Crown Lands – Apocalypse

Rysiek Puciato

Po wydaniu dwóch płyt długogrających („Crown Land” (2021) i „Fearless” (2023)) i po zaskakującej podróży w stronę new age i ambientu na dwóch maksinglach („Ritual I” i „Ritual II” (2025)) powrócili, by na nowo zarzucić słuchacza kolejną porcją niesamowitych pomysłów muzycznych. Powrócili do rocka progresywnego na pełnych obrotach, rozwijając w dalszym ciągu muzyczny opis swojego kosmicznego świata, swojego uniwersum, które zagościło już na poprzednim wydawnictwie, a teraz uległo kolejnym modyfikacjom.

Od razu też chcę Państwa przestrzec, że do podjęcia decyzji czy warto posłuchać tego albumu macie tylko jedną minutę i dwadzieścia dwie sekundy. Tyle bowiem trwa intro pt. „Proclamation I”, które jest najbardziej „normalnym” utworem na tym krótkim, bo trwającym tylko czterdzieści dwie minuty wydawnictwie. „Proclamation I”, jak to zwykle bywa w takich przypadkach, to instrumentalny utworek, który niczym się w zasadzie nie wyróżnia, lecz z pewnością spełnia swe zadanie, którym jest wywołanie wrażenia, że dalej będziemy mieli do czynienia z albumem skonstruowanym według klasycznych (lub, jak by to powiedzieć, standardowych) wzorców progresywnych…

Tymczasem druga w kolejności kompozycja – „Foot Soldiers Of The Syndicate” - to niczym nieskrępowany skok w krainę pt. Rush i Led Zeppelin z popowymi, bombastycznymi i bardzo progresywnymi (zahaczającymi o prog metal) dodatkami. I jeżeli czasami o zespole Greta Van Fleet mówi się, że wskrzesili Led Zeppelin, to o Crown Land można powiedzieć z całą mocą: wskrzesili Rush i zrobili to, po raz kolejny, wspaniale mieszając w swoim muzycznym tyglu wszystko, co tylko przyjdzie Państwu do głowy. A najważniejszym elementem tego wskrzeszenia Rush jest fascynacja wokalisty zespołu, Cody’ego Bowlesa, grającego dodatkowo niestety nie na basie, a na perkusji, stylem wokalnym zapoczątkowanym na początkowych płytach przez Geddy’ego Lee. Oczywiście zbytnim uproszczeniem byłoby stwierdzenie, że płyta „Apocalypse” jest jakąś formą „albumu-hołdu”, to (śmiem twierdzić), że to wyjątkowy album jaki pojawił się w tym półroczu. Proszę się dobrze przygotować na szaleństwa aranżacyjne, trampolinę wokalną i energię jaka płynie z każdej zagranej nuty.

„Foot Soldiers Of The Syndicate” z porywającymi riffami, zagrywkami a’la Iron Maiden i miażdżącymi czaszkę wybuchami rock and rolla z brzmieniem lat 80. wysuwającym się na pierwszy plan, zmusza do szerokiego otwarcia ust w wyrazie podziwu. I ta „zawierucha” trwa przez cztery minuty. Można by powiedzieć, że po spokojnym progresywnym intro ten utwór uderza niczym obuchem w głowę oczekującą na miłe progresywne granie. Ale jak się tego słucha!

Proszę teraz nie ruszać się z miejsc. Utwór „Through The Looking Glass” to w sumie ballada, ale jak zaśpiewana… Ileż w tym utworze werwy i ognia, który pozwala na wyśpiewanie w balladowym stylu smutku i tęsknoty. I chociaż przez cały czas odnosi się wrażenie, że rytm i melodyka jest jakoś znana, to otwarta w poprzednim utworze buzia się nie zamyka, a przyłączają się do niej udające rytm perkusji stopy.

Czarna Gwiazda – pisane z dużej litery - czy z czymś się Państwu kojarzy? Uniwersum kosmiczne zespołu Crown Lands nie ma granic skojarzeniowych, a tym bardziej tych banalnych – przestrzenno-czasowych. Utwór „Blackstar” rusza niczym gwiezdna formacja na podbój naszych uszu i… serca. Może przez chwilę usłyszcie tu Państwo echa wojny pomiędzy rebeliantami i zwolennikami starej, klasycznie rozumianej muzyki progresywnej, ale efekt takiej potyczki jest z góry przesądzony – triumfują muzyczni rebelianci, rozwalają skostniały system i bombardują nas niezwykłymi aranżacjami unikając możliwości jednoznacznego zaszufladkowania. I tak toczy się ta walka, miesza się wszystko co tylko może, ale efekt w postaci czterominutowej galopady wszelkich możliwych emocji murowany. I czy tylko wydaje mi się, że nad tym wszystkim unosi się duch utworu „Cygnus X-1” grupy Rush…?

Jeżeli w poprzednich kompozycjach Bowles śpiewa, to w utworze „The Fall” daje z siebie wszystko. Jeżeli tamte brzmią swoją niejednoznacznością i muzyczną dywersyfikacją, tak ten po prostu wydaje się tworzyć, powstawać i rozwijać się podczas grania. To nagranie, którego wątek główny narasta i rozwija się wraz z każdą minuta słuchania. Rośnie zarówno pod względem emocjonalnym, jak i pod względem mocnych, lecz wciąż rockowych akcentów aranżacyjnych. I gdy już jesteśmy gotowi na następną porcję nieoczywistych kompozycji przychodzi moment, w którym odtwarzacz przeskakuje do przedostatniego utworu – „The Revenants I”.

