W świecie, który zdaje się nieustannie drżeć w posadach, muzyka często staje się ostatnim schronieniem, sferyczną modlitwą o sens. Muszę przyznać, że nagrania z albumu „End Of A Kalpa” trafiły do mnie zupełnie przypadkowo, niemal błądząc w cyfrowym eterze. Jednak, jak to często bywa w takich nieoczywistych spotkaniach, materiał zaintrygował mnie od pierwszych sekund. Z każdą kolejną minutą te dźwięki pochłaniały mnie coraz mocniej, aż poczułem nieodpartą potrzebę ubrania w słowa emocji, które wykraczają poza ramy zwykłego przesłuchania płyty.
Szybko okazało się, że za projektem Lost In Psalms stoi niezwykła muzyczna chemia wynikająca z wieloletniej przyjaźni Gerardo Ruiza z niemal kompletnym składem kostarykańskiej formacji Time's Forgotten. Pod wodzą Gerardo, który objął tu rolę głównego architekta i multiinstrumentalisty, ramię w ramię stanęli: obdarzona niesamowitym głosem Priscilla Ruiz, gitarzysta Ari Lotringer, klawiszowiec Juan Pablo Calvo oraz perkusista Jorge Sobrado. Ta synergia pozwoliła stworzyć 34-minutowy progresywny monolit, badający rolę duchowości jako kojącego balsamu na egzystencjalny ból.
Wszystko zaczyna się od „3 A.M. Breakdown” – intymnego studium nocnego lęku, znanego jako „godzina wilka”. To tutaj głos Priscilli Ruiz tnie gęstą ciszę z niesamowitą, dramatyczną siłą, a rwane riffy oddają stan emocjonalnego rozpadu. Zaraz po nim uderza „Dukkha (Good Old Wine)”, gdzie techniczna biegłość Jorge Sobrado zderza się z hipnotycznymi liniami gitarowymi. Kolejny kadr, instrumentalny „The Suffering”, pełni rolę sonicznej bramy; to tutaj Gerardo Ruiz przejmuje stery gitary prowadzącej, podczas gdy Juan Pablo Calvo zabezpiecza tyły partiami rytmicznymi, pozwalając instrumentom płakać i krzyczyć w narastających suitach.
Prawdziwym punktem zwrotnym albumu jest „Threshold” – próg, za którym rzeczywistość zaczyna się zacierać. Sferyczną głębię syntezatorów wyczarował tu sam Gerardo Ruiz, tworząc wrażenie dryfowania w stanie nieważkości, co przygotowuje grunt pod kojące „Healing Mantra”. W tym utworze role się odwracają – to Juan Pablo Calvo czaruje partiami prowadzącymi, a Gerardo wspiera go gitarą rytmiczną. Kompozycja działa niczym uzdrawiająca modlitwa, a wokal staje się tytułowym balsamem. Całość domyka finałowy monument „End Of A Kalpa” – ostateczne tchnienie wieczności, w którym wielki cykl istnienia znajduje swoje godne wygaszenie w majestatycznym finale.
Słuchając „End Of A Kalpa” trudno oprzeć się wrażeniu, że ekipa z Kostaryki stworzyła dzieło totalne. Muzycy udowodnili, że wirtuozeria techniczna najlepiej smakuje wtedy, gdy służy wyższym celom – w tym przypadku próbie zrozumienia tego, co zostaje z nas, gdy kończy się czas. Jeśli w muzyce poszukujecie rzetelności, duchowej głębi i warsztatu na najwyższym poziomie, to ten kostarykański balsam jest pozycją obowiązkową.
