Nowy album Advent Horizon „Falling Together”. Bez wątpienia jedna z płyt, na które naprawdę czekałem. Czy ten nowy materiał spełnia wysokie oczekiwania? Odpowiedź jest krótka: wręcz je przewyższa! I nie sposób się od niego oderwać. Naprawdę przepiękne arcydzieło. To jedna z najlepszych płyt, jakich słuchałem w życiu. Już „A Cell to Call Home” był dla mnie czarujący i magiczny. Teraz wszystko wkracza na wyższy poziom. Cięższy, bardziej wyrazisty, żądny przygód. Nawiedzony dom, samotność w kosmosie, mroźne norweskie góry, niewinność i piękno dziecięcej zabawy – muzyka generuje w mojej głowie mnóstwo obrazów; jest bardzo filmowa, odważna, momentami nieprzewidywalna, różnorodna. I oczywiście pełna przejmujących momentów.
Przeanalizujmy ten album utwór po utworze.
Pierwszy utwór, „In a Lone and Dreary World”, trwa ponad 19 minut. Cóż za muzyczne wyznanie. Pokazuje odwagę zespołu, by przeciwstawić się mainstreamowi. Albo nawet trochę kpi z nudnych dwusekundowych filmików na TikToku. Szczerze mówiąc, kto ma czas i jest wystarczająco uważny, by słuchać takiego giganta? Wiele osób cierpi na krótki czas skupienia uwagi, a gdy piosenka jest tak długa, istnieje duże ryzyko, że będzie nudna lub przegadana. Jednak Advent Horizon udowodnił, że ci sceptycy się mylili. To prawdziwa gratka, co za interesująca podróż pełna wspaniałych melodii. Naprawdę nie wiesz, co czeka za rogiem. Utwór jest pełen świetnych chwytliwych i urzekajacych melodii. Szczególnie żeński wokal Kristen McDonald brzmi nieziemsko. Ta piosenka jest sercem albumu i pokazuje to, co najlepsze w Advent Horizon: ciężkie gitary, tajemnicze efekty klawiszowe i niesamowite melodie wokalne Rylee McDonald. I ta dynamika! Spokojna gitara akustyczna buduje napięcie w środku utworu - bardzo oryginalne podejście. Jakby po to, by dać słuchaczom chwilę wytchnienia przed kolejnym dźwiękowym atakiem. Słychać kilka fajnych elementów przypominających utwór, w którym Devin Townsend tańczył na cmentarzu. Naprawdę przerażające. Przenikanie się łagodnych i cięższych partii jest idealne. W tym utworze jest tak wiele do odkrycia.
„Faith's Windows” – prawdziwy hit z niebiańskim refrenem i pewną mroczną niespodzianką w środku. Zespół postanawia zawrzeć w tym słodko-gorzkim utworze coś naprawdę złego i złowieszczego. Mam na myśli Mike'a Lofgreena (perkusistę) i jego brutalne blackmetalowe warczenie, które całkowicie zmienia nastrój utworu. Zespół dumnie deklaruje: „nie jesteśmy zainteresowani graniem w radiu”. Oczywiście, ten utwór w tej formie nigdy nie może być tam grany – wiele starszych osób dostałoby zawału serca. Ale artystycznie, wprowadzenie „złego Mike'a” i całkowite odejście od głównego nurtu w tym przeważnie pięknym utworze jest niesamowicie fajne.
„Patience” – naprawdę hipnotyzujący riff gitarowy. Świetny, chwytliwy refren. Rylee po raz kolejny pokazuje, że jego wokalne melodie są wyjątkowe. Facet ma niesamowity dar tworzenia zapadających w pamięć wokali. Cały zespół mistrzowsko równoważy porywający rock and roll mroczną melancholią.
„Past Life Parable” – pierwszy singiel z utworu i po raz kolejny wysublimowana mieszanka wpadających w ucho melodii, przeplatających się z delikatnością i ciężkim brzmieniem, z doskonałą progresywną sekcją metalową na końcu. Śpiew Rylee jest pełen pasji i wyraża głębokie emocje.
„Gravity 1” – utwór instrumentalny, przyjemna melodia, czas na odpoczynek, na głębsze zanurzenie się w sobie. Mimo to, jest w tym pewne napięcie i idealne narastanie, gdy utwór staje się cięższy. Idealna ścieżka dźwiękowa do filmu o pożegnaniu, końcu czegoś.
„Gravity 2” – Grant Mathewson pokazuje, jak świetnym jest wokalistą. Czysty rock and roll pelen chwytliwych aranżacji … jednak są momenty, których słuchacz zupełnie się nie spodziewa. Cason Wood po raz kolejny tworzy swoje upiorne efekty klawiszowe. Ten facet i tak wprowadził kilka mrocznych elementów na cały album. Tworzy atmosferę wejścia do tajemniczego domu pełnego dawno zapomnianych duchów. Śpiew Rylee jest wtedy nieco inny, emocjonalny, ale jednocześnie wywołuje poczucie beznadziei.
„Animals” – utwór zaczyna się od dźwięków dziecięcej zabawy, ale potem mamy prawdziwy wyciskacz łez. Delikatny, emocjonalny i słodko-gorzki z najlepszym refrenem na całym albumie. Mimo to utwór jest podnoszący na duchu, smutek spotyka się z subtelną radością, melancholijna melodia równoważona jest przez pełen nadziei tekst. Świetne zakończenie tego wspaniałego albumu.
Tekstowo „Falling Together” opowiada o zrzuceniu skóry z uwarunkowań, wydostaniu się z pułapki ideologii i dążeniu do wolności. Całość jest głęboko osobista. Wszyscy walczymy z wewnętrznymi potworami, może po prostu tylko po to, by uświadomić sobie, że ostatecznie tymi potworami jesteśmy my sami.
Advent Horizon udowadnia tym albumem, że zdecydowanie należą do Ligi Mistrzów ambitnego progresywnego grania. Można dosłownie poczuć, ile radości zespół miał, tworząc ten wyjątkowy album. Panie i Panowie, witajcie kolejną wielką gwiazdę – Advent Horizon. Przyszłość należy do nich.
