mlwz - edunitsky - banner - prog rock

Legacy Pilots - Camera Obscura Vol.1 & Vol.2

Rysiek Puciato

Moja muzyczna przygoda z zespołem Legacy Pilots jest niczym przypadek kropli drążącej skałę. Pozwoliłem sobie na łamach MLWZ.pl przy okazji omawiania ich albumu pt. „Thru The Lens” (2024) na kilka niepochlebnych uwag. Jakoś nie do końca przypadła mi do gustu ich ostatnia propozycja, choć w jej nagrywaniu brało udział wielu znanych muzyków. Ale kropla drążyła skałę skapując pojedynczymi informacjami, wywiadami, które pojawiały się w zasadzie niedługo po wydaniu poprzedniego krążka, a które można by podsumować cytując fragment wywiadu Franka Usa udzielonego całkiem niedawno: „(…) Podoba mi się pomysł, że można wybrać album, którego się słucha, w zależności od nastroju. (…) „Camera Obscura” to największa i najbardziej dopracowana produkcja, jaką Legacy Pilots zrealizowali do tej pory. Myślę, że słuchaczowi zajmie tygodnie, zanim naprawdę pozna ten materiał, ponieważ włączyliśmy do utworów niesamowitą liczbę pomysłów i będzie wiele do odkrycia. (…) Jestem głęboko przekonany, że udało nam się stworzyć tu coś więcej niż tylko kilka wyjątkowych utworów”. Te słowa były przysłowiową ostatnią kroplą przed przystąpieniem do słuchania zawartości dwóch krążków, które tym razem przygotował zespół.

Po raz pierwszy w swej historii Legacy Pilots nagrali album dwupłytowy, po raz pierwszy zaprezentowali ponad dziewięćdziesiąt minut muzyki, która ma dwa oblicza, zresztą prawie zgodne z podziałem na album z podtytułem Volume I i drugi - z podtytułem Volume II. Oczywiście nie zawodzi też skład muzyków, który w tym „muzycznym procederze” brali udział: Todd Sucherman (Styx), Marco Minnemann (The Aristocrats), Lars Slowak, Finally George (przy okazji zachęcam do lektury jego zeszłorocznej solowej płyty „Painter” autorstwa Tomasza Dudkowskiego na łamach MLWZ.pl – tutaj), Pete Trewavas (Marillion), Steve Morse (ex-Deep Purple, ex-Kansas), wszędobylski John Mitchell i dwoje wokalistów: Jake Livgren oraz Liza. Niemal wszyscy brali już udział w nagrywaniu poprzednich wydawnictw zespołu. I po tych mniej więcej formalnych informacjach i uwagach mogę wreszcie powiedzieć: udało im się tym razem wydrążyć w mym muzycznym sercu i duszy dziurę, w którą wlała się cała zawartość tego wydawnictwa.

Każdy z dwóch krążków jest zestawem soczewek, które przekazują pomniejszony i lekko „odwrócony” (czyt. przetworzony na potrzeby muzycznego popisu) obraz świata dookoła nas. Oba krążki są „kamerami obscura”, które rzeczywisty obraz otaczającego nas świata malują muzycznymi opisami, które raz są miękkie i łagodne, raz rozmyte, raz pokazują głębię nieskończonej ostrości, raz skalują odczytane obrazy do rozmiarów pojedynczych utworów muzycznych. I zgodnie z przytoczonymi wyżej słowami wywiadu stwarzają możliwość dowolnej interpretacji i wyboru uzależnionego jedynie od naszych chęci poznawczych.

