Raczej nie są zbyt znaną grupą, choć właśnie wydali już trzeci album długogrający pt. „Lemniscata”. Trzeba było na niego czekać aż dziesięć lat. Być może sprawił to fakt, że lemniscata to przecież krzywa geometryczna przypominająca kształtem cyfrę 8 lub znany powszechnie symbol nieskończoności. Mając taką nieskończoną perspektywę czas przestaje mieć znaczenie. Oczywiście żarty żartami, ale główną przyczyną tak długiego oczekiwania na nowy album były, jak to zwykle bywa, sprawy ludzkie – własne projekty, dojrzewania do napisania dwunastopiosenkowego albumu i… zmiany, jakie zaszły w świecie dookoła nas od momentu wydania poprzedniego albumu w roku 2016 („La Luna Nel Pozzo”; pierwszy album, „I Am Fee” ukazał się w 2012 roku). W jednym z wywiadów zespół Lateral Blast mówił tak: „(…) Żyjemy w erze jednorazowej treści, która trwa 24 godziny, gdzie płyta wydaje się nieświeża już po miesiącu. W tym kontekście postanowiliśmy się zatrzymać. Dążymy do idei, której „nie da się zatrzymać”, cytując Banco del Mutuo Soccorso, ponieważ nasza muzyka reprezentuje nasze zbawienie. To szczęśliwe miejsce, przestrzeń wspaniałej muzycznej anarchii, gdzie nie obowiązują ograniczenia czasu antenowego ani żądne ograniczenia redakcyjne, a jedynie absolutna wolność naszej kreatywności”.
I choć najnowszy album nie jest, tak do końca, typowym przykładem ani rocka progresywnego, ani rock progressivo italiano, to można go wraz z dwoma poprzednimi śmiało zaliczyć do grona albumów artrockowych, które zostały zainspirowane przez przyczynę pozamuzyczną - sztukę, a zwłaszcza malarstwo wraz z jego koncepcyjnością, sposobem przedstawiania i sposobem opowiadania kolorami. „(…) Album koncepcyjny jest częścią DNA rocka progresywnego i muzyki eksperymentalnej, więc dla nas był to niemal naturalny rozwój. Po dwóch pierwszych dziełach, które były już powiązane z pracami bolońskiego malarza Vito Giarrizzo, poczuliśmy potrzebę zakończenia tej trylogii dziełem, które przeniosłoby to połączenie na wyższy poziom. Tak narodził się pomysł podróży do Układu Słonecznego: przeanalizowaliśmy astronomię, astrologię i mitologię otaczającą każdą planetę, poświęcając każdej z nich historię, piosenkę i konkretną oprawę muzyczną. Celem było stworzenie wciągającego doświadczenia, które pozwoliłoby słuchaczowi podróżować z nami przez kosmos i mit” – to fragment kolejnej wypowiedzi zespołu. Efektem takiego potraktowania materii muzycznej jest dwanaście kompozycji, które, jak już wspomniałem, łączą w sobie wiele sposobów muzycznej narracji. Ta płyta przechodzi od elektroniki do folku, od rocka po solówki syntezatorów i gitar elektrycznych, aż do ballad i partii orkiestrowych. Znika pojawiający się na poprzednich albumach natychmiastowy, elektryczny riff, ale pozostaje psychodeliczna natura zespołu Lateral Blast. A jest ona bardziej obecna niż wcześniej, bowiem udało się ją wyrazić w bardziej złożonych i marzycielskich formach.
I choć pierwszy utwór – „La finestra” (Okno) zaczyna się dość mocno, to już po paru sekundach wskakuje na tory dobrze znanej włoskiej ballady ze zręcznie wplecioną artrockową aranżacją. Mimo ostrzejszych przerywników ta kompozycja jest zapowiedzią tego, o czym będzie to wydawnictwo: okno, przez które patrzymy na świat na to, co jest „na zewnątrz” będąc samemu schowanym za ścianą szkła.
„Sole” może dla jednych być słownym obrazem marszu, dla innych odejścia i ucieczki, dla jeszcze innych może znaczyć zupełnie coś innego. Wspólnym mianownikiem wszelkich możliwych interpretacji jest jego marszowy rytm gitary akcentowanej riffami, wspierający się na skrzydłach syntezatorowego tła. Wreszcie z całą wyrazistością pojawia się tu znak szczególny tego albumu: balladowo-songowy wokal, jaki często znajdujemy w twórczości songwriterów To właśnie taka linia wokalna pozwala zespołowi udanie połączyć włoską piosenkę z rockową mocą.
