Advent Horizon – Falling Together

Rysiek Puciato

Na początek chciałbym przytoczyć dłuższy cytat z wypowiedzi założyciela zespołu Advent Horizon, o którego nowej płycie chciałbym dzisiaj nieco opowiedzieć. Rylee McDonald: „(…) Latem 2024 roku Mike (perkusista) i ja spędzaliśmy każdy poniedziałek w górach północnego Utah w USA, uzbrojeni w zimne napoje, wędkę i gitarę. Spędzaliśmy niezliczone godziny nad jeziorem w paśmie górskim Uinta, rozmawiając o życiu, wszechświecie i wszystkim innym. (…) Podczas naszej rozmowy siedziałem z gitarą w dłoni i pozwalałem palcom znaleźć drogę do melodii, która wydawała się odpowiednia w kontekście naszej rozmowy. I tak narodziła się większość utworów na tym albumie. Dla mnie osobiście te utwory były spojrzeniem w głąb siebie. Introspekcją mojej przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Próbą ujęcia w słowa moich uczuć dotyczących mojego religijnego wychowania i stopniowego odchodzenia od zorganizowanych przekonań religijnych w ciągu ostatniej dekady. Nie napisałem tych piosenek z zamiarem odciągnięcia ludzi od ich religii, ale raczej zachęcenia słuchaczy do spojrzenia poza bańkę, w której się urodzili, i docenienia wszystkich niesamowitych możliwości, jakie oferuje ten świat. Pisanie, nagrywanie i wykonywanie tych piosenek przyniosło mi ogromną radość. Mam szczerą nadzieję, że przyniosą one choć odrobinę radości komuś innemu”. Po takim cytacie mogę tylko zarzucić sobie, że szkoda, że tak późno dotarła do mnie ta płyta. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie może oprócz słów, które już kilkukrotnie pozwoliłem sobie napisać na łamach MLWZ.pl – „moje że moje „kontakty” z muzyką progmetalową, metalową itd. nie są częste, są raczej rzadkie, ale jak już do nich dochodzi, to…”. Tyle, że w przypadku najnowszego wydawnictwa grupy Advent Horizon pt. „Falling Together” ta metalowość jest w tak zmyślny sposób połączona z nieoczywistością, że jest mi dwukrotnie bardziej wstyd, wstyd z powodu muzycznego zaniedbania.

A wdarł się ten krążek do wszystkich możliwych odtwarzaczy niczym armia szturmująca najbardziej strzeżone pozycje wroga. Bo jest na nim moc, delikatność, ogień, growl, syntezatory i… bardzo szlachetnie i atmosferycznie brzmiący wokal, a właściwie dwa wokale bowiem w stosunku do poprzedniej płyty, którą zespół wydał w roku 2023 („A Cell to Call Home” – patrz także wspaniała recenzja Olgi Walkiewicz tutaj) zaszły w składzie pewnie, jak mi się wydaje bardzo istotne w skutkach, zmiany. Do składu z poprzedniego albumu dokooptowano wokalistę - Kristen McDonald, która podobnie do Lee Douglas z zespołu Anathema sprawiła, że muzyczne oblicze zespołu stało się… wyjątkowe, niesamowite, przepiękne…. proszę sobie dopisać inne przymiotniki jeśli zdecydujecie się państwo na uważne przesłuchanie tego albumu i Wam się spodoba.

Ale zacznijmy na poważnie (sic!).

„(…) When my thoughts are realigned / And with my conscience redesigned / I’ll return / And redefine” (Kiedy uporządkuję swoje myśli / I na nowo zaprojektuję swe sumienie / Wrócę / Całkiem zmieniony) – to malutki fragment trzeciej zwrotki pierwszego utworu pt. „In A Lone And Dreary World”. To zarazem ślad wskazujący o czym jest ten album.

Dziewiętnaście minut trwa ta pierwsza kompozycja z płyty „Falling Together”. Dziewiętnaście minut, które jeśli tylko się Państwo zdecydują zmieni sposób Waszego patrzenia na muzykę. Udowodni, że można w sposób niesamowicie profesjonalny, muzycznie perfekcyjny, aranżacyjnie wyjątkowy pogodzić w jednej kompozycji wiele muzycznych światów, nie tylko światów… wszechświatów. Przez dziewiętnaście minut zespół prowadzi nas tak zawiłymi drogami, że nie można przewidzieć dalszego ciągu, nie można (tak jak to się często dzieje) przewidzieć dalszej struktury aranżacyjnej. Podobnie rzecz ma się z zawartością treściową. Ta suita to rozprawa z samym sobą, to próba dojścia do porządku ze swoimi własnymi myślami, przekonaniami i… wiarą. Ten moment może budzić szereg kontrowersji bowiem autor słów i zarazem główny „sprawca” zamieszania pt. Advent Horizon - Rylee McDonald (gitara, wokal, autor tekstów, spiritus movens grupy) nie owija w bawełnę opowieści o religijnym dzieciństwie i późniejszej negacji religii, czego proszę nie mylić z wiarą. Chciałoby się per analogia powiedzieć, że jeżeli Neal Morse jest neofitą głoszącym potrzebę wiary w jej religijnym i wspólnotowym wymiarze, to Rylle McDonald jest głosicielem potrzeby jej każdorazowego definiowania na nowo. Jeżeli Morse jest „za”, to McDonald jest zwolennikiem ciągłego „znaku zapytania”. Nie bez kozery przywołałem tu postać Neala Morse’a, bowiem „In A Lone And Dreary World” to suita niemal symfoniczna, choć nie jest to symfoniczność w stylu Spock’s Bear czy Transatlantic, do jakich jesteśmy niejako przyzwyczajeni. To djentowo-syntezatorowa kompozycja ze zmyślnie pomieszanymi liniami wokalnymi ubogaconymi wątkami prog-metalowymi i dark-metalowymi, a zarazem pełna niemal ambientowych wstawek, choć słychać tu także growl. Ale czy można by się spodziewać czegoś innego po utworze będącym rozrachunkiem z wiarą. To jednocześnie bardzo mocny początek albumu, który może stawać w szranki o jeden z najlepszych albumów roku.