Płyta z podtytułem Volume I to mistrzowski popis kompozytorsko-aranżacyjny. Zespół w niesamowicie spójny i perfekcyjnie zagrany sposób rozpoczyna swą opowieść od trzyczęściowego utworu pt. „Midnight Tide”, który, choć trwa nieco ponad osiem minut, to jednak pokazuje, że ta płyta będzie łączyć w sobie elementy symfonizujące, lekko improwizacyjne dźwięki jazzowe i delikatną progresywną pasażowość. Środkowa, instrumentalna część tego utworu brzmi wyjątkowo, będąc doskonałym przejściem pomiędzy nieco jazzrockową częścią pierwszą, której tematem przewodnim jest „analiza” upływu czasu – „(…) Though small our footprint in unfolding time / In living we reclaim our quiet rhyme” (Choć nasz ślad w upływającym czasie jest niewielki, / Żyjąc, odzyskujemy nasz cichy rym) – a częścią trzecią, która powraca do jazzrockowej stylistyki części pierwszej z dodatkowymi mocniejszymi elementami. Jaki jest wyróżnik tej kompozycji? Wspaniałe linie wokalne, naprawdę brzmią wybornie.

Podobno ze znajomymi najlepiej wygląda się tylko na zdjęciu. Znacie Państwo pewnie to niezbyt optymistyczne powiedzenie. Utwór „My Anchor” z wokalnym udziałem Lizy przeczy tej tezie: „(…) You, you're my best friend / You are the light in my life / You stand by me as I stand by you for the rest of our lives / We’ve had our storms, our nights of rain / Words like thunder, hearts in pain / But when silence falls, and shadows grow / I see the light in you—I know” (Ty, jesteś moim najlepszym przyjacielem / Jesteś światłem w moim życiu / Trzymasz się mnie, tak jak ja stoję przy tobie do końca życia / Mieliśmy swoje burze, nasze deszczowe noce / Słowa jak grzmoty, serca w bólu / Ale kiedy zapada cisza, a cienie rosną / Widzę w tobie światło – wiem). I jest to nie tylko zaprzeczenie, to także bardzo nastrojowa piosenka, która prowadzi słuchacza w krainę rodem ze spokojniejszych utworów… Madonny. Tak, wiem jak to zabrzmiało, ale proszę z uwagą posłuchać linii wokalnej, która mimo podobieństwa (jak mi się wydaje) jest bardzo nośna i wraz z muzyką buduje bardzo miłą w odbiorze atmosferę.

Później jest już tylko lepiej, bowiem zespół zaprasza słuchacza na wspólny lot pod niebiosa. W instrumentalnym utworze „Cloud City” z gościnnym udziałem Todda Suchermana i Larsa Slowaka po prostu czuć jak każdy akord gitary pozwala na rozleniwiające zanurzenie się w całym krajobrazie delikatnych dźwięków. Muzyczne przestworza stoją otworem i zapraszają do wspólnego przemierzania bezkresu kosmosu. Proszę posłuchać syntezatorów w połowie trzeciej minuty – jesteśmy po jasnej stronie słońca.

Duch podróży kosmicznej unosi się także w kompozycji „A Fleeting Echo” – „(…) In the quiet of the stars, / The Earth’s just a dot in the endless dark / The countries fade, the lines erased / What’s a kingdom when the world’s in space?” (W ciszy gwiazd,/ Ziemia jest tylko kropką w nieskończonej ciemności, / Kraje bledną, linie się zacierają, / Czym jest królestwo, gdy świat jest w kosmosie?). Nie będę ukrywać, że ta część pierwszego krążka należy do moich ulubionych. I jeżeli poszukują Państwo utworów igrających z najgłębszymi emocjami, to właśnie teraz rozpoczyna się ten czas. Wspaniały wokal Finally George’a i gitara Setha Hankersona (Emerald City Council) wspaniale współtworzą tę niesamowicie relaksującą piosenkę. Nie ma żadnej zbędnej nuty, ani żadnego niepotrzebnego muzycznego popisywania się… Jest czysta muzyczna esencja najlepszych dźwięków i to przez ponad dziesięć minut. No i te syntezatory… Ale o tym już było… I na dodatek ósma minuta i trzydziesta druga sekunda – apogeum piękna!

