Trylogia zakończona. Rozpoczyna się nowy rozdział. Silniki startują na nowo…
Automoto Animus
Enigmatic Terminus
Terminal Tempestuous
Z okładki spogląda na nas twarz Phideaux Xaviera będąca zlepkiem fotografii z różnych okresów jego życia – od młodości do współczesności. Wszystko to w świetlistej aureoli… Lubię tego człowieka i to bardzo. Za otwartość, za niesztampowe pomysły, za wspaniałą muzykę i przeogromne poczucie humoru. W recenzjach jego poprzednich płyt publikowanych na naszych małoleksykonowych łamach zawsze podkreślałem, że należy on do ścisłego grona moich ulubionych wykonawców i że na każde jego nowe dzieło czekam z ogromną atencją i niecierpliwością. Tym razem została ona wystawiona na dużą próbę, bo od albumu „Infernal”, który był domknięciem trójpłytowego dystopijnego konceptu opowiadającego o życiu w ekologicznie rozpadającym się świecie, na który składały się też płyty „The Great Leap” (2006) i „Doomsday Afternoon” (2007), mija prawie 8 lat. No cóż, lepiej czekać długo niż… dłużej, dlatego też z wielką radością biorę do rąk najnowszy, planowany do wydania 6 lipca br., album Phideaux zatytułowany „AutoMoto Animus”. Dziwny to tytuł. Postarajmy rozebrać go na czynniki pierwsze: ‘auto’: – automat, a może android? „Moto” – mechanizm, a może wewnętrzny napęd? „Animus” – duch, wola życia, siła? Czy należałoby tytuł „AutoMoto Animus” przetłumaczyć jako „Zmechanizowana dusza”? A może po prostu głos człowieka próbującego poprzez swoje piosenki przetrwać we współczesnym świecie?...
Na albumie tym Phideaux przedstawia – podzielony na stronę A i stronę B - zbiór skłaniających do refleksji i uwodzicielsko brzmiących utworów. Podkreślmy, utworów krótkich, a nawet, powiedzmy to szczerze, utworów piosenkowych. Jest ich łącznie 8, a ich rozmiary nie przekraczają 4 minut. Jest jednakowoż jeden wyjątek: finałowe nagranie „Legend Of Mary Jo” – to już rozbudowana kompozycja trwająca aż 14 minut z sekundami i zawiera ona liczne atrybuty, jakimi definiujemy klasyczne progresywno-rockowe granie. Generalnie rzecz biorąc, nie jest to jakieś radykalne zejście z obranej przed laty przez Phideaux ścieżki artystycznej, ani też powrót na znane i do cna wyeksplorowane już terytoria, lecz naturalne rozwinięcie i nowe spojrzenie na oczekiwania i wyzwania, które wobec artystów niesie dzisiejszy, dynamicznie zmieniający się, świat, także ten, w którym funkcjonuje ewoluująca na przestrzeni lat muzyka.
