w głąb naszych wspomnień. Muzyka staje się tu bardziej osobista, niemal bolesna, ale wciąż pełna szlachetnej godności. Ostatnie kompozycje przynoszą ukojenie. To nie jest smutek, który przytłacza; to smutek, który oczyszcza. Album kończy się nie kropką, lecz zawieszeniem głosu, pozostawiając słuchacza w stanie głębokiego, kojącego spokoju. Płyta składa się z 9 nagrań i trwa 53 minuty. Zapraszam zatem w ciekawą podróż z trójką utalentowanych Portorykańczyków.

Utwór otwierający (''Things We Never Said)'' stanowi jeden z najbardziej poruszających punktów tej dźwiękowej wędrówki. Sam tytuł – „Rzeczy, których nigdy nie wypowiedzieliśmy” – sugeruje, że wkraczamy w sferę niedopowiedzeń i emocji, które są zbyt ciężkie, by ubrać je w słowa. To kompozycja, w którym Shary Luciano wychodzi na plan pierwszy. Jej wiolonczela nie tylko akompaniuje; ona dosłownie mówi. Długie, niskie i lekko drżące frazy naśladują intonację ludzkiego głosu, który próbuje wyrzucić z siebie skrywany żal. Raúl buduje tu tło za pomocą gitary elektrycznej o długim sustainie i dużej dawce pogłosu (reverb). Jego gra jest oszczędna – każda nuta wydaje się być starannie przemyślana, by nie zakłócić intymności smyczków. To brzmienie kojarzące się z najbardziej nastrojowymi momentami Davida Gilmoura. Perkusja generowana z komputera potęguje wrażenie zawieszenia w próżni. Rytm wyznacza jedynie puls emocji i powolne zmiany harmoniczne, co nadaje kompozycji charakter niemal sakralny. Muzyka oddaje ten duszny stan, gdy wiemy, że na pewne rozmowy jest już za późno. To dźwiękowy zapis wszystkich listów, których nie wysłaliśmy, i wszystkich „przepraszam”, które utknęły w gardle. Brzmienie gitary w tym utworze jest jak krople deszczu uderzające o szybę w pustym pokoju – miarowe, chłodne, a jednak na swój sposób kojące. ''Things We Never Said'' to serce albumu, w którym The Winter Of Our Years definiuje swoją istotę. To moment, w którym rock progresywny przestaje być gatunkiem muzycznym, a staje się czystym nośnikiem empatii. Raúl Quiñones udowadnia tutaj, że potrafi uchwycić melancholię w sposób szlachetny, pozbawiony taniego sentymentalizmu. Nagranie to brzmi jak zaproszenie do szczerości z samym sobą. Uświadamia nam, że choć pewne rzeczy pozostaną niewypowiedziane, muzyka daje im przestrzeń, by mogły wybrzmieć i ostatecznie przynieść nam ulgę.

Jeśli ''Things We Never Said'' było ciężkim, ziemskim żalem, to ''A Tear In The Sky'' jest jego eterycznym odbiciem. To utwór, który nie atakuje słuchacza, lecz zaprasza go do wspólnego, cichego zawieszenia wzroku na horyzoncie. Jest w nim coś z ducha najspokojniejszych pejzaży Steve’a Hacketta. Raúl Quiñones gra tu z niezwykłą delikatnością. Zamiast gęstych ścian dźwięku, słyszymy pojedyncze, krystaliczne nuty, które niosą ze sobą ogromny ładunek tęsknoty. Gitara brzmi tu jak dalekie echo, które niesie się nad zamarzniętym jeziorem. Skrzypce Madeline Alicea nie przecinają tu przestrzeni, lecz miękko się w nią wtapiają. Ich partia przypomina powolny ruch chmur – jest płynna, łagodna i wybitnie nostalgiczna. Wiolonczela Shary Luciano dodaje do tego głęboki, kojący fundament, który sprawia, że ta „łza” nie jest gorzka, lecz oczyszczająca. To utwór statyczny w najpiękniejszym tego słowa znaczeniu. Nie dąży do kulminacji, nie narasta gwałtownie. Pozostaje w jednej, nastrojowej tonacji, pozwalając słuchaczowi na całkowite zanurzenie się w melancholii. Tytułowa „łza” nie jest symbolem rozpaczy, ale raczej soczewką, przez którą patrzymy na przeszłość. Muzyka oddaje ten specyficzny stan, w którym ból staje się już tylko wspomnieniem, a my potrafimy dostrzec w nim smutne piękno. Utwór brzmi jak pożegnanie, które odbywa się bez słów, w pełnym słońcu mroźnego dnia. To celebracja tego, co było, ujęta w ramy krystalicznie czystego dźwięku. ''A Tear In tThe Sky”, jako drugie nagranie, pełni rolę emocjonalnego uspokojenia. Pogłębia on nastrój zadumy wprowadzony w otwarciu, ale odejmuje mu ciężaru. Sprawia, że album ''Soundscapes II'' staje się lżejszy, bardziej świetlisty. To idealny pomost prowadzący do ''The Years Between Sun And Silence '' – przejście od jasnej, dziennej nostalgii ku ciemniejszym i ostrzejszym barwom.

