mlwz - edunitsky - banner - prog rock

Echo Veils, The - Roses Are Dreams

Tomasz Dudkowski

Dwa lata temu moim odtwarzaczem na długie tygodnie zawładnęła debiutancka płyta meksykańskiej formacji The Echo Veils „The Calm Beneath The Noise”. O tym, że nie byłem jedynym, na którym wydawnictwo wywarło spore wrażenie, niech świadczy miejsce w Top 5 debiutów w naszym Plebiscycie AD 2024. Po wydaniu krążka zespół, a konkretniej duet - Poli Elizondo (gitary, bas, instrumenty klawiszowe, programowanie, produkcja) i Guillermo Garcia Herreros (śpiew, instrumenty klawiszowe, programowanie) nie zasypiał gruszek w popiele i przystąpił do prac nad albumem numer dwa. Zostały one zakończone wiosną tego roku, a ich efekt w postaci płyty „Roses Are Dreams” ukazał się 29 maja w wersji cyfrowej (w tym w miksie binaural 3D i Dolby Atmos). Nośniki fizyczne w postaci płyt kompaktowej oraz winylowej pojawią się nieco później.

W porównaniu z debiutem wśród muzyków towarzyszących duetowi zabrakło perkusisty Alejandro Villarreala. Ścieżki bębnów zarejestrowali Andrew Joseph i Scott Apted. Nadal swoim talentem duet wspiera Marco Renteria, którego partie basu wywarły na mnie duże wrażenie na „The Calm Beneath The Noise”. Oprócz tych trzech muzyków pojawiają się także inni goście, ale do nich powrócę w dalszej części tekstu.

Tym razem Poli i Guillermo przygotowali siedem nowych kompozycji trwających w sumie 43 minuty, co rzecz jasna ma związek z planowaną edycją na płycie winylowej.

Wydawnictwo rozpoczyna nagranie tytułowe, które choć najdłuższe w zestawie (trwa 8 minut i 44 sekundy), zostało wybrane do jego promocji. To wyjątkowa pieśń, której tekst dotyczy walki z uzależnieniem od narkotyków, zainspirowany doświadczeniami osoby bardzo bliskiej wokaliście. Utwór stanowi intymny portret nieleczonej traumy psychicznej i pragnienia ucieczki od bólu realnego świata. Eksploruje zarówno zmieniające umysł doświadczenie narkotyków, jak i mroczną ścieżkę prowadzącą do nadużywania substancji.

“Sara was just another sad girl/  Always looking into the big blue sky / Always thinking about running away from home / She wants to see a different light / different sounds / different feel / Roses are dreams”.

Przez większość nagrania przewija się intensywny riff, który zapowiada, że nowe dzieło duetu niekoniecznie będzie podążało ścieżką łagodności, co było znakiem charakterystycznym debiutu. Gitarowy motyw przeplata się z porywającymi solówkami lub też przynoszącymi ukojenie zwiewnymi dźwiękami gitary akustycznej. To oczywiście dzieło Poliego. Całość spaja energiczna sekcja Marco Renteria – Andrew Joseph. O klawiszowe tła i orkiestracje oraz partie pianina, a także ogniste solo na syntezatorze dba Guillermo. Jakby zachwytów było mało, to w drugiej części wokaliście towarzyszy Lorena S. Elizondo (zbieżność nazwisk nieprzypadkowa), dołączając w niezwykle przestrzennym fragmencie przynoszącym pozorny spokój niczym odpłynięcie po przyjęciu porcji narkotyku. Walka z nałogiem na szczęście została wygrana. W końcu wszystko zaczyna się rozkręcać, gdy uświadamiamy sobie, że dżin pozostanie w butelce i nigdy się nie pojawi.

“The genie in the bottle / will never appear / will never appear”.

Na ścieżce drugiej znajduje się kolejny utwór wybrany do promocji – „Rising Sand”. Tu bardziej słychać powrót do klimatów z debiutu, z zapętlonym motywem granym na gitarze akustycznej, nieoczywistym rytmem perkusji (skojarzenia z The Pineapple Thief jak najbardziej na miejscu), pięknym powłóczystym basem czy wreszcie partią fortepianu i syntezatorowymi tłami. Nie brakuje także kolejnego wspaniałego popisu Poliego w postaci krótkiego gitarowego sola. Wszystko to spaja wspaniała partia wokalna zbudowana z wielu ścieżek, dająca głębokie poczucie przestrzeni, ale i pustki. Tekst stanowi refleksję nad upływającym czasem i ciężarem bycia człowiekiem, zmaganiem się z ciemnością tkwiącą w naszej świadomości oraz poszukiwaniem tego, co sprawia, że warto walczyć o życie.

