mlwz - edunitsky - banner - facet

Cozzetto, Simone - Glass Cradle

Maciej Niemczak

Są artyści, którzy budują światy z dźwięku. Są tacy, którzy budują z nich katedry. A są też tacy, którzy tworzą labirynty — pełne światła, odbić, zniekształceń i cieni. Simone Cozzetto należy do tej trzeciej kategorii. Ten rzymski multiinstrumentalista, urodzony w 1991 roku, od lat porusza się na styku progresywnego rocka, filmowej dramaturgii i psychologicznej introspekcji. Współpracował z ikonami — Kee Marcello, Durgą McBroom, Ludovico Piccininim, Williamem Stravato — ale jego najważniejszym partnerem zawsze była własna wyobraźnia. Po czterech albumach studyjnych — „Wide Eyes” (2016), „The Weight of the Wind” (2020), „Oblivion” (2023) i „Le Miroir” (2023) — Cozzetto wraca z dziełem, które nie tyle kontynuuje jego drogę, co ją przekracza. „Glass Cradle” to concept album o niekomunikowalności, represji, izolacji, gniewie, halucynacjach i wewnętrznym potworze, który rodzi się z niezrozumienia. Według opisu wydawnictwa, całość przedstawia stan „aseptycznej, bezczasowej świadomości”, w którym bohater doświadcza czegoś na kształt paraliżu sennego, a jego psyche materializuje się jako Sfinks — zniekształcona, agresywna część jaźni, która go więzi. To nie jest zwykły album. To psychodrama.

Tytułowa „szklana kołyska” jest jednocześnie azylem i klatką. Chroni to, co delikatne, ale izoluje od świata. Jest przezroczysta — wszystko widać, ale niczego nie można dotknąć. To metafora człowieka, który nie potrafi wyjść z własnej głowy, bo boi się, że jeśli to zrobi, jego wewnętrzny potwór wydostanie się na zewnątrz. Cozzetto buduje ten świat z chirurgiczną precyzją: każdy dźwięk jest tu symbolem, każdy motyw — odbiciem czegoś, co dzieje się w środku. Gra niemal na wszystkim: gitarach elektrycznych, akustycznych i klasycznych, mellotronie, syntezatorach, lap steel, fortepianie, basie i drum machine. A także śpiewa. Towarzyszą mu znakomici goście — Roberto Tiranti, Michael Trew, Germana Noage, Francesco Marino, Matteo Palladini, Ivo Di Traglia, Massimo Pieretti, Francesco Proietti i Alex Mevi. To nie jest zwykła sesja nagraniowa. To teatr jednego umysłu, w którym każdy głos jest aktorem, a każdy instrument — elementem scenografii.

Album otwiera się jak mgła. „Praetextum” — to, co jest przed tekstem, pretekst, zasłona. Gitara Cozzetto błyszczy tu jak szkło: zimna, czysta, ostra. To dźwiękowy próg, za którym zaczyna się właściwa opowieść. W tym krótkim intro słychać wszystko: samotność, napięcie, zapowiedź katastrofy. „Glass Cradle”, z udziałem Roberto Tirantiego, brzmi jak próba poskładania własnego serca. Arpeggia gitarowe są jak odłamki szkła — piękne, ale niebezpieczne. To utwór o kruchości, która boli, o próbie okiełznania pękniętego płomienia, który pali od środka. „Isolation” to dziesięć minut samotności. Minisuita, serce albumu. Cozzetto rezygnuje tu z wielkich aranżacji na rzecz klaustrofobicznej intymności. Gitara powtarza hipnotyczny motyw — jak myśl, która wraca, wraca i wraca. To utwór o izolacji, która nie jest wyborem, lecz stanem. O tańcu w morzu bez twarzy. O człowieku, który tonie we własnych cieniach.

„No Way” to najbardziej agresywny moment płyty. Riffy są jak zaciśnięte pięści. Perkusja Di Traglii brzmi jak walące o siebie metalowe drzwi. Tekst to krzyk: „Czy naprawdę nie ma wyjścia?”. To utwór o gniewie, który nie znajduje ujścia, o desperacji, która zaczyna gryźć od środka.

„The Sphinx” — dziewiętnastominutowy kolos — jest centralnym punktem albumu. Sfinks to halucynacja, zniekształcona personifikacja psyche bohatera, która go atakuje i więzi w stanie „aseptycznej świadomości”. Muzycznie to podróż przez ambientowe pejzaże, progresywne eksplozje, filmowe crescenda, szeptane wyznania i gitarowe lamenty. To utwór, który nie opowiada historii — on ją przeżywa. To konfrontacja z własnym cieniem.

„Embers” jest jak ostatnie iskry po wielkim pożarze — krótki, ale emocjonalny. To moment, w którym bohater nie walczy — tylko patrzy na to, co zostało. „Framed”, ponownie z Tirantim, to opowieść o człowieku zamkniętym w ramie, w definicji, w oczekiwaniach innych. To finał, który nie daje ukojenia — daje świadomość.

„Glass Cradle” to album, który łączy introspekcję Stevena Wilsona, teatralność Ayreon, emocjonalną dramaturgię Riverside i techniczną precyzję włoskiej szkoły prog rocka. Ale przede wszystkim — to dzieło głęboko osobiste. Cozzetto nie próbuje imponować. Nie popisuje się. Nie krzyczy. On diagnozuje. To opowieść o człowieku, który zbudował sobie szklaną kołyskę, by chronić to, co w nim najdelikatniejsze i który odkrywa, że ta kołyska jest także jego więzieniem. To jedna z tych płyt, które nie kończą się na ostatniej nucie. One kończą się w tobie.

Epilog musi być cichy, bo taka jest natura tej muzyki. Album „Glass Cradle” nie domaga się uwagi — ono ją przyciąga. Nie narzuca się — rezonuje. To album, który nie prowadzi słuchacza za rękę, lecz otwiera przed nim drzwi do przestrzeni, w której każdy dźwięk jest odbiciem czegoś ukrytego. Jeśli więc szukasz opowieści, która nie boi się ciemności, jeśli chcesz zajrzeć w lustro, które odbija nie tylko twarz, ale i to, co za nią ukryte, jeśli masz odwagę spotkać się z własnym cieniem — „Glass Cradle” jest miejscem, w którym ta podróż może się zacząć. To muzyka, która nie kończy się w głośnikach. Ona kończy się w tobie. I zostaje tam na długo.

MLWZ album na 15-lecie Peter Hammill na dwóch koncertach w naszym kraju 18. raz Ino-Rock Festival Mostly Autumn Weekend 2026 Zespół Rush wystąpi w Krakowie Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026