Wspomniany ''The Years Between Sun And Silence'' to gwałtowny impuls, który przecina dotychczasowy spokój płyty. To nie jest powolne zapadanie w sen, lecz nagłe, intensywne doświadczenie ciemności, która tętni życiem i energią. Jest to najkrótszy, a zarazem najbardziej zwarty i dynamiczny moment na płycie. Raúl Quiñones porzuca tu rozległe pejzaże na rzecz skondensowanej, niemal nerwowej energii, która udowadnia, że w tytułowych „latach między słońcem a ciszą” kryje się drapieżna siła. To tutaj bębny stają się głównym aktorem. Ich obecność nadaje kompozycji niemal rockowego, progresywnego nerwu. To puls, który wypełnia próżnię między jasnymi wspomnieniami („Sun”) a nadchodzącym wyciszeniem („Silence”). Rytm jest konkretny, nowoczesny i pcha utwór do przodu z niespotykaną wcześniej siłą. Raúl Quiñones rezygnuje z ambientowego rozmycia. Słyszymy krótkie, konkretne frazy i drapieżne riffy, które współpracują z perkusją w idealnej symbiozie. To brzmienie jest bliskie, surowe i pozbawione zbędnych ozdobników – liczy się tylko czysta energia. Madeline Alicea i Shary Luciano rezygnują z długich, śpiewnych linii na rzecz partii granych staccato. Ich instrumenty wspierają sekcję rytmiczną, dodając utworowi drapieżności i udowadniając, że czas między skrajnościami ma w sobie ogromną, skumulowaną siłę. Tytułowe „lata” to w tym ujęciu nie bezmiar czasu, ale jego najgęstszy, tętniący adrenaliną punkt. Muzyka oddaje ten moment, gdy w zawieszeniu między tym, co było, a tym, co będzie, nagle wyostrzają się nam zmysły. utwór działa jak gwałtowne przejście przez tunel łączący dwie różne krainy – jest szybki, konkretny i kończy się dokładnie wtedy, gdy napięcie osiąga swój szczyt.

Jako najdłuższa kompozycja na płycie, ''The Endless Climb'' jest sercem albumu, w którym czas przestaje mieć znaczenie, ustępując miejsca czystej, muzycznej narracji. To tutaj zespół ma najwięcej przestrzeni, by w pełni wybrzmiały wszystkie emocje – od pierwszej kropli żalu po ostatni akt instrumentalnej walki. Dzięki swojej długości utwór pozwala na powolną, niemal filmową ewolucję. Smutna wiolonczela w początkowej fazie ma czas, by wybrzmieć do końca, osadzając słuchacza w głębokiej rezygnacji, zanim gwałtownie przerwie ją rockowy impuls. Centralna część utworu to fascynujący, rozbudowany pojedynek. Drapieżna gitara i wysokie, ostre skrzypce toczą tu bitwę, która dzięki metrażowi utworu może wielokrotnie zmieniać swoje oblicze – od otwartej konfrontacji po momenty wzajemnego osaczania się. W tym instrumentalnym starciu nie ma jednak zwycięzców – gitara i skrzypce wydają się być dwiema stronami tej samej natury, skazanymi na wieczny dialog w drodze na szczyt. W tę gęstą strukturę wpleciono lekko jazzujące klawisze. Pojawiają się one w kilku momentach jako intelektualne pauzy – to krótkie przystanki wspinacza, chwile na złapanie oddechu, które dzięki długości utworu nie wydają się wymuszone, lecz naturalnie wypływają z toku opowieści. Dynamiczna perkusja napędza ten monumentalny trud, podczas gdy wstrzemięźliwy, ukryty w tle bas pełni rolę liny asekuracyjnej, trzymając w ryzach tę ponad dziesięciominutową konstrukcję. To, że utwór trwa najdłużej, sugeruje, że „niekończąca się wspinaczka” nie jest tylko epizodem, ale najważniejszym procesem w życiu bohatera tej płyty. Muzyka oddaje znoje, które trwają godzinami, i myśli, które zapętlają się w głowie podczas walki z własną słabością. W ''The Endless Climb'' Raúl Quiñones udowadnia swoje mistrzostwo w budowaniu długich form progresywnych. To utwór, który wyczerpuje, ale też nagradza słuchacza za cierpliwość, stając się kulminacją wszystkiego, co w The Winter Of Our Years najpiękniejsze i najbardziej bolesne.

