Zacznijmy od tego, co na tym albumie urzeka najbardziej: od ostatniego utworu. Szesnastominutowa kompozycja pt. „Wherever Forever” to prawdziwy epos. Jego treść wypełnia opowieść o kosmicznym podróżniku poszukującym gdzieś tam w bezkresnym kosmosie zastępczego domu w chwili, gdy Ziemia jest już wyniszczona ekologicznie. Nie ma tu żadnej chwili na smutek czy żal. Ten utwór od pierwszej sekundy „rusza z kopyta” zasypując słuchacza zdecydowanymi riffami gitary i melodyjnego klasycznego rocka. Efekt „podróży” wzmacniają częste zmiany tempa - raz podkręcane przez sekcje rytmiczną, raz spowalniane przez łagodne solo gitary. I pewnie byłby to jeden z tych fajnych progresywnych utworów, które wciągają swoją typową dla tego gatunku aranżacją gdyby nie wspaniałe pasaże syntezatorów i pojawiające się gdzieś tak w połowie przeurocze dźwięki w stylu zespołu Yes z rosnącymi klawiszami i wokalem do złudzenia przypominającym głos Jona Andersona. Od szóstej minuty to podobieństwo czaruje klimatem grając na skojarzeniach i jednocześnie nadaje tej najdłuższej kompozycji na płycie niesamowitego brzmienia, który łączy dwa światy: ten, chciałoby się powiedzieć, zwyczajny, współczesnoprogresywny z minionym. Efekt? Wspaniały!
Nie jest to jedyny godny uwagi utwór, jaki można znaleźć na nowym wydawnictwie firmowanym przez Spirergy. Wystarczy sięgnąć po wcześniejszy, siódmy, utwór – „In The Small House” z jego łagodną gitarowo-syntezatorową aranżacją. Pomimo klasycznej receptury neoprogresywnej – łagodnego początku i wzrastającego zaangażowania wszystkich instrumentów przerywanego łagodnymi pasażami solówek - ciekawym zabiegiem jest „wmontowanie” w tę neoprogresywną całość mocnej gitary i beatowo brzmiącej perkusji.
Podobny zabieg, tyle że z udziałem gitary akustycznej i bardzo wesołej gry syntezatorów jest wszechobecny w szóstej kompozycji – „It's Here Again”. To po postu całość złożona z niezmiernie przyjemnych harmonii wokalnych.
Przeciwwagą dla utworu „It’s Here Again” jest piąta z kolei kompozycja pt. „Falling From The Sky”. Nieco mroczniejsza z mocniej podkreśloną linią basu i perkusji, choć w dalszym ciągu utrzymująca rytmiczny i zdecydowany charakter, jakim można by określić wszystkie utwory z tego wydawnictwa. Proszę pamiętać, że w tym opisie idziemy od końca do początku (przynajmniej na razie) tracklisty. Gdyby odwrócić to spojrzenie, utwór „Falling From The Sky” byłyby jakby mroczną zapowiedzią jaśniejszego „potem”.
Ale wróćmy do „normalności” i zacznijmy teraz ten opis od tworu z indeksem 1 – „Innocent Hearts”. Ta sześciominutowa kompozycja ma wszelkie atrybuty, by zostać potraktowana jako intrygujący początek albumu. Mocne riffy, efektowne partie klawiszy, wyraźna sekcja rytmiczna z jednoczesnym melodyjnym wokalem. Następujący po nim utwór „When They Came”, który rozpoczyna 12-strunowa gitara ma zdecydowanie narracyjny charakter. Długie, rozciągnięte solo gitary w połączeniu z improwizującymi akordami organów przypomina nieco aranżacje z lat osiemdziesiątych. Jednocześnie przypomina nieco, przynajmniej wokalnie, styl wokalisty zespołu Yes, o czym już była mowa.
Trzecim utworem, kończącym niejako pierwszą część tej płyty, jest kompozycja „Carry Me Home”, w której można by dopatrzyć się dźwięków rodem z płyt Mike’a Oldfielda. To dziesięć minut muzyki, w której instrumentacja wije się i kręci z misternym, wirtuozerskim polotem. Wszystko to przeplata się z porywającym, melodyjnym refrenem, chwytliwym motywem gitary elektrycznej i rytmiczną grą basu i perkusji. To umowne połączenie Oldfielda z Andersonem zdaje egzamin na przysłowiową piątkę z dużym plusem. A dodanie na koniec lekko jazzujących solówek fortepianu sprawia, że mamy do czynienia z drugą z „perełek” tego albumu.
W połowie płyty jej autor serwuje nam utwór instrumentalny, który w naturalny sposób rozdziela całość na dwie części: tę dopiero co omawianą - lekką Oldfieldowo-Andersonowską, lżejszą, bardziej melodyjną i tę od ostatniego utworu do piątego, które opisałem tu od końca, poświęcając najwięcej miejsca ostatniemu i najwspanialszemu – „Wherever Forever”.
Instrumentalny „See It In Your Eyes” brzmi niczym fortepianowa etiuda z niewielkim, lecz efektownym, gitarowym dodatkiem. To pięciominutowy przerywnik pomiędzy wspomnianym wyżej umownymi częściami. Chwila muzycznego zatrzymania i oddechu… Przewrotnie łagodny pasaż spokoju i łagodności… Na pewno nie będą Państwo zawiedzeni.
Dobrze jest zacząć muzyczny nowy rok od takiego albumu, jak „Wherever Forever” zespołu Spirergy. Jest to trzecie wydawnictwo tej grupy po albumach „Aeon” z 2023 roku i „Journey Beyond” z 2024 roku. Tym razem twórca zespołu - Dave Allen - przygotował i nagrał wszystko sam. Jeśli nie jest to znany Państwu twórca, to być może będą go Państwo kojarzyć z projektem Riffstone, w ramach którego razem z multiinstrumentalistą Colinem Powellem (z zespołu Multitude Of One) wydali w 2025r. ciekawy historyczny album koncepcyjny „Richard III” i, całkiem niedawno, kolejny pt. „Sanctuary Sky”. A jeśli nie, to album „Wherever Forever” jest chyba wystarczającym powodem, żeby bliżej poznać tego muzyka i jego dokonania. Spirergy – warto zapamiętać ten zespół i wrócić do dwóch wcześniejszych płyt w wolnej chwili, bo najnowsza jest bardzo dobra. Chętnym podaję „skrót” do profilu Spirergy na platformie Bandcamp – tutaj.
