Deception Store – Osmosis

Maciej Niemczak

Są artyści, którzy tworzą muzykę jakby od niechcenia, zostawiając po sobie ślady lekkie jak kurz. I są tacy, którzy budują swoje światy powoli, z namysłem, jak rzemieślnicy sklejający porcelanę po upadku. Marco Pantozzi należy do tej drugiej kategorii — twórców, którzy nie komponują piosenek, lecz procesy, nie piszą melodii, lecz przemiany, nie opowiadają historii, lecz przenikają przez nie jak światło przez półprzezroczysty papier.

Pięć lat po debiutanckim „Pindaric Flights” Marco i jego Deception Store wracają z albumem, który nie jest już snem, lecz konsekwencją przebudzenia. Jeśli pierwszy krążek był emporium iluzji — miejscem pełnym świateł, metafor i marzeń — to „Osmosis” jest tym, co zostaje, gdy światła gasną, a człowiek zostaje sam z prawdą. To płyta o przenikaniu — między przeszłością a teraźniejszością, między prog rockiem a włoskim cantautorato, między tym, co wyobrażone, a tym, co nieuchronne. To album, który nie udaje, że zna odpowiedzi. On tylko zadaje pytania — te najważniejsze, te, które zostają w człowieku na długo po ostatnim dźwięku.

Nagrania powstały w Elfo Studio w Piacenzie, pod okiem Alberto Callegariego, a wzięli w nich udział muzycy, których nazwiska są jak pieczęcie jakości: Gigi Cavalli Cocchi, Vincenzo Ricca, Max Repetti, Arianna Caviati, Daniela Scarlatti, Gian Marco Mento, Mike Frajria, Lorenzo Trecordi i wielu innych — ludzie, którzy współpracowali z Hackettami, Levinami, Andersonami i całą śmietanką europejskiego prog rocka.

To nie jest album, który próbuje błyszczeć. To album, który oddycha.

Wszystko zaczyna się jak w filmie, w którym bohater budzi się, ale jeszcze nie wie, czy świat za oknem jest prawdziwy. Muzyka unosi się powoli, jak mgła nad ziemią. Klawisze i gitary splatają się w narrację, która nie potrzebuje słów — atmosferę zawieszoną, niemal nocną, która z czasem gęstnieje, nabiera ciała, ale nigdy nie traci swojej delikatności. To nie jest otwarcie, które ma olśnić. To otwarcie, które ma otworzyć — drzwi, oczy, serce. Krytycy piszą o „kompozycji szerokiej, warstwowej, zbudowanej na progresji, która nie wybucha, lecz rozkwita”. I tak właśnie jest — to świt, który nie chce się spieszyć.

A potem pojawia się księżyc. „Mare Tranquillitatis” sugeruje spokój, ale to spokój księżycowy — zimny, odległy, filozoficzny. Pink Floyd zaglądają zza rogu, nie po to, by dominować, lecz by przypomnieć, że cisza też jest muzyką. Harmonie klawiszowe i solówki gitarowe tworzą krajobraz piękny, ale niepokojący — jak morze, które udaje, że śpi. Recenzenci piszą o „pozornej harmonii skrywającej techniczną złożoność”, o muzyce, która płynie, ale pod powierzchnią ma wiry.

Marco dodaje, że utwór jest także hołdem dla Neila Armstronga — muzycznym odbiciem emocji astronauty tuż przed lądowaniem na Księżycu, świadomego, że to on, tam na górze, będzie Obcym. Ta perspektywa wnosi w kompozycję cichą, egzystencjalną napiętość.

Kiedy pojawia się „Partire”, robi się bardziej ludzko. Pantozzi sięga po włoskie cantautorato - tę tradycję, w której słowo jest równie ważne jak melodia. To piosenka o ruszaniu w drogę, ale bez patosu; raczej o tym, że czasem trzeba odejść, by móc wrócić. Refren jest lekki, ale zostaje w głowie jak zapach kawy o poranku. To muzyka, która nie krzyczy — ona uśmiecha się smutno.

„Fantasie Pindariche” wraca do prog rocka, ale w wersji miękkiej, pastelowej. Porcupine Tree spotykają się tu z włoską wrażliwością — melancholia miesza się z przestrzenią, a żeńskie chórki dodają utworowi niemal sakralnej świetlistości. To muzyka, która nie pędzi, tylko unosi się, jakby bała się dotknąć ziemi. To jeden z tych utworów, które nie kończą się — one znikają, jak sen, którego nie potrafisz do końca opowiedzieć.