''Repentance'' to utwór pełen kontrastów i gwałtownych zwrotów akcji – prawdziwy popis progresywnego rzemiosła, ukryty pod zwodniczo "pokutnym" tytułem. To nie jest spokojny rachunek sumienia, to emocjonalny rollercoaster. Ten utwór to czysta energia i zaskoczenie. Raúl Quiñones zrzuca tu maskę melancholii i zaprasza nas do szalonej, instrumentalnej jazdy, która udowadnia, że The Winter Of Our Years potrafi łączyć najbardziej odległe muzyczne światy. Kompozycja otwiera się gwałtownie, partiami klawiszy, które brzmią jak żywcem wyjęte z lat 70. – to hołd dla dawnych mistrzów prog rocka, takich jak Yes czy ELP. Ten krótki wstęp buduje klimat nostalgii, która po chwili eksploduje nowoczesnością. Po chwili pojawia się gitara Raúla, ale w zupełnie nowym, "fusionowym" stylu. Jest drapieżna, szybka i pełna jazzrockowej wirtuozerii, co nieco kontrastuje z resztą płyty. Perkusja jest bardzo dynamiczna. Jej gęsty, motoryczny rytm nadaje kompozycji szalonego pędu, przypominającego jazdę rollercoasterem – w górę, w dół, z gwałtownymi zakrętami. Utwór to seria gwałtownych zmian: na krótko ujawniają się skrzypce, ustępując miejsca drapieżnej gitarze, by po chwili znów oddać pole klawiszom. To ciągła wymiana ciosów i energii między instrumentami, która nie pozwala na chwilę oddechu. Tytuł ''Repentance'' nabiera tu nowego znaczenia. Może skrucha to nie smutek, ale energia, która zmusza nas do ciągłego ruchu, do ciągłej zmiany perspektywy? Muzyka oddaje ten stan, w którym musimy mierzyć się z chaosem własnych decyzji. Utwór brzmi jak skomplikowany, szalony mechanizm zegarowy, który wymknął się spod kontroli, ale działa z niezwykłą precyzją.

Po gwałtownych szarpnięciach i fuzji stylów w ''Repentance'', ponad ośmiominutowy ''What We Saved Each Other From'' wchodzi z gracją wybawiciela i pełni rolę emocjonalnego azylu. Jeśli poprzednie kompozycje były walką i znojem, tutaj Raúl Quiñones buduje przestrzeń wdzięczności i ukojenia. To ponad osiem minut muzyki, która nie pędzi, lecz rozlewa się szeroko, niczym spokojna rzeka po burzy. Shary Luciano i Madeline Alicea przestają ze sobą “walczyć” (jak w ''The Endless Climb'') i zaczynają grać w doskonałej unii. Ich smyczki splatają się w długich, śpiewnych liniach, tworząc poczucie bezpieczeństwa i wzajemnego wsparcia. To dźwiękowy zapis tytułowego ''ratunku'' – muzyczna rekoncyliacja, w której smyczki nie szukają już dominacji, lecz schronienia we wspólnym brzmieniu. Quiñones gra tu partie, które są esencją nastrojowego progresu. Gitara posiada ciepłe, głębokie brzmienie pełne długich nut o krystalicznym pogłosie. Słychać tu echa najpiękniejszych ballad Steve’a Hacketta – to granie pełne godności, które nigdzie się nie spieszy. Mimo że utwór jest nastrojowy, perkusja gra z niemal hymniczną podniosłością. Nie jest to jednak drapieżność, lecz miarowy, dostojny puls, który nadaje kompozycji filmowego, epickiego rozmachu. Subtelne plamy syntezatorów w tle budują ogromną przestrzeń, sprawiając, że utwór brzmi, jakby był nagrywany w wielkiej katedrze lub pod otwartym, gwieździstym niebem. Bas jest dostojny niczym stuletni dąb. Mimo obecnej w tle melancholii, dominuje tu poczucie triumfu nad samotnością. ''What We Saved Each Other From'' to emocjonalna przystań i daje słuchaczowi czas na przemyślenie całej dotychczasowej drogi.

