Drugi singiel z albumu „SPLAT!” – „Diablo” – pojawił się bez zapowiedzi w streamingu w nocy Bożego Ciała, więc jego premierę po prostu przespałem w namiocie na spływie kajakowym. Dopiero zaś w niedzielę, 7 czerwca o 20:00, ukazał się „obowiązkowy” teledysk, kontynuujący serię klipów zespołu grającego na żywo w studiu.
Pod względem wizualnym szybszy montaż i dominujące czerwone tło robią na mnie znacznie lepsze wrażenie niż w przypadku „Arrogant Boy”. Niestety, muzycznie „Diablo”, jako całość wypada, jak dla mnie, już mniej przekonująco.
Natrafiłem na pewnym forum Deep Purple na komentarz, który dość dobrze oddaje istotę problemu tego utworu: „brzmi on jak kilka odrębnych części sklejonych w Pro Tools – nawet jeśli niektóre z nich są same w sobie całkiem interesujące”.
„Diablo” to w pewnym sensie skondensowane, późne Deep Purple – coś, co słyszeliśmy już kilkukrotnie w zbliżonej formie. Pobrzmiewają tu echa takich utworów, jak „Après Vous”, „One Night in Vegas” czy „Body Line”. Nie chodzi nawet o same zapożyczenia czy podobieństwa – te w przypadku zespołu z tak długim dorobkiem są naturalne – lecz o pytanie, czy grupa jest jeszcze w stanie czymś zaskoczyć?
O ile w „Arrogant Boy” sporo działo się instrumentalnie, tutaj dostajemy ograny, riff i partię wokalną, która szczęśliwie ratuje dość zachowawczą warstwę instrumentalną. Najciekawszym elementem wydaje się refren, choć trudno mieć pewność, czy to rzeczywiście refren, bo pojawia się znowu (kłania się „Arrogant Boy”) i niestety tylko raz.
Następnie otrzymujemy obowiązkową część instrumentalną – wymianę pomiędzy Donem Aireyem a Simonem McBride’em: rozwiązanie, które zespół wykorzystywał już wielokrotnie. Tutaj jednak niewiele wnosi ono do utworu, a przy długości całości wynoszącej niewiele ponad trzy minuty wręcz zabiera cenny czas. Po niej wraca jeszcze zwrotka i riff i… utwór się kończy.
Wygląda na to, że instrumentaliści uznali wymianę solówek za kwintesencję stylu Deep Purple. Owszem, takie momenty się zdarzały (choćby w „Speed King”), ale nie były one wbrew pozorom tak częste, a przede wszystkim istniała między nimi wyraźna muzyczna integracja. Tutaj każdy zdaje się grać „swoje”, bez specjalnego zainteresowania partią poprzednika, co w duecie Airey – McBride jeszcze się pogłębiło, przez co poszczególne fragmenty można by usunąć bez problemu dla całości.
Dodatkowo w utworze pojawia się gościnnie jeszcze Keith Urban - popularny w USA artysta country (w szerokim rozumieniu tego gatunku), który prywatnie był mężem Nicole Kidman. Kupił studio w Nashville, w którym nagrywają Deep Purple i przyjaźni się z Simonem McBride’em – co zapewne tłumaczy jego udział. Jego gra jest zupełnie na poziomie, ale układ solówek (klawisze–gitara–gitara–klawisze oraz wspólne unisono) sprawia, że trudno ten wkład wyłowić z reszty instrumentalnego chaosu.
Ian Gillan wypada wokalnie lepiej niż na poprzedniej płycie. Jak na 81 lat jest w bardzo dobrej formie lub może jego partie z większym zamysłem zostały dostosowane do obecnej skali głosu – śpiewa z zaangażowaniem i charakterystycznymi dla siebie „Gillanizmami”, jak choćby fraza „in the lower depths of hell”…
Nietrudno jednak zauważyć pogłębiającą się tendencję do swoistej melorecytacji, która bywa efektywna, ale nie wszyscy ją tolerują. W jego partiach słyszę delikatne nawiązania do „Are You Sure” z albumu „Glory Road” zespołu Gillan, ale w gruncie rzeczy to właśnie Gillan „wyciąga” ten utwór na powierzchnię – reszta pozostaje poprawna, lecz przewidywalna.
Mam nadzieję, że zapowiadany na płycie „SPLAT!” powrót do brzmienia lat 70. nie będzie oznaczał przede wszystkim takiej właśnie instrumentalnej zachowawczości. Niezależnie od oceny Steve’a Morse’a – czy pasował do zespołu, czy nie – potrafił on popchnąć Deep Purple w mniej oczywiste rejony, które często dawały najciekawszy efekt.
Jak zresztą w przypadku wielu późnych płyt Deep Purple produkowanych przez Boba Ezrina, mamy na nich do czynienia z pewnego rodzaju stylistycznym „menu”, w którym każdy znajdzie coś dla siebie. „Diablo” należy do tej kategorii utworów, które niemal zawsze pojawiają się na ich albumach w podobnej formie – i które jednych przekonują, a innych nie. Ja do tego kierunku pozostaję raczej sceptyczny. Jednak będąc na miejscu producenta to chyba należy najpierw zawalczyć o jakość utworu, a dopiero potem go maksymalnie skrócić, aby nie był nudny. Tutaj mam wrażenie, że postawił na to drugie. Inna sprawa, że odnosząc się do nowej płyty Deep Purple znamy już dwa najkrótsze utwory. Tak więc będzie już chyba tylko lepiej…
Po raz pierwszy w historii Deep Purple na single wybrano odpowiednio pierwszy i drugi utwór w kolejności na płycie. Nie wiem, czy to jest jakaś nowa moda marketingu muzycznego, dostosowana do streamingu, bo w identycznej kolejności promowane są też nowe utwory z nadchodzących płyt The Rolling Stones czy Europe.
