mlwz - edunitsky - baner - motyl

Sentimental Mercenaries - Chapter Two: Leon

Rysiek Puciato

Czy ktoś z Państwa mógłby zdobyć się na takie wyznanie: „(…) Muzyka Marillion była — i zawsze będzie — ścieżką dźwiękową mojego życia. Ten nowy singiel to osobisty hołd pełen miłości i wdzięczności dla jedynego i niepowtarzalnego Fisha (Dereka Williama Dicka), którego teksty i emocjonalny przekaz ukształtowały mnie jako pisarza, muzyka i człowieka. Jego teksty sprawiły, że poczułem się zrozumiany. Jego poezja była jak dom. Ten singiel został napisany i wykonany ku jego czci. Jeśli Marillion — zwłaszcza z ery Fisha — znaczy dla Ciebie coś ważnego, zapraszam do posłuchania drugiego singla mojego projektu”. I jak…? Ja nie mam z tym problemu. Podpisuję się obiema rękoma pod takim „wyznaniem uwielbienia”. Oczywiście o wspomnianym wyżej singlu będzie mowa dalej. Co więcej, chciałbym dodać kolejne wyznanie tegoż samego autora: „(…) To dzieło miłości sześćdziesięcioletniego nastolatka ze złamanym sercem, który zakochał się w Marillion. Właśnie gdy go zostawiła (dziewczyna – przyp. RP), przyjaciel opowiedział mu o zespole, który brzmi jak Genesis, a ich wokalista o imieniu Fish tak naprawdę jest „przebranym Peterem Gabrielem”. Kiedy pobiegłem do najbliższego sklepu płytowego i zobaczyłem błazna grającego na skrzypcach i usłyszałem głos Fisha śpiewającego: ‘oto jestem znów na placu zabaw złamanych serc’, popłynęły łzy i w końcu poczułem się zrozumiany. A więc oto jestem, czterdzieści lat później, grając ten hołd zespołowi, który wszyscy my, maniacy, kochamy”.

Dodajmy od razu: nie mamy do czynienia z żadnym cover bandem, z żadnymi coverami utworów Marillion z okresu Fisha. Najnowszy, drugi już album, zespołu Sentimental Mercenaries pt. „Chapter Two: Leon” to muzyczno-aranżacyjny powrót do lat osiemdziesiątych, do muzyki neoprogresywnej granej w sposób znany z pierwszych czterech albumów grupy Marillion.

Sentimental Mercenaries to raczej niezbyt znany u nas zespół, który na swoim koncie przed nagraniem najnowszego krążka miał tylko jeden album, który należy zaliczyć raczej do… ciężkiego metalu. Zespół powstał w 2020 roku w Tel Avivie jako „element większego planu”, który obejmował nagranie trzech albumów będących rozdziałami opowiadającymi o życiu człowieka. Muzycznie te trzy albumy mają rozciągać się od rocka progresywnego do ekstremalnego metalu… I tak rzeczywiście jest. Wspomniałem, że pierwszy album zawiera bardzo metalowe kompozycje, najnowszy to wzorcowy przykład neoprogresywnego grania z lat osiemdziesiątych przefiltrowany przez współczesny sposób aranżowania. A na album trzeci pewnie przyjdzie jeszcze poczekać. Warto zwrócić uwagę na fakt, że nazwa zespołu - Sentimental Mercenaries – wywodzi się z tekstu utworu „Fugazi” z albumu nr 2 w dorobku Marillion o tym samym tytule.

Kiedy zespół upublicznił swojego pierwszego singla pt. „Lover's End” moją uwagę przykuła nie muzyka, a okładka. Na facebookowej stronie zespołu pojawił się bowiem wizerunek, który mógłby pochodzić z jakiegoś starego singla zespołu Marillion, bowiem przypomina do złudzenia okładki wykonane przez Marka Wilkinsona – „nadwornego” projektanta okładek wczesnego Marillionu. A i sam tytuł jest taki „marillionowski”. Przysłowiową kropką nad „i” była informacją, że wokalistą jest Marco Vincini znany z udziału we włoskim cover bandzie Mr. Punch, a barwa jego głosu bardzo przybliża się do wokalu Fisha.

Drugi opublikowany singiel z płyty – „Sentimental Mercenary” - także pojawił się z iście marillionowską okładką i iście marillionowską aranżacją. I gdyby nie całkowity zwrot, jakim była końcowa wersja okładki albumu można by pomyśleć, że rzeczywiście zespół Sentimental Mercenaries to kolejny cover band. Wydaje mi się, że ta zmiana była celowa, bowiem całe to wydawnictwo z jego siedmioma utworami jest hołdem dla Marillionu, ale tylko i wyłącznie hołdem. Nie jest naśladownictwem, czy też jakąś formą naśladowania stylu tego zespołu.

