Cellar Noise - Panic Loves Telling Lies

Rysiek Puciato

Jak zmierzyć wytrzymałość materiałów czy to metalowych, czy budowlanych, czy jakichkolwiek innych? - to wiadomo. Są do tego różnego rodzaju instrumenty, którymi sterujemy, których używamy, a pewnie za jakiś czas będziemy wysyłali nasze awatary nie chcąc sobie brudzić rąk tak przyziemnymi sprawami. I już one zajmą się odpowiedziami na tak banalne kwestie. My (czytaj: jednostki ludzkie) zajmiemy się wymyślaniem i tworzeniem, choć może i ten obowiązek zrzucimy na jakąś formę sztucznej inteligencji? Ale czym się wtedy staniemy? Otoczeni przez nasze własne twory nie będziemy w stanie nimi kierować. Będąc w świecie będziemy poza nim, a co z czymś tak osobistym jak świat naszych myśli, naszych marzeń, naszych uczuć?... Czy przypadkiem nie staniemy się więźniami w gmachu naszej własnej świadomości?

To zaledwie początek pytań, jakie stawia zespół Cellar Noise na swym najnowszym (wydanym po siedmioletniej przerwie) albumie pt. „Panic Loves Telling Lies”. Trzeci album Cellar Noise koncentruje się na doświadczeniu uwięzienia we własnym umyśle, w niewoli sztywnych mentalnych konstrukcji ukształtowanych przez strach i samooszukiwanie. Na mechanizmach obronnych stworzonych jako siatki bezpieczeństwa i narzędzia przetrwania, jednocześnie uspokajających i zwodniczych. Na fakcie zmiany, jaką przynosi moment gdy ta wytrzymała dotychczas równowaga powoli słabnie, a panika narasta, gdy pod powierzchnią pojawia się subtelna możliwość wolności w postaci wyrwania się z klatki swego „ja” i odzyskania prawdziwego siebie, dając chwilę wytchnienia wyczerpanemu i przytłoczonemu umysłowi.

Tym razem jest nieco mroczniej, nieco ciężej, a jednocześnie w dalszym ciągu są na tej płycie kompozycje melodyjne, piosenkowe, przebojowe. Zaczynając od debiutu z roku 2017 (płyta „Alight”) i kontynuując na drugim albumie z roku 2019 („Nautilius”) zespół krok po kroku zmierza w stronę muzycznej kondensacji, zapakowania swoich muzycznych wizji w miarę krótkie, skondensowane i bardzo skrupulatnie przemyślane kompozycje, eksplorując przy tym coraz bardziej obszary prog metalu i związanego z nim sposobu aranżowania.

Jeżeli chcą Państwo w pigułce dowiedzieć się jakim zespołem jest Cellar Noise AD 2026, to proponuje zacząć od najdłuższej kompozycji na tym krążku - utworu z indeksem 3 - „The Case Of The Silent Queen”. Przez jedenaście i pół minuty będzie okazja, by usłyszeć jak zespół radzi sobie z muzyczną materią i jak kusi słuchacza całą gamą umiejętnie wymieszanych wątków aranżacyjnych. Zaczynając od z pozoru prostych gitarowych riffów i balladowej linii wokalnej zespół przechodzi do coraz bardziej zorganizowanej i ustrukturalizowanej aranżacji uwzględniającej orkiestracje i płynące strumienie syntezatorowych pasaży. I gdy w piątej minucie słyszymy dźwięki „gołego” fortepianu z delikatnym syntezatorowym tłem, czuć, że za chwilę wszystko się zmieni. Pryśnie delikatność i płynąca orkiestracja, że za chwilę pojawi się szarość, moc i siła rockowej zagrywki. I tak się dzieje, choć tę drogę rozpoczyna subtelny elektroniczny wstęp zagęszczający wydźwięk całej kompozycji. Ósma minuta – to apogeum tego utworu, to odcięcie się od miłych i pogodnych dźwięków poprzez skok w otchłań lawy metalu, która jest bardzo zgrabnie przerywana przez pozwalające na momenty oddechu elektroniczne przerywniki. Końcówka utworu kipi mocą i epickim patosem, odżegnuje się od delikatnej części początkowej i mocną nutą kończy ten szaleńczo połamany utwór. Taka jest – choć oczywiście nie w całości – nowa twarz zespołu Cellar Noise. Może nieco szalona, ale stosowna do opowiadanych historii kiedy to „ja” jest więźniem tego samego „ja”. Czy brzmi to niezrozumiale, wieloznacznie, niepokojąco? Chyba właśnie taki jest zamysł narracyjny tego wydawnictwa.

