Blindead 23 wracają z albumem „Deuterium” w sposób, który nie pozostawia żadnych wątpliwości: polska scena rockowo‑metalowa jest dziś jedną z najbardziej twórczych, odważnych i światowych w Europie. To album, który nie zaczyna się jak rozmowa ani jak krzyk — zaczyna się jak zanurzenie. „Immersion I” i „Immersion II” wciągają powoli, jak zejście pod powierzchnię czegoś ogromnego, gęstego, niepokojącego. Najpierw chłodne światło, potem gitary Mateusza „Havoca” Śmierzchalskiego i Rogera Öjerssona, które nie atakują, tylko zawężają przestrzeń, jakby budowały ściany niewidzialnej komory. Perkusja Pawła „Pavulona” Jaroszewicza działa jak sonar, pojedyncze uderzenia wyznaczają głębokość, a Patryk Zwoliński nie śpiewa — on wydziera emocje z wnętrza, jakby każde słowo było fragmentem osobistego rytuału. To nie jest metal w klasycznym sensie. To architektura napięcia, muzyka, która nie biegnie, tylko ciągnie słuchacza w dół, warstwa po warstwie.
„Wither” jest jak nagłe zbliżenie kamery — krótki, bolesny, bezpośredni. Brzmi jak wspomnienie dawnych Blindead, ale z nową, dojrzalszą wrażliwością. To trzy i pół minuty erozji — relacji, wiary, samego siebie. A potem przychodzi „Worst Laid Plans”, serce albumu, dziesięć minut, w których Blindead 23 pokazują pełnię swoich możliwości. Długie pasaże gitar, elektronika jako narrator, wokal balansujący między lamentem a mantrą, sekcja rytmiczna, która nie gra blastów, tylko rzeźbi przestrzeń. To muzyka, która mogłaby stać obok Neurosis, Amenry czy Cult of Luna, ale ma coś, czego tamte zespoły nie mają: polską szarość, tę specyficzną melancholię, duchowy niepokój i industrialny chłód, które wyrastają z portowych krajobrazów Trójmiasta. To jest brzmienie, którego nie da się podrobić.
W tytułowym „Deuterium” ciężar staje się metaforą. Deuter — ciężki izotop wodoru — symbolizuje tu obciążenie, które niesie w sobie światło. Gitary falują jak fale uderzeniowe, elektronika drży jak promieniowanie tła, a wokal prowadzi bardziej jak opowieść niż jak krzyk. To utwór, który kondensuje całą płytę w siedmiu minutach — esencja języka Blindead 23, języka, który jest jednocześnie ciężki i świetlisty, mroczny i pełen nadziei.
„Towards the Dark” jest marszem w nieznane, transowym, rytualnym, jakby zespół odprawiał obrzęd w opuszczonej hali, gdzie echo staje się kolejnym instrumentem. To muzyka, która nie tylko brzmi — ona dzieje się. A „You Are the Universe” zamyka album światłem. Nie jest to pocieszenie, nie jest to „będzie dobrze”. To raczej pogodzenie — z ciężarem, z mrokiem, z własną naturą. Finał, który nie stawia kropki, tylko zostawia oddech.
I tu trzeba powiedzieć to wprost: polska scena metalowa od lat jest jedną z najciekawszych w Europie. Behemoth, Riverside, Vader, Decapitated, Mgła, Obscure Sphinx, Tides From Nebula — a teraz Blindead 23, którzy tym albumem pokazują, że potrafimy tworzyć muzykę nie tylko ciężką, ale też głęboką, dojrzałą, światową. „Deuterium” nie jest kolejną płytą z naszego podwórka. To album, który może stać na półce obok Cult of Luna, Amenry, The Ocean czy Katatonii — i nie odstaje ani o milimetr. Wręcz przeciwnie: w kilku momentach to Blindead 23 wyznaczają kierunek.
A żeby było jasne, kto za tym wszystkim stoi: Blindead 23 to Patryk Zwoliński na wokalu, Mateusz „Havoc” Śmierzchalski na gitarach, syntezatorach i soundscapes, Roger Öjersson — wcześniej związany z Katatonią, Trees of Eternity i Gloomy Grim — na gitarach, klawiszach i wokalach, oraz Paweł „Pavulon” Jaroszewicz na perkusji. Album został nagrany i wyprodukowany przez Davida Castillo, jednego z najważniejszych producentów współczesnego metalu progresywnego, odpowiedzialnego za brzmienie Opeth, Katatonii, Leprous, Carcass czy Soen. Miks i mastering wykonał Kuba Mańkowski — wieloletni współpracownik Blindead. Całość trwa około 54 minut: siedem utworów, żadnego wypełniacza, żadnego zbędnego dźwięku.
„Deuterium” nie jest płytą, której się słucha. To płyta, którą się przechodzi. Podróż od zanurzenia, przez ciężar i mrok, aż po światło.
Album, który nie szuka łatwych haczyków, nie próbuje być przebojowy, nie próbuje nikogo przekonać. A kiedy wybrzmi ostatni dźwięk, zostaje cisza — ta szczególna cisza, która mówi tylko jedno: polska muzyka znowu zrobiła coś wielkiego. I to dopiero początek.
