Właściwie to nie wiem od czego zacząć. Nie wiem jakie powinno być pierwsze zdanie tej recenzji. Przyczyną tego stanu jest pewna konfuzja, która doprowadziła do tego, że muszę zrewidować wiele poglądów na temat tzw. szczerości w muzyce czy, szerzej, szczerości w tworzeniu sztuki. Czasy, w jakich żyjemy pełne są historii niesamowitych, historii wzniosłych, bohaterskich, ale też nikczemności, pychy i, tak po prostu, zła. Na wiele wydarzeń dziejących się wokół nas jakoś się uodporniliśmy, nie zwracamy na nie uwagi, traktujemy je z przymrużeniem oka. Wiele wydarzeń tragicznych traktujemy jak oglądanie kolejnych stron w internecie. Ciach i… zamykamy kolejną zapominając o tym, co przed chwilą przeczytaliśmy. Może to jakaś „samoobrona” naszego organizmu – niezauważanie zła, tragedii, bezduszności? Tego nie wiem, ale historia powstania płyty, o której będzie dalej, sprawia, że mamy do czynienia z sytuacją, gdy muzyka „uzdrawia”, dodaje siły do życia i sprawia, że jest lekarstwem w naprawdę złej chwili życia.
Jej autor - kryjący się pod nazwą Mindfield - Chris McKay mówi o niej tak: „(…) Album „The Price Of A Wish” powstał pod koniec czerwca 2024 roku, kiedy odczuwałem potworny ból, tak intensywny, że traciłem kontakt ze światem. Wciąż dochodziłem do siebie po operacji, którą przeszedłem pod koniec kwietnia i, szczerze mówiąc, znieczulenie jeszcze nie minęło. Jestem pewien, że ten ekstremalny ból był częścią tego otępienia, gdy moje ciało próbowało uwolnić substancje chemiczne, które zacierały obraz, przez co nie mogłem w pełni doświadczyć tego, przez co przechodziłem. (…) Cierpię na kilka schorzeń, ale choroby tkanki łącznej sprawiają, że moje tętnice, żyły i inne ważne elementy podtrzymujące życie mogą łatwo pękać. Przeszedłem już udar móżdżku (nie polecam) i rozwarstwienie tętnicy kręgowej”. Czy będąc w takiej sytuacji można w ogóle myśleć o muzyce? Proszę czytać dalej…: „(…) Potrzebowałem muzyki. Przejrzałem swoją kolekcję i nie znalazłem tego, czego naprawdę potrzebowałem. Ponieważ fizycznie nie mogłem grać, wykorzystałem nowoczesną technologię, aby najpierw stworzyć psychodeliczny, funkowy album „The Other Side Of The Question”. Album podpisałem jako Devine & Devine. To trochę pomogło. Wyraziłem coś, czego nigdy nie powiedziałbym pod własnym nazwiskiem. Po tym, jak puściłem go znajomym, przekonali mnie, że powinienem go wydać. I tak zrobiłem. W ciągu następnych kilku tygodni stworzyłem „The Price Of A Wish” pod szyldem Mindfield. Obowiązywały te same zasady. Jeśli podoba ci się jeden album, powinieneś mieć drugi. To dwie strony tej samej monety. Oba albumy zrodziły się z czystego bólu, potrzeby połączenia i uzdrowienia”.
Proszę nie wydawać pochopnych sądów nie posłuchawszy tej muzyki. Ta płyta nie jest o bólu, cierpieniu czy nieszczęściu. Nie jest to płyta mroczna czy depresyjna. Nie jest to rozczulanie się nad swoją sytuacją egzystencjalną i kondycją, w jakiej się znalazło. Ta płyta nie głaska po głowie i nie lituje się. Nie jest też jakimś dziełem wybitnym, nietuzinkowym, specyficznym. Jej najważniejszą cechą jest… całkowita szczerość wypowiedzi ujęta w proste, oszczędne ramy muzyczne. Nieco ponad czterdzieści minut muzyki podzielonej na sześć utworów, które czerpią, można by rzec, obiema rękoma z tradycji wczesnego Genesis z Peterem Gabrielem, melodyki w typie The Alan Parsons Project, Pink Floyd i innych zespołów z, mówiąc ogólnie, lat siedemdziesiątych. Z drugiej strony, choć o tym będzie dopiero w podsumowaniu, jest to wydawnictwo, które każe się także zastanowić nad „pracą / współpracą / wykorzystaniem / posługiwaniem się” zdobyczami, jakie niesie ze sobą AI.