Taki skład to niemal gwarancja usłyszenia czegoś ciekawego: Finally George, Marco Minnemann, Seth Hankerson i Pete Trewavas. I tak jest rzeczywiście. „No Pause In Time” – mimo tykającego zegara nie pozwala na sekundę odpoczynku. Nasz melodyjno-piosenkowy lot trwa nadal. „(…) Time feels endless / When you were so young/ Now every second leaves a trace / A quiet ache we can’t erase / Time never pauses, it only runs / From rising moons to setting suns / The days we hold, the breath we take / Are borrowed moments we cant remake” (Czas wydawał się nie mieć końca / Kiedy byłeś młody / Teraz każda sekunda zostawia ślad / Cichy ból, którego nie możemy wymazać / Czas nigdy się nie zatrzymuje, tylko biegnie / Od wschodzącego księżyca do zachodzącego słońca / Dni, które wstrzymujemy, oddech, który bierzemy / Są pożyczonymi chwilami, których nie możemy odtworzyć). Muzycznie to kolejna doskonała kompozycja.

Pierwszy krążek kończy hit. „Afterglow” – to jedna z najpiękniejszych piosenek tego półrocza. Do niezmiernie kołyszącej muzyki głos Johna Mitchella dołącza dramatyczny, ale też bardzo przejmujący ton. Proszę sobie gdzieś zanotować ten tytuł, to może być utwór roku. W dodatku na płycie jest jeszcze jego radiowa wersja, krótsza o niecałe trzy minuty, tak w sam raz do prezentacji w nawet bardzo komercyjnych stacjach radiowych.

Płyta numer dwa? Proszę nie pytać. Zespół pozwala sobie na wiele, a zawartych na niej sześć kompozycji pokazuje nie tylko niejednoznaczną twarz grupy, ale jej (jak dla mnie) zupełnie nowe oblicze: pełne improwizacji, eksperymentu, dźwięków co najmniej nietuzinkowych i będących jakby w lekkiej opozycji do pierwszego krążka. Z pewnością jest to działanie świadome, jeśli pamięta się zacytowany na początku fragment wywiadu z Frankiem Usem – w końcu prowodyrem tego całego muzycznego „zamieszania”.

Proszę posłuchać prawie szesnastominutowej kompozycji pt. „The Illusion of Knowing” podzielonej na sześć scen. Krótki wstęp („Introduction”) przenosi nas do muzycznej obserwacji niewiary w swoje możliwości, bagatelizowania kwestii niedostatku wiedzy przy wykonywaniu ważnych czynności, słowem do analizy syndromu Dunninga-Krugera („An Observation by Dunning-Kruger”), która kroczy ścieżką naznaczoną przez symfoniczne aranżacje z bardzo delikatną linią wokalną. Kolejne sceny tej opowieści („Echoes of Belief (Inspired by Confirmation Bias)” i „Against the Ivory Tower”) zachwycają połączeniem symfonicznego rozmachu z niezmiernie delikatną i bardzo narracyjną warstwą wokalną. Jake Livgren i Liza kreują niesamowite duety będące dialogiem poruszającym kwestie życia codziennego i ważności naukowych dowodów. Dodatkowym elementem przyciągającym jest gra gitary, która w części końcowej („Reprise”) wspólnie z syntezatorami tworzy niesamowicie dramatyczną atmosferę wyrażoną w słowach: „(…) …But can they break free from the prison of their belief? / Face the storm and the questioning sea? / Prophets fall when the seekers rise / Reclaiming the truth from the web of lies” (…Ale czy uda im się uwolnić z więzienia swojej wiary? / Stawić czoła burzy i morzu pytań? / Prorocy upadają, gdy powstają poszukiwacze / którzy pragną odzyskać prawdę z sieci kłamstw).

Bezpośrednio po tej kompozycji rozpoczyna się jakby jej dalszy ciąg. Oczywiście ciąg narracyjny ponownie zorientowany wokół kwestii wiary w samego siebie – „(…) You should start shining / Just stand in for yourself / Their views can be a self-made cage/ Limiting your steps, fueling rage” (Powinieneś zacząć błyszczeć / Po prostu stań w swojej obronie / Ich poglądy mogą być klatką, którą sam sobie zbudowałeś / to tylko ograniczanie liczby kroków, podsycanie wściekłości). Muzycznie kompozycja „Leave the Prison” jest po prostu wspaniała. Pełna melancholii i pojawiającego się gdzieś tam promienia nadziei wyczarowywanego przez bardzo delikatną melodię.