Phideaux nie jest progrockowym ortodoksem. Kto tego jeszcze nie wiedział, przekona się już po pierwszych dźwiękach żywiołowo otwierającego płytę utworu „Do What U Will”, który wpisuje się raczej w brzmienia spod znaku nowej fali i new romantic, a stylistycznie mieści się gdzieś pomiędzy Bauhaus a Ultravox. „Hey Humanity” to kolejna melodyjna piosenka, tym razem podpadająca pod stylistykę The Beatles, a może trochę i ELO (świetny smyczkowy instrumentalny aranż autorstwa Kaitlin Wolfberg), a nawet grupy Queen (gitarowe solo Marcusa Watkinsa to głęboki ukłon w stronę Briana Maya). „Driving To Destruction” to jeszcze jedna piosenka utrzymana w poprockowej ornamentyce. Nie jest on moim faworytem i pomimo kilku podejść nie ma raczej szans na to, bym chciał do niej często wracać, ale to utwór ważny, w pewnym sensie definiujący to wydawnictwo:
Automoto Animus - Enigmatic Terminus - Terminal Tempestuous
We race out of sight, we move out of time
The lanes change their sides when there's no disguise
Will you torment my life, will you forget the fight
Will you give me the ride - and drive drive drive
We're driving, driving to atone
We're driving into the unknown
Z muzycznego punktu widzenia nie porwało mnie to nagranie, ale zdecydowanie lepiej jest w przypadku „Stay With Me”. Ta najkrótsza (3 minuty 12 sekund) w tym zestawie miłosna piosenka ma niesamowicie nośny beatlesowski refren i w ogóle jakiś taki radosny klimat, że chciałoby się jej słuchać i słuchać bez końca:
Stay with me 'til the end of time, don't go away, don't break the line
Stay with me 'til the end of time, please just stay by my side
Just Stay with me - Stay with me
Don't blow away like the dust declines
Don't go away, leave it all behind
Don't blow away - Leave it all behind
Umowną pierwszą część płyty zamyka „Charlie Knew”. I znowu kłania się tu klimat a’la The Beatles podlany psychodelicznym sosem Davida Bowie z ery Ziggy’ego Stardusta, i znowu refren błyskawicznie wpada w ucho, znowu w tle szaleją smyczki, znowu po zakończeniu utwór sam zaczyna grać nam w głowie... Bardzo dobra kompozycja, a w uszach przewija się jej purnonsensowy tekst:
Charlie knew something always points at you
Charlie knew, Charlie knew
Yes Charlie knew always someone over you
Charlie knew - Squeaky too
And when he says “Rise”
We rise, we rise
Charlie knew – Let's all do what Charlie do
Charlie knew
Stronę B albumu rozpoczyna ballada „Siren In The Storm”. To marynistyczna pieśń o niespełnionej miłości odrobinę zahaczająca o klimat szantów:
The Siren waits for me, I think I hear her calling
She whispers so silently
The Siren I can't see - I know she's out there beckoning me
And I wonder who could she be?
Rozkołysani morską opowieścią i wokalizą w wykonaniu Savannah Pope słyszymy dźwięki skrzypiec i wiolonczeli (tym razem to Ariel Faber) otwierające nagranie „Enigmatic Terminus”. Nawiązuje ono klimatycznie, tekstowo i, poprzez swoje liczne synkopowe przejścia, także rytmicznie i melodycznie do „Driving To Destruction”. Stanowi też przygotowanie pod zbliżający się finał w postaci długiej, dwuczęściowej kompozycji „Legend Of Mary Jo”. Rozwija się ona powoli, jej poszczególne segmenty płynnie łączą się ze sobą, od czasu do czasu rozwój muzycznej akcji przyśpieszany jest jakimś efektownym solo czy to gitarowym, czy saksofonowym czy wykonanym na trąbce, a całość urozmaicona jest raz marszowym beatem, raz wodewilowym pasażem, by w swojej finałowej części odważniej wejść na progrockowe terytoria (John Unicorn na basie niczym Chris Squire!). Opowiadana jest w niej historia mająca swoją genezę w przeszłości. W 1992 roku Mary Jo Buttafuoco została postrzelona przez 17-letnią Amy Fisher, która w tym czasie romansowała z ówczesnym mężem Mary Jo, Joeyem. Phideaux przenosi to zdarzenie do 2062 roku i przedstawia Amy jako uosobienie zła. Amy przybywa na białym rumaku i dowodzi uzbrojonym po uszy batalionem…
In the year 2062 Amy will come for you
She will ride a white stallion and lead a battalion
And seven score trumpets will sound
In the year 2062 Amy's made up for you
If she finds you are willing, she will come for the killing
'Cos Amy stands her ground - she won't be put down
My name is Mary Jo Buttafuocco
And I prophesy the end of everything we know.
