To nie będzie i nie może być żadna recenzja. To nawet nie będzie próba zbliżenia się do jakiejkolwiek oceny lub podsumowania tego, co zawarte jest na krążku pt. „The Allstar Project”. Bo to jest po prostu niemożliwe, przynajmniej dla mnie. Powód takiego stanu rzeczy jest bardzo prosty: całkowity brak dystansu i rzeka wspomnień z lat „durnych i chmurnych”. Bo proszę sobie wyobrazić, że na jednym krążku swoją maestrię demonstrują członkowie takich grup lub/i zespołów towarzyszących artystom, jak: Chicago, Steely Dan, Billy Joel, Phil Collins, Bruce Springsteen’s E-Street Band, Styx, Whitesnake, Paul McCartney i że miksy zostały zrobione przez Rona Nevisona, który współpracował z takimi tuzami rocka, jak Led Zeppelin, The Who czy Ozzy Osbourne.
Proszę spojrzeć na nazwiska pojawiających się tej płycie wykonawców: Joel Hoekstra (Whitesnake, TransSiberian Orchestra), Glen Burtnik (Styx), Bill Champlin (Chicago), Liberty Devitto (Billy Joel, Paul McCartney), Leland Sklar (James Taylor, Phil Collins), Keith Howland (Chicago), Lee Loughnane (Chicago), Elliott Randall (Steely Dan), Jon Herington (Steely Dan) czy Curtis King Jr. (Bruce Springsteen’s E Street Band). Taki skład to jak patrzenie na historię rock and rolla. Dołóżmy do tego wszystkiego jeszcze element progresywny. Powiedzmy dokładniej, dołóżmy do tego grona wykonawców muzyka, który powinien być znany miłośnikom rocka progresywnego. Wszystkich wymienionych wyżej artystów nakłonił do nagrania tej płyty Doug Kistner – klawiszowiec zespołu Trans-Siberian Orchestra (a także takich grup jak Blood, Sweat & Tears czy The Lords Of 52nd Street). Efekt? To znakomity projekt o nazwie Studio D’Lux i jego pierwsza płyta pt. „The Allstar Project”. Co więcej, jest to także pierwsze podejście do nagrań solowych Douga Kistnera. Nigdy wcześniej nie pokusił się o taką próbę. Najważniejszą cechą tego krążka jest jednak to, że nie jest to jakieś patchworkowe wydawnictwo, jakaś większa lub mniejsza wypadkowa połączenia umiejętności tak wielu, tak w sumie różnych wykonawców. Jest to album spójny, jest to album będącym pomostem pomiędzy najlepszymi elementami klasycznego rocka, gładkości muzyki z Zachodniego Wybrzeża USA i bardzo współczesnego sposobu produkowania muzyki rozrywkowej. Poszczególni uczestnicy nie kreują tego krążka, a jedynie dodają mu blasku, oddając palmę pierwszeństwa Dougowi Kistnerowi i jego umiejętności tworzenia utworów, które często określa się mianem „storytelling”. Wszystko na tym wydawnictwie błyszczy perfekcją, profesjonalizmem aranżacyjnym i maestrią wykonania, a końcowy efekt to ponad trzydzieści pięć minut muzyki podzielonej na osiem utworów.
Nie jest to płyta progresywna, ani nawet około-progresywna. To brylant w stylu AOR, brylant w stylu soft rocka z elementami tak dobrze znanymi z muzyki rockowej lat osiemdziesiątych. To dobre rockowe wydawnictwo, którego można słuchać w deszcz i słońce, w dni nieszczególne i te jak najbardziej radosne. Choć uważny słuchacz na pewno znajdzie tam momenty, które przypominają nieco dokonania zespołów The Alan Parsons Project, Chicago i innych tego rodzaju projektów.
Proszę sięgnąć w wolnej chwili po tę płytę może ze względu na wspomnienia lat „durnych i chmurnych”, może dla poprawienia humoru, może dla zobaczenia jasnego słonecznego promienia w szarawy dzień, może z innych osobistych powodów, a może po prostu, by tak po ludzku poczuć powiew nowego, ale jakże dobrze znanego.
Bo to płyta z gatunku „highly recommended”.