Co widziałby w kamerze obscura ktoś, kto nie może zasnąć strudzony życiem, dniem codziennym, sobą…? – „(…) We're riding for years in a tunnel of horror / And these ghosts we can't get rid of / They haunt me almost every night / I toss and turn I’m still awake” (Jedziemy latami w tunelu grozy / I tych duchów nie możemy się pozbyć / Nawiedzają mnie prawie każdej nocy / Przewracam się z boku na bok / Wciąż nie śpię). Utwór „Haunted House” nie odpowiada na to pytanie, on tylko je zadaje. Muzycznie zmusza do podporządkowania się smutkowi i melancholii wybrzmiewając niczym skarżącA się mantra w niespokojną noc.

Jako czwarta kompozycja na krążku Volume II pojawia się instrumentalny utwór pt „Fear Pt. Three (Continuation)”… Kontynuacja? Czego?... Czy to kontynuacja dwóch części utworu „Fear” z płyty „Aviation” z roku 2020? Czy to trzecia część po dwóch zawartych na tym krążku – „Fear Part One - Proximity and Distance” i „Fear Part Two - Hope and Failure”? Mroczna i niepokojąca, pełna organowych improwizacji, taka odjechana i zgrzytliwa niczym strach, jakiego każdy z nas pewnie nie raz doświadczył. To pytania do rozstrzygnięcia przez każdego z osobna.

Przedostatni utwór z drugiego krążka jest taki jak słowa refrenu – „(…) I’m dreaming, yeah / I’m dreaming / While I’m running” (Marzę, / Marzę /kiedy biegnę). „I'm Running” brzmi niczym nieskrępowany popis muzyczny oparty na wspaniałej grze syntezatorów, grze lekkiej, ozdabiającej tę kompozycję nieco w stylu twórczości The Alan Parsons Project. Choć ostatnie dwie minuty dostarczają wielu eksperymentatorsko-improwizacyjnych pasaży.

I wreszcie na sam koniec pojawia się instrumentalna kompozycja o przewrotnym tytule – „So Obvious While Obscura” (Tak oczywiste, a jednocześnie niejasne). Czy najlepsze zostawiono na koniec…? Dla poszukiwacza nieskrępowanej improwizatorskiej ekspresji muzycznej na pewno ten utwór będzie doskonałym zwieńczeniem płyty (ba… obu płyt). Pozostali słuchacze też nie powinni być zawiedzeni. Mimo pewnej dozy improwizacji to doskonały przykład symfonicznego połamańca o jakże wspaniałych zmianach rytmu, tempa i nastroju. Parafrazując tytuł można by powiedzieć: to oczywiste, że tak musiała skończyć się ta płyta (te płyty). A jednocześnie to jakoś tak przewrotnie niejasne. Przecież to zniekształcony obraz tego, co dookoła nas… Uwaga! To camera obscura! Przecież każdy obraz można odwrócić…

Wydrążył w mym muzycznym sercu i duszy ten album dużą dziurę, w którą wpadają wszystkie zapisane tu dźwięki. Nie mogę powiedzieć, że jest to płyta do słuchania raz za razem. Jest rarytasem wymagającym odpowiedniej okazji i nastawienia. Nie jest to płyta, przy której podryguje się nogami. Tu potrzeba skupienia i chęci, ale w zamian otrzymujemy dwa pełnoformatowe wydawnictwa pełne niesamowitych kompozycji, które płyną mocą rocka symfonicznego przemieszanego z odrobiną improwizacji, eksperymentu i rockowej zadziorności i, co najważniejsze, wszystko to przez ponad dziewięćdziesiąt cztery minuty idealnie współgra ze sobą, tworząc wspaniały podwójny album. Polecam, choć nie ukrywam, że trzeba będzie włożyć trochę wysiłku, by docenić jego piękno.

MLWZ album na 15-lecie Festiwal Rocka progresywnego w Toruniu: znamy wykonawców Mostly Autumn Weekend 2026 Zespół Rush wystąpi w Krakowie Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026 Red Box na trzech koncertach w Polsce