„Nazywam się Mary Jo Buttafuocco. I przepowiadam koniec wszystkiego, co znamy!”… Apokalipsa czy surrealizm? Purenonsensowa historia z gatunku sci-fi czy wizja końca świata? Abstrakcja czy ostrzeżenie? Opowieść na serio czy to Phideaux z szyderczym uśmieszkiem i z filuternym przymrużeniem oka?... Gdybym grał w teleturnieju, to postawiłbym na to ostatnie…
A wszystko to dzieje się bez żadnych udziwnień, całość ma zwiewny klimat, w dodatku przewijające się melodyjne motywy momentalnie wpadają w ucho. Niby to kompozycja bardzo długa, ale wcale nie jest skomplikowana. Powiedziałbym, że wręcz lekka i… zaskakująca. Zaskakująca w tym sensie, że ktoś w tym momencie płyty mógłby spodziewać się czegoś monumentalnego, epickiego, złożonego i napuszonego totalnym patosem. Nic z tych rzeczy, „Legend Of Mary Jo”, to przystępna, wydłużona do blisko kwadransa, piosenka z akcją, w której dzieje się tak wiele, co w finale „Abbey Road”, a czas przy niej płynie niemiłosiernie szybko. Tak szybko, że nawet nie obejrzysz się, a to już koniec…
Nowa muzyka Phideaux jest, jako się rzekło, nieco inna niż ta znana z poprzednich płyt. Ale ciągle jest uzależniająca, prowokująca do myślenia, zabawna (tak!!!) i jednocześnie wciągająca, z zapadającymi w pamięć melodiami i dopracowanymi aranżacjami. Obecne są w niej także pewne klasyczne elementy rocka progresywnego, jak wykorzystywanie na szeroką skalę syntezatorów, organów Hammonda, melotronów i innych instrumentów, a także dwuoczęściowy, ewoluujący utwór finałowy... Pod tym względem nie zmieniło się nic. Nie zmienił się też zestaw najwierniejszych muzyków, którzy towarzyszyli Phideaux już na poprzednich płytach – w tym gronie znajdują się m.in. Ariel Farber (instrumenty smyczkowe, wokal), Mark Sherkus (organy, melotron), Johnny Unicorn (bas, wokal) i Molly Rutan (wokal, perkusjonalia). Ale jest też potężna armia nowych współpracowników: Joe Berardi, Dustin Boyer, Roger Howarth, Amanda Lynne, Vince Meghrouni, Rich Mouser, Charlie Paxson, Fernando Perdomo, Savannah Pope, Kira Roessler, Paul Roessler, Naomi Adele Smith, Marcus Watkins, Angus Weir, Kaitlin Wolfberg, Nathan York, Juliet Mills, Marianne Muellerleile i Geoff Ball - by wymienić tylko kilka nazwisk. Ale i tak większość instrumentów i przeważająca część linii wokalnych to domena naszego głównego bohatera.
Zamiast odgrzewać progrockowe klisze lub skupiać się na niepotrzebnej technicznej akrobatyce, nowa muzyka Phideaux oferuje coś kreatywnego, przyjaznego uszom i orzeźwiającego. Wydaje mi się, że wszystkie kompozycje zostały stworzone z niemal dziecinną niewinnością. Bez wyrachowania, bez żadnej komercyjnej strategii, bez targetów. Ale za to prosto z serca.
Gorąco polecam ten album miłośnikom subtelnej, poprockowo-psychodelicznej odmiany rocka progresywnego, z mocnym akcentem postawionym na melodyjne piosenki i łatwo zapadające w pamięć tematy. Ta muzyka ma w sobie wyjątkową magię, która na współczesnych płytach nie przytrafia się zbyt często.
I jeszcze jedno: pomyślałem sobie, ze gdyby płyty „AutoMoto Animus” wysłuchał Jeff Lynne, to – wzorem swojego mistrza, Johna Lennona – powiedziałby pewnie: „Gdyby The Beatles nadal grali razem, prawdopodobnie tworzyliby muzykę w bardzo podobnym stylu”...
