mlwz - edunitsky - banner - facet

L'Ombra Della Sera - Segreti Nel Nero

Rysiek Puciato

W przypadku tego albumu możliwych jest wiele rozwiązań, które mogłyby być początkiem tej recenzji. Oto te, które udało mi się zwerbalizować i ująć w jakieś mniej więcej spójne paragrafy. Zaczynajmy.

Początek numer 1.

Powiedzenie, że Fabio Zuffanti jest ikoną włoskiego rocka progresywnego, to stanowczo za mało. To właściwie lekka obraza dla tego muzyka. Bo proszę sobie tylko przypomnieć takie zespoły jak: Aries, Hostsonaten, Finisterre i La Maschera Di Cera. Mało?… Aries – 2 albumy, Hostsonaten – 8 albumów długogrających, Finisterre – 5 albumów studyjnych i 4 live, La Maschera Di Cera – 7 albumów studyjnych (w tym ten „mój” – „S.E.I.” z roku 2020) i 1 live. Być może spotka się to z Państwa sprzeciwem, ale jeżeliby szukać odpowiednika roli Zuffantiego w polskiej muzyce progresywnej, to jedynie postać Józefa Skrzeka (SBB) może pełnić taką rolę. Zresztą, także i w przypadku Skrzeka określenie „ikona” jest niewystarczające.

Początek numer 2.

Na początku miał to być „wybryk muzyczny”. Ot, taki poboczny projekt macierzystej formacji, w której gra ikona rock progressivo italiano - Fabio Zuffanti. Jego macierzysty zespół, La Maschera Di Cera, miał na swoim koncie (a wydaje swe płyty już od roku 2002) kilka dobrych albumów, lecz Zuffanti zdecydował, że może by tak spróbować nagrać nieco inny repertuar i wykorzystać ścieżki dźwiękowe z włoskich sztuk telewizyjnych z lat siedemdziesiątych, których autorami są m.in. Claudio Simonetti (Goblin), Riziero Ortolani (znany choćby z muzyki do serialu kryminalnego „Ośmiornica” („La Piovra”) i Berto Pisano. I tak, zamiast (choć lepszym słowem byłoby słowo „oprócz”) symfonicznego podejścia do muzyki mamy tu do czynienia z elementami jazzu, funky, lekkim ambientem czy też odrobiną improwizacji w stylu King Crimson. I na dodatek wszystko to zostało skomponowane i nagrane przy użyciu autentycznych instrumentów klawiszowych z lat 70. – organów Hammonda, Fender Rhodes, minimoogów czy melotronu. Takim założeniom towarzyszyła nowa nazwa - L’Ombra Della Sera (Cień wieczoru – niczym w kinie na wolnym powietrzu…). Pierwszy album nowej formacji zatytułowany po prostu „L'Ombra Della Sera” ukazał się w… 2012 roku. I teraz po czternastu latach przerwy ukazuje się drugie wydawnictwo tego muzycznego projektu. Nosi ono tytuł „Segreti Nel Nero”.

Początek numer 3.

Trzeba mieć niebywałą fantazję, by w 2026 roku nagrać album, który zawiera utwory całkiem nowe, jak i te, które znalazły się na pierwszym i, jak dotąd, jedynym albumie grupy L’Ombra Della Sera wydanym w 2012 roku. Dla utrudnienia panowie Fabio Zuffanti (bas), Agostino Macor (klawisze, orkiestracja), Martin Grice (saksofon, flet), Andrea Orlando (perkusja) i Alessandro Corvaglia (klawisze, wokal) nie tylko nagrali je na nowo, ale także pozmieniali nieco tytuły, co sprawiło, że przez chwilę można mieć wątpliwości z cyklu: „znane, ale jakoś inne”. Ponadto zwiększyła się także ich liczba – z pięciu na płycie z roku 2012 do dziesięciu na obecnym krążku. Oczywiście trzeba podkreślić, że nowe wydawnictwo - „Segreti Nel Nero” - nie jest ani remasterem, ani wznowieniem z bonusami, ani niczym innym podobnym. To zupełnie nowy album, choć tych samych trzech muzyków brało także udział w powstawaniu poprzedniego wydawnictwa.