''The Silence You Left Behind'' w strukturze albumu pełni rolę pomostu, który nadaje melancholii konkretny, niemal rockowy kształt. Tytułowa cisza nie oznacza tu braku dźwięku – to raczej hałas myśli, które zostają w głowie, gdy zabraknie drugiej osoby. Utwór otwiera i zamyka gitara akustyczna Raúla Quiñonesa. Jej czyste, oszczędne brzmienie tworzy ramę dla utworu, sugerując intymność i powrót do punktu wyjścia. To momenty, w których tytułowa „cisza” jest najbardziej odczuwalna. W środkowej części nagrania następuje nagły zwrot. Pojawia się gitara elektryczna, która przejmuje narrację, nadając kompozycji głębi i niepokoju. To tutaj melancholia zyskuje na sile, stając się głośniejsza i bardziej natarczywa. Obecność perkusji i basu nadaje utworowi miarowy, niemal marszowy charakter. Perkusja nie pędzi, ale jej obecność sprawia, że utwór staje się osadzony „tu i teraz”. Bas wspiera tę strukturę, dodając jej powagi i surowości. Skrzypce i wiolonczela nie dominują, lecz splatają się z gitarą potęgując wrażenie narastającego w nas napięcia. Tytuł sugeruje, że to, co „zostawione”, ma swoją dynamikę. Muzyka oddaje stan, w którym nieobecność kogoś bliskiego staje się rytmicznym, nieustępliwym biciem serca w pustym pokoju. Powrót gitary akustycznej na końcu to pogodzenie się z faktami – po chwili elektrycznego buntu i rytmicznego marszu, znów zostajemy sami z czystym brzmieniem strun.

W ''Where The Walls Once Stood'' Raúl Quiñones odrzuca spokojną kontemplację na rzecz emocjonalnego starcia. To muzyczny zapis konfrontacji z własną historią – z jednej strony czujemy żal za tym, co bezpieczne i znane (mury), z drugiej zaś budzi się w nas drapieżna potrzeba wolności, która zmusiła nas do ich zburzenia. To tutaj Raúl pozwala gitarze elektrycznej na największą dawkę surowości. Riffy są kąśliwe, momentami brudne i niepokorne. To one odpowiadają za drapieżną stronę utworu, symbolizując siłę potrzebną do skruszenia dawnych barier. W kontrapunkcie do gitar stają Madeline Alicea i Shary Luciano. Ich partie są przesiąknięte głęboką nostalgią – to płacz nad tym, co bezpowrotnie utracone. To połączenie sprawia, że utwór ma w sobie niesamowite napięcie; gitara rwie do przodu, podczas gdy smyczki oglądają się za siebie. Perkusja i bas nie są tu jedynie tłem – pracują intensywnie, podbijając drapieżny charakter kompozycji. Rytm jest zdecydowany, niemal buntowniczy, co nadaje całości charakteru progresywnego hymnu o wysokiej temperaturze emocjonalnej. Utwór budowany jest na nagłych zmianach dynamiki. Od wyciszonych, niemal ambientowych fragmentów pełnych żalu, po gwałtowne, rockowe uderzenia, które nie dają słuchaczowi zapomnieć o cenie wyzwolenia. Tytułowe „mury, które kiedyś tu stały” to nasze dawne lęki i ograniczenia. Muzyka oddaje ten trudny stan, w którym cieszymy się z wolności, ale jednocześnie czujemy się bezbronni na otwartej przestrzeni, tęskniąc za dawnym, choć dusznym schronieniem. Nostalgia w tym utworze jest kruchym wspomnieniem, ale drapieżność jest dowodem na to, że przeżyliśmy. To muzyczny opis blizn, które zostają po zburzeniu własnych ograniczeń. ''Where The Walls Once Stood'' pełni rolę kulminacji przed ostatecznym wyciszeniem. To utwór, który wyrywa słuchacza z marazmu, zmuszając go do konfrontacji z energią, która narastała od początku płyty. To najbardziej „ludzki” moment albumu – pełen sprzeczności, bólu i drapieżnej woli życia.