Bo proszę tylko posłuchać pierwszej kompozycji – „The Knot”. Nie jest to może najlepszy utwór z tego krążka. Jakoś tak wokalnie może nieco drażnić, ale jest dobrym wprowadzeniem do dalszej części. Od pierwszej sekundy wkraczamy w, czasami zapomniany, świat zespołu, od którego dla wielu rozpoczęła się muzyczna rewolucja – do świata zespołu Marillion. Zaraz po nim dostajemy wspomniane już dwa z czterech najważniejszych i najbardziej marillionowskich utworów – „Lover's End” i tytułowy „Sentimental Mercenary”. I gdy ten pierwszy od razu „wskakuje” na marillinowskie nuty, gdy wokal Marco Vinciniego wibruje w sposób tak przecież dobrze znany, a klawisze brzmią jakby wyszły spod palców Marka Kelly’ego i to w jego najlepszym wydaniu, to ten drugi uderza w typowy dla Fisha sposób akcentowania kolejnych wersów tekstu. W chwili wolnej od zauroczenia proszę spróbować policzyć ile razy pada w śpiewanym tekście nazwa zespołu Marillion. A że ta piosenka trwa ponad sześć i pół minuty, to trochę tego będzie. I jeszcze raz muszę podkreślić – nie jest to bezmyślne naśladownictwo przynajmniej moim zdaniem. Dowody? Na przyklad solo gitary w drugim z utworów. Klawisze? Podobne, a jednak inne.

Czy ktoś pamięta „Garden Party”? – to przecież jeden z najbardziej znanych utworów Marillionu. Na krążku zespołu Sentimental Mercenaries w tym kierunku podąża „Freudian Creature”. I ponownie to tylko ten sam kierunek, a nie taka sama kompozycja. Skandowane powtórki tekstu, chórek, nieco „punkowe” podejście do aranżacji, zupełnie niepodobna środkowa część i uproszczona gra klawiszy dowodzą zakładanej tu tezy: to hołd, a nie kopia.

„Fish's Corner” i przedostatnia piosenka na tym wydawnictwie - „Leon” to utwory o brylantowym brzmieniu… Jeżeli ktoś chciałby sobie tak na prawdę przypomnieć złotą erę neo proga, to te dwie kompozycje są do tego po prostu idealne. Proszę wybaczyć mi może zbyt śmiałe porównanie, ale „Leon” na tej płycie to swoiste „Fugazi” lub „Script For A Jester’s Tears” zespołu Marillion. „Fish’s Corner” czaruje gitarą, czaruje jej solowym popisem. „Leon” fascynuje złożonością, rozbudowanymi liniami melodycznymi, długością (ponad trzynaście minut) i tak dobrze znanymi długimi neoprogresywnymi frazowaniami. Mami rozciągłym, delikatnym początkiem i długimi gitarowymi solówkami.

Nie wiem jak będzie brzmiała trzecia z planowanych przez zespół płyt. Ale jeżeli tak jak ostatni utwór z omawianego krążka – „Tear of Silence” – z jego marillionowskimi aranżacjami i mocnym… deathmetalowym wokalem, to przyjdzie się zmierzyć z kolejnym bardzo, ale to bardzo, nieoczywistym albumem. Polecam zatem to nieoczywiste zakończenie, a być może zapowiedź tego, co będzie w przyszłości, bo mimo początkowego zdumienia okazuje się, że ma ono jakieś ukryte piękno brzmieniowe i słucha się tej kompozycji z zaciekawieniem, jakie towarzyszy odkrywaniu czegoś nowego, dotąd niespotykanego. Proszę zaryzykować, a być może spróbować posłuchać kilka razy. Coś w tym jest.

Nie będzie podsumowania, nie będzie zakończenia. Jedynie następujące zdanie: to wydawnictwo to wspaniały przerywnik w powodzi płyt skomplikowanych, nieoczywistych, przeintelektualizowanych, przeeksperymentowanych. To doskonały powrót do lat osiemdziesiątych, do złotej ery neo proga, do tego, co znamy i lubimy i za czym często tęsknimy. Bo tak czasami miło jest przypomnieć sobie początki i marillionowską rewolucję. Ta płyta się do tego nadaje w stu procentach.

Zespół Sentimental Mercenaries to: Marco Vincini (wokal), Dor Levin (kompozytor, producent, klawisze, bas), Gil E (perkusja) i Yohai Moyal (gitara). Na tą chwilę płyta dostępna jest tylko w wersji cyfrowej, ale planowane jest jej wydanie w wersji fizycznej (podobno w połowie kwietnia). Zainteresowanych odsyłam tutaj.

MLWZ album na 15-lecie Festiwal Rocka progresywnego w Toruniu: znamy wykonawców Mostly Autumn Weekend 2026 Zespół Rush wystąpi w Krakowie Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026 Red Box na trzech koncertach w Polsce