A potem przychodzi zaskoczenie. „Arrendersi Mai” zaczyna się jak klasyk lat 70., z akustyczną gitarą i głosem Pantozziego, który brzmi tu jak ktoś, kto zna swoje słabości, ale nie zamierza im ulec. A potem — nagle — pojawia się rap. Nie jako sztuczka, lecz jako naturalne przedłużenie opowieści. To moment, w którym przeszłość i przyszłość naprawdę się przenikają. To utwór, który mówi: „nie poddam się”, ale mówi to bez krzyku.

„L’Emporio dell’Inganno” jest jak powrót do miejsca, które kiedyś było domem, ale dziś jest tylko wspomnieniem. Dramaturgia, sample głosowe, cięższy klimat — jakby autor wracał do starego sklepu z iluzjami tylko po to, by go zamknąć. To utwór o rozliczeniu, o tym, że nie można żyć wiecznie w metaforach. To muzyka, która nie boi się cienia.

Marco podkreśla, że to nie tylko historia hazardzisty, lecz także szeroka metafora wszystkich współczesnych oszustw — od reklam, przez fałszywe obietnice polityków, po wróżbitów i horoskopy. To portret iluzji w każdej jej formie, nie tylko tej dosłownej.

A potem otwierają się fiordy. „Norvegian Fjord” to jeden z najpiękniejszych momentów płyty — muzyczna pocztówka z miejsca, w którym człowiek może wreszcie oddychać pełną piersią. Fiordy, przestrzeń, chłód, światło — wszystko to słychać w tej kompozycji. To utwór, który otwiera okno w głowie. Krytycy wskazują go jako jeden z najlepszych fragmentów albumu — i trudno się dziwić. To muzyka, która oczyszcza.

„Panta Rei” przypomina, że wszystko płynie — i ta muzyka też. To utwór o akceptacji, o zgodzie na zmienność, o tym, że nic nie trwa wiecznie, ale może właśnie dlatego warto słuchać uważniej.

„La Risposta a Tutto” brzmi jak rozmowa z samym sobą — szczera, cicha, potrzebna. To utwór, który nie daje rozwiązań, ale daje odwagę.

A „Raccontami di Te” nie zamyka albumu — on go otwiera. To prośba, by opowiedzieć swoją historię — bo „Osmosis” jest przecież o przenikaniu, o wymianie, o tym, że muzyka jest dialogiem. To utwór, który zostawia słuchacza z pytaniem, nie z odpowiedzią. I właśnie dlatego działa.

Wszystkie źródła podkreślają jedno: „Osmosis” to album bardziej spójny, dojrzalszy, mniej rozproszony niż debiut. To płyta, która nie szuka fajerwerków, lecz konsekwentnie buduje klimat: miękki, pastelowy, introspektywny. To muzyka, która nie chce dominować — chce towarzyszyć. Jak światło lampy w pokoju, w którym rozmawiasz z kimś ważnym.

Pantozzi pisze tu lepiej niż wcześniej — bardziej metaforycznie, mniej dosłownie, z większą odwagą w odsłanianiu własnej kruchości. To album, który nie boi się ciszy, pauzy, zawieszenia. To album, który oddycha.

A kiedy iluzja opada, zostaje coś, czego nie da się kupić ani wyprodukować: prawda.

„Osmosis” to płyta dla tych, którzy lubią patrzeć na świat przez półprzymknięte oczy. Dla tych, którzy wiedzą, że prawda nie zawsze przychodzi w krzyku — czasem przychodzi w szeptach. Dla tych, którzy wierzą, że muzyka może być procesem, nie produktem.

To album, który nie próbuje niczego udowadniać. On po prostu jest — ciepły, ludzki, szczery. To muzyka, która nie atakuje — ona przenika. To płyta, która nie ogłupia — ona otula. To opowieść, która nie kończy się na ostatnim utworze — ona zaczyna się w słuchaczu.

Jeśli szukasz muzyki, która zostawia ślad, a nie hałas, jeśli chcesz płyty, która mówi szeptem, ale trafia w samo serce, jeśli lubisz prog rock, który pamięta o emocjach — „Osmosis” jest dla ciebie obowiązkowy.

To album, który nie tylko gra. To album, który przenika.

MLWZ album na 15-lecie Peter Hammill na dwóch koncertach w naszym kraju 18. raz Ino-Rock Festival Mostly Autumn Weekend 2026 Zespół Rush wystąpi w Krakowie Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026