Jeżeli zdecydują się Państwo na dalszą podróż drogą zaprezentowaną w utworze „The Case Of Silent Queen”, to polecam muzyczny skok do utworu ostatniego – tytułowego „Panic Loves Telling Lies”. Ostrymi dźwiękami opowiada on o problemie prawdziwego istnienia. Istnienia, które przesycone jest prawdziwym życiem, prawdziwymi emocjami i prawdziwą codziennością z jej znojem, trudem, radościami i kłopotami. I jeśli poprzedni utwór był jakąś formą „połamanej rytmicznie” suity, to ten jest równie progmetalową kompozycją, która mocą wszystkich instrumentów niemal wykrzykuje kolejny frazy tekstu.

Czy chcą Państwo iść dalej w tym samym kierunku? W takim przypadku trzeba zrobić skok do utworu numerem 2 – „Please Be Gentle” - który niby także brzmi progmetalowo, ale uważny słuchacz na pewno wychwyci olbrzymią rolę tzw. elektroniki. Mocne, niemal djentowe, granie współgra tu z elektroniczno-syntezatorowym tłem. Oba elementy stapiają się denerwując i niepokojąc, ale czy ta moc nie jest jakoś w sprzeczności z tytułem proszącym o delikatność? Proszę się przekonać, choć proszę także sprawdzić czy to nie mógłby być utwór w typie zespołu, który właśnie się rozpadł – Riverside…

Elektronika pojawia się też w pierwszym utworze – „Wasted Potential”. Nie mogę powiedzieć, że ten utwór to utracony potencjał (patrz tytuł – przyp. RP). To bardzo zachęcający wstęp, który łączy, jak cała ta płyta, wiele różnych stylów z naciskiem na progresywny metal. I jeżeli ktoś nie lubi być wrzucanym na głęboką wodę, zaczynając słuchanie tego albumu od utworu najdłuższego, to ten także pokazuje, że Cellar Noise po siedmiu latach przerwy nie jest już tym samym zespołem co kiedyś.

I chyba najwyższy czas na coś, na co mogą czekać zwolennicy muzyki nieco bardziej łagodnej. Taką też zawiera to wydawnictwo. Trzy utwory, z których pierwszy, nadaje się na piosenkę lata, to dawna twarz zespołu, ta tradycyjna. „We Need To Talk” po prostu płynie beztroskim strumieniem dźwięków, a dwa kolejne w niczym jej nie ustępują. „Caged” i „The Day We Never Met”, mimo tematów, które poruszają, robią to w sposób wielce melodyjny i pod płaszczykiem beztroski w dalszym ciągu opisują niemożliwość i strach przed wyrwaniem się poza granice, które sobie sami ustawiamy i traktujemy jako nieprzekraczalne.

Idąc na tak zwaną łatwiznę można by powiedzieć, że zespół dojrzał, zmężniał i inaczej patrzy na świat, co ma swoje odbicie zarówno w mocniejszych brzmieniach, jak też w tematyce tego wydawnictwa. Bardziej dokładnie można by powiedzieć, że niemożliwość wyjścia poza to, co nas ogranicza jakby narzuca mocniejsze aranżacje, potrzebę krzyku i drażniących aranżacji. Dobrze się stało, że pojawiła się nowa płyta Mediolańczyków. Siedem lat przerwy, nowe oblicze, lecz ten sam wysoki poziom.

Proszę także przyjrzeć się wymownej i niepokojącej okładce. Za oprawę graficzną odpowiada angielski artysta Carl Glover, wieloletni współpracownik Stevena Wilsona i licznych innych artystów wytwórni KScope.

MLWZ album na 15-lecie Peter Hammill na dwóch koncertach w naszym kraju 18. raz Ino-Rock Festival Mostly Autumn Weekend 2026 Zespół Rush wystąpi w Krakowie Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026