A sama płyta? To dziesięć kompozycji i ponad siedemdziesiąt minut muzycznego ucztowania i niesamowitej podróży w świat szklanego ekranu, w świat filmowych opowieści, wspomnień (oczywiście muzycznych) z programów telewizyjnych… Słowem, muzyka z filmów, do filmów, filmowa…. I to nie tylko muzyka… Są też słowa, są przeróbki – momentami wręcz kontrowersyjne – utworów z pierwszego krążka z roku 2012, choć i tutaj daje się poznać pewnego rodzaju artystyczną przewrotność – ot, choć w zmianie nazw. Pierwszy utwór z pierwszego albumu – „Gamma” – romantyczny, prawdziwie filmowy i to filmowy w rozumieniu włoskiego kina lat 70 i 80. z uwodzicielską i namiętną linią syntezatorów, elektrycznym pianinem, linią basu i perkusji został skrócony z jedenastu minut do sześciu.

Z kolei druga kompozycja z debiutanckiego krążka – „La Traccia Verde” (Zielony szlak) z funkującym rytmem i niesamowitą grą klawinetu, która sprawia, że chce się po prostu tańczyć i szaleć, została przedłużona niemal o połowę. I choć trzecia z kompozycji, „Il Segno Del Comando (Cento Campane)”, została wydłużona nieznacznie – ledwie o dwie minuty - to zmieniono jej tytuł odwracając części składowe. Na nowym krążku jej tytuł to: „Cento Campane (Il Segno del Comando)”.

Nie ma muzycznego znaczenia, że utwór „Ritratto di Donna Velata” też uległ skróceniu. Ten „portret kobiety w welonie” emanuje klasyczną, włoską zasadą - „far niente”, swobodną naturą, nieco lekceważącym podejściem do świata, która definiuje tragikomedie, z jakich Włochy są i zawsze były słynne.

Ponowne skrócenie z dziewiętnastu minut do jedenastu (też nie ma muzycznie żadnego znaczenia) dotyczy utworu „Ho Incontrato Un' Ombra (A Blue Shadow)” to niesamowita klamra muzyczna, która sprawdziła się na pierwszym krążku i doskonale daje sobie radę na nowym. To w dalszym ciągu opowieść o uczuciach, doznaniach i bólu, który pojawia się, gdy troszczymy się za bardzo albo za mało. To gęsty utwór dzięki masywnym efektom głosowym, drżącemu gdzieś na tle hałasów i dźwięków opuszczonego fortepianu wydającego „muzyczne rozkazy” i namacalna powściągliwość niemal granicząca z absurdem. Po prostu wiadomo, że w każdej sekundzie ta kompozycja może wybuchnąć, strzelić jakimś nietuzinkowym, niespodziewanym dźwiękiem.

A to tylko przetworzone utwory z albumu debiutanckiego.

Nowe wydawnictwo rozpoczyna jednak całkowicie nowy utwór – „Albert e L'uomo Nero” (Albert i strach). Proszę bardzo, ale to bardzo, uważnie wsłuchać się w jego początek… Znany motyw? Bardzo dobrze znany? Wariacja na temat? To skojarzenie brzmi do momentu pojawienia się fletu w pierwszej minucie, bo później to właśnie jego gra (do której dochodzi jeszcze później saksofon) w połączeniu z syntezatorami naprawdę oddaje klimat i emocje związane z „kinem włoskim” wczesnych lat 80. Choć jeśli ktoś spodziewa się wyłącznie delikatności i swoistego muzycznego manieryzmu, końcówka tej kompozycji może go bardzo zdziwić swoją mocą.