“Rising Sand/ Dust in my eyes / Hollow hands that hold a single grain of sand / I have died a 1000 times / Left out broken to rebuild myself”.

W końcówce na pierwszy plan wysuwa się bas w towarzystwie dźwięków pustynnego wiatru.

Jednym z moich faworytów na płycie jest utwór „A Dark Place”, zgodnie z tytułem mroczny, lekko jazzujący (bas bezprogowy, uderzenia w bębny (gra na nich Scott Apted używając szczotek), fortepian) z ambientowymi tłami, ubarwiona nastrojową solówką, którą raczy nas Roger Cerda. Tekst dotyczy bezsensu walki z własnymi pragnieniami, przypominając nam, że zawsze jest jakaś droga prowadząca do lepszego miejsca.

“The secrets have been told / They are no longer a burden / The line begins to blur / In the opium haze.

There's always an exit”.

Podróż po krainie subtelnych dźwięków kontynuujemy przy miłosnej balladzie „Turmoil”. Tu na pierwszy plan wysuwa się fortepian, syntezatorowe smyczki, akustyczna gitara (w tym cudowne solo), bezprogowy bas i perkusjonalia, a całość wieńczy krótkie solo na gitarze elektrycznej.

Guillermo śpiewa przejmującym głosem zmysłowe wersy, pełne tęsknoty:

“I want to be inside your head and soul / I crave your presence/ Your distant glance

Your eyes are mine/ Your skin on mine / Your arms wrap around me

Holding my aching heart / I crave your hand grabbing mine / With all the force of love/ In the most intimate moments

I crave your power or real touch all over me / That crazy entanglement / The abandonment / Of one self to feel

The one I love / I crave for you! / I crave for you! / I miss you so much!”

Z nastrojowej zadumy wyrywa nas pieśń „Keep Breathing”, która swoim electro-industrialnym wstępem, pulsującym basem i motoryczną perkusją buduje aurę tajemniczości, niepokoju, a jeszcze bardziej taki klimat podkreśla jakby schowany, na granicy szeptu, śpiew Guillermo. Dopiero w refrenie wybrzmiewa on pełną mocą. W środkowej części buduje atmosferę mrucząc tworząc tym samym podkład do rozważań o destrukcyjnych nawykach i wadach schowanych wewnątrz nas:

“And as I try to get out of this mess/ Thorns ripped my flesh/ Blood covers my face/ I remember the tale/ The boatman will get you across/ But at what price/ There is no shame once you
get to the point where everything seems dark/ The end of the rainbow is a trap and the gold is perdition/ Like a moth/ I will reborn into beauty”.

Po tych słowach tempo przyspiesza, a Guillermo daje popis swoich umiejętność w budowaniu porywających partii syntezatorów, podczas gdy Poli dokłada jeszcze krótkie acz soczyste solo gitarowe. W końcu walka z przeciwnościami przybiera pozytywny kierunek, a końcówka symbolizuje toczącą się wewnętrzną walkę o to, by oddychać i iść naprzód:

“Keep breathing in/ Keep breathing out / Keep breathing in / Keep breathing out / Keep breathing in / Breath out”.

Kolejny z moich faworytów, utwór “Burn As One”, rozpoczyna subtelna gitara, nastrojowy bas, delikatna partia perkusji i filmowe klawiszowe tła oraz dołączający w dalszej części fortepian budują rozmarzony pejzaż podkreślony krótką solówką na syntezatorze. Całość tworzy nastrój wzywający do odpuszczenia pogoni za rzeczami mało ważnymi i skupieniu się na tych naprawdę ważnych:

It sure feels/ Like a lonely ride / As you want more / Than you can feel

Time flies and you don't know how / Life it slips through you / So shake it off and bring me closer

So much love has gone bad / If you stay with me / If you keep my heart / I will be there/ I will be there

Its time!/ To burn as one and I / I just want / To become one

Spokój zburzony jest pełnej pasji hardrockowym atakiem Hammondowych akordów i mocniejszej sekcji oraz ostrzejszą gitarą, którym towarzyszy krzyk Guillermo będący wezwaniem do zaakceptowania słodyczy istnienia. Potem ponownie wracamy w łagodniejsze rejony, z jeszcze bardziej głęboką linią basu i klawiszowymi smyczkami oraz pięknie płynącymi dźwiękami gitary. Utwór powoli narasta, praca sekcji jest coraz mocniejsza, a Poli serwuje najpiękniejsze, pełne pasji solo, któremu towarzyszy ekspresyjna wokaliza Guillermo symbolizująca transformację i odrodzenie.