O swoim albumie autor mówi tak: „(…) W przypadku „The Price Of A Wish” wybrałem lekki, progresywny styl, ponieważ taki zawsze mnie relaksował. Chciałem, żeby ten album niósł ze sobą ukojenie. Oczywiście, stan mojej świadomości sprawia, że niektóre utwory na płycie wpisują się w kategorię psychodelii, nawet jeśli ich „odlot” nie wynikał z niczego narkotycznego. Chciałem i potrzebowałem dotrzeć do osób, które również cierpią i być może choć trochę ulżyć im w cierpieniu”. I taki przekaz słychać już od pierwszego utworu – sześcioczęściowej suity „The Price of a Wish, Pt. 1 – 6”.
Delikatny, gitarowy początek, jakby zapowiedź dalszego ciągu czerpiącego swe muzyczne korzenie z rocka progresywnego lat siedemdziesiątych. Klasyczny dla tego okresu klawiszowy pasaż zahaczający o lekko psychodeliczne odcienia jest udanym wstępem do następnych części, które opowiadają o losach człowieka.
„(…) Czy tego właśnie chciałem?
Jeśli tak, to nie wiem dlaczego
Jestem przywiązany do swojego ciała
Za tak wysoką cenę
Gryzę gorzkie myśli
I żyję, kiedy muszę
Istnieję w dziwnym czasie przeszłym
Czy jestem już prochem?”
Proszę posłuchać linii wokalnej. Czy przypomina jakiegoś wokalistę? Czy sposób aranżacji nie jest podobny do Genesis z Peterem Gabrielem? Recytacja, spokojne i dominujące tony klawiszy i roztaczający się wszędzie zapach psychodelii... Narracyjnie to bardzo smutny utwór zastanawiający się nad tym, czy tak ma wyglądać życie i czy ból i cierpienie są naprawdę jego nieodłącznym elementem:
„(…) Przebłyski snów przychodzą i odchodzą
A może to było coś innego
A przynajmniej chciałbym wierzyć
Czy to cena życzenia?
Niczego więcej i niczego mniej niż to.
Nie wiedząc, co naprawdę istnieje
To musi być cena mojego życzenia”
Jaka jest cena życia? Jaki jest poziom, poza którym nie warto już go przedłużać? Czy taka jest cena życzenia, by ciągle żyć? Pod tymi zdawałoby się prostymi słowami kryje się osobisty dramat człowieka o nazwisku Chris McKay.
Podobną wymowę ma kolejny utwór – ponad dziesięciominutowa suita „Radiate: Illuminate, Pt. 1 – 5”, której korzeni muzycznych należałoby szukać w twórczości Pink Floyd. Ponownie słychać w całej pełni lekko psychodeliczne brzmienie osadzone na tle wokalnego murmurandum chórków. Jak napisałem wyżej, to nie jest płyta pesymistyczna, to nie jest płyta-narzekanie. Wystarczy posłuchać tekstu:
„(…) Możesz iść wiecznie, jeśli dokonasz wyboru
Granice to stany umysłu
Nie pozwól im uciszyć naszego głosu
Więc kiedy zostaniesz sam
I naprawdę będziesz myślał, że jesteś
Wyjdź na zewnątrz i daj się oświetlić
Świecącą gwiazdą”
Wystarczy tylko posłuchać tekstu niosącego w sobie optymizm i wzywającego do wyrwania się beznadziei. Proszą zwrócić baczniejszą uwagę na ostatnie dwie minuty tej suity… to patetyczne, wzniosłe zakończenie z jakże dziwnymi elementami pogłosu i zabawy dzieci.