„Mercurio” perfekcyjnie porusza się od strony muzycznej w balladowym stylu mieszającym grę akustyczną z elementami gry klasycznej, podsycając przestrzenność tej kompozycji grą fletu. I mimo braku tekstu przez ponad trzy minuty czujemy się jak obserwator, który przez olbrzymi teleskop przypatruje się z oddalonej planety życiu toczącemu się gdzieś tam daleko, daleko od nas.
Kolejne dwa utwory są jakby długim łańcuchem łączącym poszczególne części tworzące opowieść o tym, co wydaje się być jednym z najważniejszych impulsów budzących każdego z nas do codziennego życia – pasji i huśtawki zdarzeń. „Passione” i „L'altalena” – są jak dwie strony tej samej opowieści: nastrojowa i szara oraz beztroska i wodewilowo-skoczna. Obie te kompozycje współtworzą atmosferę pantomimiczno-kabaretowego teatru codzienności.
„Dove sei” (Gdzie jesteś) wraca do songwriterskiego stylu, do nastrojowej historii poszukiwania brakującej połówki. Zgrabna gra gitary i piosenkowa aranżacja są tu jak najbardziej na miejscu, a za wyjątkowość odpowiadają chóralne wokale i interesujące improwizacje w środkowej części.
„1666” to dziwny jak dla piosenki tytuł. Odnosi się on do wydarzenia historycznego, jakim był pożar Londynu, który miał miejsce w tymże właśnie roku. To swoista perełka z tego albumu. To niezmiernie kołyszące nagranie utrzymane w balladowym stylu z nietuzinkowymi wstawkami fletu, który rozbija jednorodną strukturę tego utworu. To zdecydowanie mocna ballada z tzw. przesłaniem dotyczącym słabości człowieka w zderzeniu z przeciwieństwami losu i działaniami sił wyższych. Takiej samej bezradności dotyczy utwór „Tempo” (Czas) od pierwszej chwili wciągający swą narracyjną atmosferą. Pulsujący grą fletu i basowym solo gitary, a zarazem rozciągnięty niczym kolejne mijające sekundy, przed którymi nie możemy się ukryć. Do tej dwójki utworów należy dodać trzeci – „Satelliti”. To te trzy kompozycje sprawiają, że prostymi środkami zespołowi udaje się stworzyć poruszające trio kompozycji poruszających naszą bezradność w zetknięciu z losem, fatum i przeznaczeniem. Oto jesteśmy, ale też jesteśmy bezradni… Próbujemy, ale nie mamy władzy nad tym, co nas spotyka.
Trzy ostatnie kompozycje to rockowo-popowe utwory pozostające w artrockowym stylu z naciskiem na jego włoską odmianę połączoną z typowo włoską piosenką popową. „Rifugio” – mimo rockowego rytmu karmi się nieco kabaretową włoską piosenką. „Plutone” (Pluton) – z lekkim posmakiem bluesa i ballady ponownie każe nam spojrzeć na siebie samych z perspektywy oddalenia, gdzieś z dalekiego Plutona. I może to być magia, może to być rozczarowanie, może to być po prostu dobra popowa opowieść wzbogacona elementami jazzowej improwizacji.
Koniec tego albumu to utwór tytułowy – „Lemniscata”. Nieskończoność, ta bez początku i końca, bez startu i zakończenia. Niczym wstążka linii podróży na mapie życia. Niczym kołowrót zdarzeń, które są początkiem nowego zakrętu, za którym czeka nas coś innego, nieznanego. Wspaniała włoska ballada z chórkami, grą fletu i nastrojową atmosferą brzmiącą nostalgią. Proszę zapętlić sobie ten utwór – brzmi niczym oddech wybawienia, oddech po długo wstrzymywanym zdziwieniu spowodowanym zachłyśnięciem się światem dookoła nas i muzycznym wspomnieniem wczesnych lat osiemdziesiątych.
Części z Państwa może nie spodobać się to, że nie jest czysto progresywny album. I może to stanowić powód do jego odrzucenia. Jednak zespoły włoskie nic sobie nie robią z naszego pojęcia stylistycznej jednorodności i czystości. Częścią tworzącą rock progressivo italiano jest właśnie taki sprzeciw. W przypadku rzymskiego zespołu Lateral Blast bunt twórczy spowodował powstanie albumu włosko-balladowo-art-rockowego z akcentem na „włosko”. Nie jest to płyta z przeglądu włoskiej piosenki z San Remo, ale ta specyficzna włoska balladowość sprawia, że to bardzo atmosferyczny album, który nie gubi swych piosenkowych korzeni, a jednocześnie wplata w nie wiele artrockowych elementów aranżacyjnych i, tak po prostu, fajnie się tego wszystkiego słucha.