Całość składa się na prawdziwie progrockowy majstersztyk, który mógłby z powodzeniem zamykać płytę. Tak jednak nie jest, gdyż na finał otrzymujemy nagranie „The Waiting Game”, które… jeszcze lepiej pasuje, by być zwieńczeniem albumu. Początek jest niemal eteryczny, klawiszowe tło, spokojna gitara i delikatny wysoki wokal symbolizują odrodzonego człowieka, który wreszcie dostrzega świat w pełni:

“Soon we will find/ Hope and fears/ Shed your skin/ Forget about the past/ Find a center/ Shake off the disease/ Reach me/ Lets take the road/ Less traveled/ Shades are down/ Hoping for the best/ The lights are around us/ Keep the Faith”.

W tle słyszymy wiolonczelę (gra na niej Andy Elizondo), a potem jeszcze delikatnie płynącą gitarę oraz subtelną sekcję (znów wyśmienita linia basu). Ale to co najlepsze czeka nas w drugiej części, która powoli narasta, a do naszych uszu docierają dźwięki instrumentów dętych w wykonaniu Federico Elizondo kierujące skojarzenia w stronę dokonań The Beatles. Na tym tle wybrzmiewają finałowe wersy (wokalnie Guillermo wspierają tu Scott Apted i Samuel Apted) o tym, że życie jest podróżą, a im szybciej zaakceptujemy je takim jakim jest, tym piękniejsze się stanie. Czas oczekiwania dobiegł końca:

“ITS ALL ABOUT THE JOURNEY/ THE WAITING GAME IS OVER
Lets go lose ourselves/ Into the mystery
ITS ALL ABOUT THE JOURNEY/ THE WAITING GAME IS OVER
Talk to me/ Love someone!
ITS ALL ABOUT THE JOURNEY/ THE WAITING GAME IS OVER
So come to me/ Lets break this curse
ITS ALL ABOUT THE JOURNEY/ THE WAITING GAME IS OVER
What lies beneath/ Is the space between
ITS ALL ABOUT THE JOURNEY/ THE WAITING GAME IS OVER
ITS ALL ABOUT THE JOURNEY/ THE WAITING GAME IS OVER
THIS IS THE WAITING GAME —“.

„Roses Are Dreams” to płyta bardziej różnorodna od debiutu, łącząca w sobie delikatną nastrojowość, która na nim dominowała, z bardziej intensywnymi alternatywno-progresywnymi pejzażami, ubarwiając całość ambientową estetyką. Jest tu mnóstwo przestrzeni, wypełnionej pięknymi, choć niekiedy mrocznymi, motywami. Nie miałem jeszcze okazji, by wysłuchać miksu Dolby Atmos, ale przypuszczam, że w nim ta przestrzenność będzie jeszcze bardziej spotęgowana. Połączenie głosu Guillermo – ciepłego, głębokiego, z lekką chrypką ze zmysłem do tworzenia ciekawych melodii zarówno jego, jak i Poliego oraz doskonały warsztat producencki tego drugiego sprawia, że albumu słucha się naprawdę wybornie. Do tego dochodzą jeszcze niezwykle emocjonalne, osobiste teksty wokalisty, które dodatkowo powodują, że trudno od pieśni wypełniających krążek się uwolnić.

W materiałach promocyjnych można znaleźć takie zdanie: „Kinowa atmosfera zderza się z progresywną intensywnością” i trudno z nim się nie zgodzić. To doskonała mieszanka, która składa się na jeden z najciekawszych dla mnie (a wiem, że nie tylko) albumów pierwszej połowy tego roku z dużą szansą, by w końcowych podsumowaniach 2026 roku znaleźć się na czołowych miejscach. W pełni na nie zasługuje. Polecam!

Płyta dostępna jest na profilu zespołu na Bandcampie.

MLWZ album na 15-lecie Peter Hammill na dwóch koncertach w naszym kraju 18. raz Ino-Rock Festival Mostly Autumn Weekend 2026 Zespół Rush wystąpi w Krakowie Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026