Nie wiem, czy powstał film, z którego jakoby soundtrackiem jest kolejny utwór – „The Ever Flying Wing (Main Theme from the Original Motion Picture Soundtrack of the Ever Flying Wing)”. Nie znalazłem żadnej potwierdzającej informacji na ten temat, ale nie jest to rzecz najważniejsza. Początkowe dźwięki gitary, Gabrielowski głos, retro-progowa aranżacja i słowa:
„(…) Przelatuję prosto do innego świata
Przelatuję prosto do wszystkiego
Jestem tylko pilotem w niekończącym się locie
Jestem Wiecznie Latającym Pilotem”
Ta piosenka to hymn na cześć woli życia. To apoteoza zachłanności na kolejny codzienny oddech, na kolejny „kęs” przeżycia własnego życia.
Ta płyta nie pozwala na odpoczynek, wciąga swoją psychodeliczno-progresywną atmosferą. Kolejna kompozycja, „Coming Soon”, kompiluje w udany sposób te elementy, tworząc wciągającą strukturę muzyczną, która jest „kopią” tego, co już dobrze znamy, tego, co już nie raz słyszeliśmy, a jednocześnie kształtuje tę naszą „znajomość” na nowo.
Gitarowy utwór „Staring At The Sky” także podążą tą drogą. Mami dźwiękami znanymi i osłuchanymi. Wciąga nagle przypomnianą magią brzmień młodości. W obydwu tych kompozycjach nie ma żadnych udziwnień, króluje prostota i opowieści. Może ich magia tkwi w jakże prostych słowach:
„(…) Nieważne, czy pada deszcz
(Niech pada)
Zostanę w świetle
(Na swoim miejscu)
Niech obmyje świat na nowo”
Ostatni utwór zawarty na standardowym wydaniu tej płyty, „Lemming Pie”, to nawiązanie do „żartów” aranżacyjnych zespołu Pink Floyd np. z płyty „Ummagumma” i próba odczarowania poprzednich psychodelicznych meandrów brzmieniowych poprzez wprowadzenie narracji, dialogów i rozmowy. To w zasadzie nie piosenka, a forma teatralnego słuchowiska słowno-muzycznego. Taki oddech w, jak przypuszczam, zamyśle autora.
Bandcampowa wersja tego wydawnictwa zawiera jeszcze bonus track w postaci singlowej wersji utworu „Coming Soon”. Oprócz tego, że jest krótsza od pełnej wersji, warto przysłuchać się jej nieco bardziej zdecydowanemu aranżowi.
Podsumowanie? Postanowiłem przed słowem odautorskim oddać głos twórcy tego krążka: „(…) Album „The Price Of A Wish” nigdy nie był przeznaczony dla wszystkich. Potrzebowałem tego. Ponieważ nie istniał, musiałem go nagrać. Każde słowo, myśl, pomysł, dźwięk i wybór produkcyjny były moje, więc to ja jestem temu winien. Cieszę się, że ten album istnieje i że ta technologia (czyt. AI - przyp.RP) pojawiła się po raz pierwszy w historii ludzkości dokładnie wtedy, gdy była mi potrzebna. Mam nadzieję, że muzyka w jakimś stopniu do Was przemówi. Mam nadzieję, że poczujecie, tak jak ja, że ta muzyka pojawiła się, kiedy były potrzebna. Mam nadzieję, że utwory z „The Price Of A Wish” nie okażą się dla Was przesadzon i, szalone, lecz delikatne, relaksujące, a momentami wręcz zabawne. Bo ten album jest właśnie o tym. Bierzcie go takim, jaki jest. Przede wszystkim mam nadzieję, że poczujecie, że te utwory są szczere (może nawet do przesady) i że powstały z potrzeby, tęsknoty i wymuszonej perspektywy. „The Price Of A Wish” to płyta dla tych, którzy przetrwali”.
W 2024 roku Chris McKay przeszedł kilka ciężkich operacji w wyniku, których nie mógł ani grać, ani tym bardziej śpiewać. Cały ten album został przez niego napisany w programie Udio, a następnie zajął się zaaranżowaniem, demiksowaniem i remiksowaniem kolejnych utworów. I jeżeli taki sposób „tworzenia” muzyki ma moc uzdrawiającą, jeżeli pozwala na wyzwolenie się z łap choroby, to niech tak będzie. Niech się dzieje. Trzeba odstawić na bok swoiste uprzedzenie do narzędzi, jakie daje AI. Proszę posłuchać tej płyty i osądzić ją w zaciszu domowym. Ocena jest w Państwa rękach, a raczej uszach.