Szok - to za mało powiedziane. To jest ballada… to jest wypadkowa gitary akustycznej, orkiestracji brzmiącej w tle i nietuzinkowego wokalu Bowlesa. To efekt muzyki tła z sekcją smyczkową i fletem na czele. To efekt wokalizy, która brzmi niczym refren, przerywnik w opowiadanej historii Człowieka Bez Imienia. I nie jest to największy szok jaki przynosi ten krążek. Tym największym jest utwór ostatni – dziewiętnastominutowa, tytułowa suita pt. „Apocalypse”.

Brakuje słów, bo od pierwszej sekundy wskakujemy w buty zespołu Rush, wskakujemy w świat zespołu Crown Lands, świat kosmicznego uniwersum, które można by opisać (dodając do tego utwory z poprzedniczki tego krążka płyty „Fearless”) w niejednym komiksie fantasy. W świat, do którego dołącza się Plantowa maniera wokalna i mocna, choć równocześnie bardzo melodyjna, muzyka. Brakuje słów i nie wiem, czy są one tak bardzo potrzebne, by na przykład w siódmej minucie zanurzyć się w kosmiczny lot liniami psychodelii, by poczuć się przez chwilę jak w świecie totalnej nieważkości i by w chwilę później zostać wrzuconym w ogień mocnego rocka z podkreśloną linią basu. By w dziewiątej minucie dać się porwać niebiańskim dźwiękom syntezatorów i wspaniałej solówce gitary, by po prostu ruszyć w świat, którego niejednoznaczność i urokliwość wciąga. Czy potrzeba więcej dowodów…? Może linia fletu w dziesiątej minucie i następujące po niej hardrockowe zadęcie z bardzo ekspresyjnym wokalem? Tych „dowodów” jest mnóstwo. Pomysłowość zespołu nie zna granic, ma za nic granice, łamie je na każdym kroku, w każdej sekundzie i robi to perfekcyjnie. I choć od zawsze lubiłem utwory wielominutowe z całym mnóstwem zwrotów muzycznej akcji, to „Apocalypse” znajdzie się na pewno w pierwszej dziesiątce tych najbardziej zaskakujących. Ach, i jeszcze to skojarzenie z płytą „2112”… I żeby dać chwilę czasu ortodoksyjnym fanom muzyki progresywnej proponuję posłuchać ostatnich czterech minut tego niesamowitego utworu – to majstersztyk kołyszących melodii progresywnych. I jakby klamra – progresywny początek i progresywny koniec. Oczywiście w typie zespołu Rush, bo jakże mogłoby być inaczej?

Podsumowanie…? Raczej błaganie o dalszy ciąg. O następną płytę. O jakiegoś bonusa. Lecz jeśli już podsumowywać, to muszę powiedzieć tak: jestem zakochany w tej płycie, choć nie jest to album na każdą okazję. Jestem przekonany, że znajdzie on swoich wielkich fanów, choć może jego przyswojenie zabierze trochę czasu. Wbrew pozorom, to bardzo złożony album, który dostarcza całego spektrum skojarzeń i ponad te skojarzenia wyrasta. Przerasta je i nakazuje ewolucję, dając słuchaczowi czterdzieści dwie minuty czasu na przewartościowanie swoich muzycznych preferencji. Oczywiście warunkiem koniecznym jest tu tzw. „otwarta głowa”. Otwarta na wszystko co nowe i nietuzinkowe. Panowie Cody Bowles (wokal, perkusja wszelkiego rodzaju flety) i Kevin Comeau (gitary, bas, syntezatory) przygotowali niesamowity album, który burząc schematy wydrążył nową ścieżkę do „rozwoju” rocka progresywnego. I niech tam sobie w Oshawy w Ontario grają i grają, bo robią to doskonale. Dla gotowych do niesamowitej podróży przydatnym może być ten link.

I tak na koniec jeszcze sprawa kosmicznego uniwersum. Nowy album kontynuuje opowieść science fiction, która rozciąga się w czasie i przestrzeni, jednocześnie eksplorując realne tematy radykalizacji, korporacyjnej chciwości i wpływu przemocy, co teraz rozciąga się na kilka wydawnictw. „Historia rozpoczęła się od „The Oracle”, a zakończył ją „White Buffalo” singiel z 2021 roku – przyp. RP)” – mówi gitarzysta i klawiszowiec Kevin Comeau - „A potem ta historia nabiera tempa w „Fearless”, gdzie „Starlifter” naprawdę opowiada jej sedno”. „Ritual I” i „Ritual II” (single z roku 2025 – przyp. RP) również stanowią część narracji, odzwierciedlając okres spokoju w historii, a płyta „Apocalypse” jest w rzeczywistości prequelem „Fearless”. „Ostatnie dźwięki, które słychać, gdy (utwór – przyp. RP) „Apocalypse” się wycisza, to arpeggio Asus4, otwierające „Starlifter” (utwór z płyty „Fearless”) – mówi Comeau - „Można słuchać tych albumów jeden po drugim, w odwrotnej kolejności (…) Zawsze bardzo nam zależało na tym, aby albumy lub utwory z całej chronologii „Fearless” tworzyły jedną, wielką całość”.

Ostatnie zdanie: czas zanurzyć się w muzykę!

Ach…, jeszcze dodatkowa informacja. Nad nagraniami czuwał Nick Raskulinecz, który współpracował z zespołem Rush na jego kilku ostatnich płytach. Przecież to było oczywiste (sic!).

I jeszcze jedno zdanie… No może dwa… Rush is coming. W marcu. Czekam z niecierpliwością.

MLWZ album na 15-lecie Peter Hammill na dwóch koncertach w naszym kraju 18. raz Ino-Rock Festival Mostly Autumn Weekend 2026 Zespół Rush wystąpi w Krakowie Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026