W finałowym ''Fading Light'' Raúl Quiñones domyka swoją podróż, oferując słuchaczowi najpiękniejszy i najbardziej eteryczny moment na płycie. Po nostalgiczno-drapieżnym „Where The Walls Once Stood”, ten utwór jest ostatecznym, spokojnym pożegnaniem. Kompozycja pełni rolę wielkiego finału i ostatecznego ukojenia. To utwór, w którym walka ustępuje miejsca akceptacji, a drapieżność zamienia się w czyste, ambientowe piękno. Tytułowe „gasnące światło” nie jest tu symbolem rozpaczy, ale naturalnym końcem dnia, który zamyka cykl życia. Rezygnacja z fundamentu basu i emocjonalnych smyczków sprawia, że utwór unosi się w przestrzeni, pozbawiony ziemskiego ciężaru. Muzyka staje się niematerialna, eteryczna i krystalicznie czysta. Raúl Quiñones buduje utwór na szerokich, "pływających" plamach syntezatorów i gitar o długim sustainie. To czysty ambient, który tworzy wrażenie ogromnej, otwartej przestrzeni – krajobrazu po burzy, w którym zapada absolutna cisza. Perkusja jest tu obecna, ale niemal niesłyszalna. To delikatne, pojedyncze uderzenia, które przypominają ostatnie bicie serca lub oddech kogoś, kto zapada w głęboki sen. Nadaje to utworowi miarowości, ale bez narzucania rytmu. Raúl gra cudowne sola, które przypominają liryzm Adriana Jonesa z Nine Stones Close. Jest to melodia pełna tęsknoty, ale i mądrości. Gitara śpiewa tu ostatnią pieśń, niosąc ze sobą całe emocjonalne dziedzictwo płyty. Tytułowe „gasnące światło” to metafora pogodzenia się z nieuchronnym. Muzyka oddaje ten stan, w którym lęk przed końcem ustępuje miejsca spokojnej akceptacji, że to, co było, miało sens. Ostatnie 30 sekund utworu to stopniowe, mistrzowskie wygaszanie dźwięków prowadzące do absolutnej ciszy. To moment, w którym muzyka The Winter Of Our Years ostatecznie łączy się z naszym światem, pozostawiając nas samych z echem ostatniej nuty.

''Soundscapes II” to dzieło, w którym The Winter Of Our Years ostatecznie definiuje swój język wypowiedzi. Raúl Quiñones stworzył album, który jest czymś więcej niż tylko zbiorem progresywnych kompozycji – to intymny dziennik przetrwania, zapisany za pomocą strun, drewna wiolonczeli i ciszy. To płyta fascynujących kontrastów. Znajdziemy tu monumentalną, ponad dziesięciominutową wspinaczkę w ''The Endless Climb'', jazzowy puls i rockową drapieżność w ''Repentance'', ale także eteryczne, ambientowe piękno finałowego ''Fading Light''. Quiñones udowodnił, że potrafi zarządzać emocjami słuchacza z precyzją chirurga, prowadząc go od głębokiej rezygnacji, przez instrumentalną walkę, aż po absolutne, duchowe oczyszczenie.

Kiedy wybrzmiewają ostatnie sekundy utworu ''Fading Light'', a muzyka ostatecznie rozpuszcza się w ciszy, słuchacz pozostaje w stanie rzadko spotykanego skupienia. ''Soundscapes II'' to album, który nie szuka poklasku – on szuka zrozumienia. To muzyka stworzona do słuchania w samotności, w te długie, zimowe wieczory, kiedy świat za oknem zwalnia, a my wreszcie mamy odwagę spojrzeć w głąb siebie.

Raúl Quiñones, Madeline Alicea i Shary Luciano podarowali nam dar niezwykły: schronienie zbudowane z dźwięków, w którym ból staje się szlachetny, a samotność zyskuje swoją własną, piękną pieśń. To bez wątpienia jeden z najbardziej autentycznych i poruszających albumów, jakie przyniósł nam początek tego roku. Jeśli rock progresywny ma wciąż moc uzdrawiania i opisywania niewyrażalnego, to ''Soundscapes II'' jest tego najlepszym dowodem.

MLWZ album na 15-lecie Festiwal Rocka progresywnego w Toruniu: znamy wykonawców Mostly Autumn Weekend 2026 Zespół Rush wystąpi w Krakowie Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026 Red Box na trzech koncertach w Polsce