Nie wiem dlaczego… (sic!) utworowi „Fantastic Fly (Racconti Fantastici)” towarzyszy zachwyt, jak wtedy, gdy na ekranie telewizora po raz pierwszy zobaczyło się Monikę Bellucci. Czy mam coś jeszcze powiedzieć…? Jakby Monica spacerowała przez rynek małego włoskiego miasteczka pilnie obserwowana przez męską część jego populacji…. Wiem, że to niezbyt poprawne „politycznie i obyczajowo”, ale…

Ależ wspaniała linia basu grzmi w utworze „A Come Andromeda”! Gra Fabio tworzy niesamowity nastój tej kompozycji. Lekko kosmiczny, lekko dramatyczny, momentami pachnący jakimś horrorem, który wisi gdzieś w powietrzu. I do tego gra fletu i melotronu niczym ze starych filmów grozy.

„La Ballata Di Carini (L'amaro Caso della Baronessa di Carini)” to czas na RPI w jego całej okazałości. To dowód potwierdzający tezę, że ten styl muzyczny mógł narodzić się tylko we Włoszech. Przeładowanie efektami wokalnymi, kościelne organy, atmosfera cyrku, lekko Fellininowska atmosfera błazenady, progresywne, mocne brzmienia. Niczym pomieszanie teatru z operą i przedstawieniem cyrkowym. I do tego chrapliwy wokal Alessandro Corvagliego. A wszystko zmieszczone w niespełna sześciu minutach!

Czasami mówi się, że najlepsze zostawia się na koniec. Tego nie jestem pewien w przypadku najdłuższej kompozycji z tego nowego albumu. „Le Venti Giornate di Torino” to dziewiętnastominutowy portret Turynu. To najbardziej niesamowity i niemożliwy do objęcia słowem utwór na tym wydawnictwie. To dźwiękowa wędrówka, która zmienia eksperymentalną ekspedycję w absurd, mieszaninę przecinających się melodii, skąpanych w nieskrywanym dysonansie z akordami fortepianu i ponurym saksofonem. To zwariowane dźwięki w stylu King Crimson pomieszane z fletem, fortepianem i atakowane przez bas i perkusję. A wokal Fabio Zuffantiego przybiera obsesyjny i szalony kształt, jak samotny głos pośród tłumu bezimiennych wędrowców, kosmiczny walc zapowiadający to, co ma nadejść, zastanawiając się nad kondycją ludzkości. Zuffanti brzmi niemal jak klasyczny John Wetton, ale wszystko to miesza się z buntowniczym saksofonem i jego niemal eksperymentalną grą. To po prostu gratka dla tych, którzy są w dalszym ciągu pod urokiem eksperymentów w stylu King Crimson i jednocześnie chcieliby doświadczyć, że ta grupa w dalszym ciągu ma wpływ na współczesną muzykę.

Takie jest to nowe wydawnictwo zespołu L’Ombra Della Sera. Dla jednych może to być niemal solowy album Fabio Zuffanti’ego nagrany z pomocą przyjaciół, dla innych poboczny projekt muzyków z zespołu La Maschera Di Cera, jeszcze dla innych - nowość, która ma co prawda swe źródła w roku 2012, ale w 2026 charakteryzuje się ewidentnie innym podejściem do muzyki. Zaczynając tę recenzję wskazałem na trzy możliwe jej początki. Teraz wszystko to zostawiam Państwa ocenie, jednocześnie ostrzegając, że nie jest to album na co dzień, na już. Wymaga nie lada skupienia, ale odwdzięcza się niesamowitą ilością wrażeń i emocji. I wciąga w ten filmowy świat kina włoskiego, nasuwa szereg skojarzeń i pokazuje, że pod płaszczykiem „muzyki filmowej” można ukryć szereg dźwięków… niekoniecznie typowo filmowych.

MLWZ album na 15-lecie Peter Hammill na dwóch koncertach w naszym kraju 18. raz Ino-Rock Festival Mostly Autumn Weekend 2026 Zespół Rush wystąpi w Krakowie Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026