Seven Eyed Crow - Emerge

Maciej Niemczak

W świecie współczesnego rocka progresywnego niewiele jest formacji, które potrafią patrzeć na rzeczywistość z tak wielu perspektyw jednocześnie. Pochodzący z Bordeaux zespół Seven Eyed Crow od ponad dekady konsekwentnie buduje swój własny, dźwiękowy mikrokosmos. Ich nazwa – przywołująca postać kruka o siedmiu oczach, zdolnego postrzegać przeszłość, teraźniejszość, przyszłość, ale także piekło, czyściec, raj i sen – idealnie oddaje głębię ich artystycznej wizji. To muzyczne laboratorium, w którym fundamenty w 2013 roku położyli gitarzysta Aurélien Boileau oraz basista Tom, dając początek formacji, która przez lata ewoluowała, by na czwartym pełnowymiarowym albumie „Emerge” osiągnąć stan absolutnej, sonicznej dojrzałości.

Droga do tego punktu wiodła przez mroczne ścieżki debiutu „Dark Ways to the Sun” (2015) i kontrolowany niepokój „Organized Chaos” (2018), aż po krystalizację stylu na EP-ce „Icarus”. Dzisiejsze oblicze grupy to potężna, ambitna hybryda, w której techniczna precyzja Karnivool spotyka się z emocjonalnym rozedrganiem Leprous. Na „Emerge” bordoska machina, wzmocniona świeżym groovem basisty Yoanna Roya, który dopełnił skład obok gitarzysty Alexandre’a Pouzioux i perkusisty Frédérica Lagorce’a, serwuje nam dziesięć rozdziałów o niezwykłej intensywności. Nad całością unosi się charyzmatyczny głos Jerome’a „Jaya” Kloecknera, którego wizjonerskie teksty stają się lustrem dla niepewnej przyszłości naszego świata.

Wszystko zaczyna się od „Gaslighted”, będącego gwałtownym przebudzeniem w świecie pełnym manipulacji i toksycznych cieni. To tutaj grupa Seven Eyed Crow po raz pierwszy pokazuje swoje kły – duszna, polirytmiczna sekcja buduje fundament pod drapieżne, a zarazem szlachetne riffy, które tną przestrzeń niczym skalpel, nie dając słuchaczowi ani chwili na złapanie tchu. Kolejny krok, „Eyes Wide Shut”, pulsuje egzystencjalnym niepokojem i klaustrofobią, w której echa jazzowej lekkości paradoksalnie wzmacniają ciężar postrockowych struktur. To kadr o dobrowolnej ślepocie na nadchodzący kataklizm, gdzie każda zmiana tempa wydaje się być kolejnym pęknięciem na kruchym szkle naszej stabilizacji. Prawdziwy techniczny majstersztyk następuje jednak w „Mind Blowing Signs”, gdzie do głosu dochodzi gość specjalny – Mathieu Pascal z formacji Gorod. Jego solówka gitarowa tnie eter z chirurgiczną precyzją i niemal matematycznym wyrachowaniem, nadając kompozycji futurystyczny, niemal odhumanizowany sznyt, który kontrastuje z gorącym, emocjonalnym wokalem Jaya.

Z tego wysokiego pułapu wchodzimy w „Until”, utwór o niesamowitej, „napowietrzonej” strukturze, pozwalającej słuchaczowi nasiąknąć szlachetną, francuską melancholią, która kapiąc z głośników, koi rany po wcześniejszej nawałnicy. Ten stan zawieszenia płynnie przechodzi w intrygujące „Weird Boy”, gdzie zespół najodważniej bawi się formą, splatając gęsty, synkopowany groove z progresywnym ciężarem. To kompozycja nieoczywista, pełna rytmicznych pułapek i nagłych zwrotów akcji, które trzymają nas w ciągłej niepewności co do kierunku, w którym podąży ten soniczny latawiec. Ta energia znajduje swoją apokalipsę w „We All Shall Fall”, najbardziej mrocznym i apokaliptycznym punkcie programu. Gościnny udział Denisa Cornardeau dodaje tu kolejną warstwę gitarowej ekwilibrystyki, tworząc przejmujący, niemal wizualny zapis upadku wartości i rozpadu struktur, o których w swoich tekstach tak sugestywnie przypomina Jerome.

Druga połowa płyty to desperacka walka o światło i odzyskanie podmiotowości. „Happiness Injunction” uderza w nas nakazem szczęścia w świecie kapitalistycznej opresji, budując niemal ironiczny kontrast między chwytliwością motywów a gorzką treścią o przymusie optymizmu. Po chwili ustępuje ona miejsca melancholijnemu „To My Old Man” – niezwykle osobistej, wręcz intymnej spowiedzi skierowanej ku przeszłości i ojcowskim figurom, gdzie gitary brzmią szlachetnie i łagodnie. W „Hello Stranger” pojawiają się klawiszowe pejzaże Christophe’a Ithurritze’a, wprowadzające element sferycznej głębi i kosmicznej niemal odległości, która przygotowuje grunt pod finałowe „Visions”. To tutaj siedmiooki kruk ostatecznie rozwija skrzydła, łącząc wszystkie siedem wymiarów w jedną, potężną, wielowarstwową suitę, która nie jest tylko końcem płyty, ale autentycznym, krzyczącym wezwaniem do emocjonalnego i intelektualnego przebudzenia.

Słuchając „Emerge”, trudno oprzeć się wrażeniu, że Seven Eyed Crow stworzyli dzieło totalne, w którym matematyczna złożoność służy najczystszym emocjom. To album, który redefiniuje pojęcie progresywnego crossovera, udowadniając, że w Bordeaux potrafią rzeźbić w dźwięku z precyzją, której nie powstydziliby się mistrzowie z Antypodów. Jerome i jego koledzy nie tylko nagrali nową płytę; oni stworzyli soniczny kompas na czasy niepewności, w którym każdy kierunek wskazuje na prawdę o nas samych.

Jeśli w muzyce poszukujecie rzetelności, odwagi i warsztatu na najwyższym poziomie – najnowsze dzieło Francuzów jest pozycją obowiązkową. To blisko pięćdziesiąt minut sonicznej terapii, która bije w kody i wzywa do éveil – przebudzenia, którego tak bardzo potrzebujemy. Dajcie się zaprosić do tego świata; to jedna z tych płyt, przy których czuje się, że kruk z Bordeaux w końcu rozpostarł skrzydła tak szeroko, jak na to zasługuje, niosąc nas nad horyzonty naszej własnej egzystencji.

MLWZ album na 15-lecie Festiwal Rocka progresywnego w Toruniu: znamy wykonawców Mostly Autumn Weekend 2026 Zespół Rush wystąpi w Krakowie Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026 Red Box na trzech koncertach w Polsce