mlwz - edunitsky - banner - facet

Whiteley, James – The Waves

Maciej Niemczak

Dziś recenzja z ''zamrażarki'', bowiem płyta leży u mnie już od roku i z przyczyn osobistych nie mogłem się nad nią wcześniej pochylić. I nie dlatego, że jest słaba czy „średnia”, bo to bardzo dobry album, który znalazł się w moim corocznym zestawieniu najlepszych płyt 2025 roku.

James Whiteley to jeszcze stosunkowo młody gentleman pochodzący z Leeds. Gra na wszystkich instrumentach i pisze teksty do swoich utworów. Wplata w swoją muzykę szereg gatunków - od rocka progresywnego, przez pop, ścieżki dźwiękowe do filmów, folk, po muzykę ambient. Jako główną inspirację podaje muzykę Pink Floyd i słychać to na jego debiutanckim albumie zatytułowanym ''The Waves''. Nie wiem czy głównym motorem napędowym do wydania tej płyty była podróż na wyspę Holy Island w Northumberland, ale w znaczący sposób odbiła ona swoje piętno w zrobieniu kroku naprzód przez naszego bohatera. James porusza tu tematy śmiertelności i straty, jednocześnie budując rozległe krajobrazy brzmieniowe i ewoluujące tekstury dźwięków. Tematy nie są zbyt radosne, za to muzyka przepiękna.

Na początek mamy instrumentalny, powolny i nastrojowy utwór ''Stormwatch''. Coś w sam raz dla miłośników Robina Armstronga i jego Cosmografu. Po wstępnym popisie gitary akustycznej następują ponure tony perkusji i basu, które przeszywa wspaniała solówka, trwająca praktycznie przez całe nagranie.

''Voices From Inside'' podąża za porywającą progrockową atmosferą. Dudniący bas stanowi podstawę kompozycji, w której słyszymy pierwsze partie wokalne. James posiada bardzo ciepły głos, dzięki czemu jego teksty wydają się bardzo intymne w odbiorze. To rodzaj stonowanego wokalu o bardzo emocjonalnym przekazie. W tym konkretnym utworze śpiew jest na pierwszym planie, ale usłyszymy też kolejną świetną solówkę i cudowną, lekko psychodelicznie brzmiącą gitarę prowadzącą.

W ''Reaching Out'' wokalno-songwriterska strona twórczości Whiteleya po raz kolejny wychodzi na pierwszy plan. Gitara, czy to akustyczna, czy solowa, przypomina mi nieco Bjørna Riisa. Nie jest to jednak Airbag, bardziej nawiązuje to do alternatywnych wpływów rockowych z lat 90. I znów usłyszymy niesamowite solo, które zadowoli najwybredniejszych miłośników progresywnego rocka. W miarę rozwoju utworu jego brzmienie nabiera tempa, osiągając epicki rozmac w finale. To najbardziej ambitny numer na płycie, a przy tym jakże piękny.

''Haunted'' to ponad dwunastominutowa medytacja muzyczna, która rozpoczyna się delikatnie i nastrojowo, by następnie przerodzić się w melancholijną i wciągającą opowieść. To mój ulubiony fragment płyty. Choć lubię wszystkie utwory z ''The Waves'', to ten wydaje mi się najbardziej magiczny. Muzyka Jamesa staje się nieco mroczniejsza, ale piękne linie melodyczne i przyjemny wokal sprawiają, że słuchanie tej kompozycji to czysta przyjemność. Zdecydowanie coś dla miłośników Pink Floyd.

''Red Horizon'' to takie połczenie Cosmograf z Joy Division. Dużo jest tu elektroniki typowej dla kierunku dark wave, ale i elementy popowe także tu usłyszymy. Bardzo fajne klawisze tu i ówdzie przypominają wielkich mistrzów symfonicznego prog rocka. Jest to najbardziej dynamiczny i chwytliwy kawałek na tym albumie, choć nastrojowych momentów też w nim nie brakuje.

Finałowy ''Falling Under'' początkowo brzmi jak Pink Floyd i Cosmograf razem wzięte. Budowanie atmosfery następuje stopniowo, przechodząc od industrialnego, elektronicznego niepokoju do złowieszczej gry gitar. Później inicjatywę przejmują łagodne klawisze i przyjemniejsza akustyka, płynnie przechodząc w „słodki smak” – przepych z wzmocnionymi orkiestrowymi akcentami. W refrenach słyszę echa muzyki Tears for Fears, a solówka jest w iście Riisowym stylu. Naprawdę wspaniałe zakończenie tego bardzo udanego wydawnictwa - aż chce się powrócić do ''Stormwatch'' i rozpocząć tę fascynującą podróż z Jamesem Whiteleyem od początku.

Dla mnie ten album to prawdopodobnie jeden z najlepszych debiutów, jakie słyszałem w ubiegłym roku. Oprócz doskonałych umiejętności gitarowych, James Whiteley ma również (o czym już wspominałem) bardzo przyjemny głos. Przede wszystkim jest utalentowanym kompozytorem. Album ma dość mroczny i melodramatyczny charakter, ale zawsze pojawiają się bardzo melodyjne partie gitarowe, które wynoszą utwory na wyższy poziom. To taka melancholijna kołdra w atłasowej poszewce, utkanej z najprzedniejszych nut. To bardzo dobry rock progresywny - płynny, melodyjny, refleksyjny, wciągający i przenoszący w czasie. Zasługuje na uwagę. Już nie mogę się doczekać następnej płyty Jamesa, a na razie posłucham raz jeszcze ''The Waves''. Bardzo gorąco polecam.

MLWZ album na 15-lecie Festiwal Rocka progresywnego w Toruniu: znamy wykonawców Mostly Autumn Weekend 2026 Zespół Rush wystąpi w Krakowie Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026 Red Box na trzech koncertach w Polsce