„(…) Faith is a window / We can’t look through / But I’m addicted to you / It’s only a halo / The anchor that I know / I’m willing to let” (Wiara jest oknem / Ale nie takim żeby prze nie patrzeć / Jestem od ciebie uzależniony / To jedyne co wiem / Jesteś jedyną kotwicą, którą znam / Jestem jednak gotów ją puścić) – to kolejny, wyrwany z kontekstu, fragment refrenu drugiej kompozycji z płyty – „Faith's Window”.

Wiara nie jest oknem, przez które widać co jest tam… na końcu wszystkiego. Wiara jest działaniem, jest zdolnością do podejmowania decyzji, fundamentem zaufania. Czy wiara łączy się z religią…? Pewnie tak, ale ta recenzja nie jest rozprawą teologiczno-filozoficzną, a jedynie próbą zachęcenia do przesłuchania płyty, która nie da Państwu spokoju. „Faith’s Window” jest niczym ocean spokoju po „In A Lone And Dreary World”. Jest niezwykle epicką i rockową opowieścią o zredefiniowaniu wiary. Jest utworem niezmiernie melodyjnym i wspaniale rozegranym ze wspaniałymi dwugłosami. Oczywiście są momenty ostrzejsze, gitarowe, ale czyż redefiniowanie wiary nie jest procesem „poszarpanym”. I co z tego, że w połowie trzeciej minuty słychać dramatycznie brzmiący growl i nieco bardziej metalowe solo gitary. To właśnie ten moment oraz następujący po nim wspaniały, trochę kontrapunktujący poprzedni growl, wokalny popis Kristen sprawiają, że wszystko błyszczy prawdziwym pięknem.

„(…) Patience / Is part of a laundry list / Of traits I don’t possess / It’s nothing to pretend / I want it all / I want to take what’s left” (Cierpliwość / Jest częścią długiej listy / Cech, których nie posiadam / Nie ma co udawać / Chcę wszystkiego / Chcę wziąć to, co zostało / I trzymać przy sobie do gorzkiego końca) – takimi słowami rozpoczyna się utwór „Patience”.

Ten utwór to kawał solidnego rockowego grania z misternie wplecionymi akustycznymi częściami zwrotek. Nieco szalony, niezwykle harmoniczny z wpadającą w ucho częścią refrenową oraz wciągającymi duetami wokalnymi. W całej pełni objawia się tu prog-metalowa, choć zagrana z melodyjnym umiarem, muzyczna pogoń. A na dodatek otrzymujemy niezwykle nieoczywiste elektroniczne zakończenie.

„(…) You're tired of your own skin / You’re not fooling anyone / Least of all yourself / And you’re hanging on to / A past-life parable” (Jesteś zmęczony samym sobą / Nikogo nie oszukasz / A najmniej siebie / I ciągle trzymasz się / Przypowieści z poprzedniego życia) – to początek czwartej kompozycji pt. „Past Life Parable”.

Po prog-metalowym szaleństwie „Past Life Parable” – pierwszy opublikowany singiel z płyty – jest niezwykle melodyjną piosenką z popisową linia wokalną w niezwykły sposób wspieraną przez gitarę, która po prostu czaruje niesamowitymi riffami. Jedynym określeniem jakie ciśnie się na usta jest powiedzenie, że to doskonała porcja mocnego rocka wzbogaconego przez niesamowitą djentową gitarę oraz improwizujące syntezatory.

Niech nikogo nie zwiedzie akustyczny początek instrumentalnego utworu „Gravity I”. Klasyczny początek, to tylko zapowiedź pojawiającej się w drugiej minucie niemal ambientowej kompozycji, która niczym marsz i pokonywanie kolejnych stopni emocjonalnego zaangażowania przeobraża się w rockową ekspresję będąc jednocześnie wstępem do kompozycji „Gravity II”.

„(…) We could take your mind off the pain / You could step outside of your brain / And say to the monster inside / You don’t own me” (Możemy oderwać twój umysł od bólu / Możesz wyjść poza swój mózg / I powiedzieć do potwora w środku: / Nie posiadasz mnie) – refren utworu „Gravity II”.

„Gravity II” to bunt wobec wszystkiego, co do czego byliśmy dotąd przekonani, to moment na podważenie wszystkich świętości. To czas na skok w niewiarę, na początek nowej wiary. To pięć minut metalowego zbuntowanego pędu, który jednak nie brzmi wcale metalowo. Tak, utwór wykorzystuje wszystkie typowo metalowe sztuczki aranżacyjne i jednocześnie osłabia ich moc przez delikatny wokal i finezyjne klawisze. Ten metalowy utwór gotuje się w ogniu ambientowego płomienia i tylko czasami zrywa się z delikatnej smyczy by zagrzmieć całą mocą zbuntowanych instrumentów.

I gdy wydaje się, że totalny bunt jest zwieńczeniem tego krążka pojawia się ostatnia kompozycja „Animals” drażniąca delikatnością, kusząca łagodnością i akustycznym brzmieniem oraz uwodząca gitarowym solo.

„(…) All roads must lead to / The final bend / Draw narrow / As they near an end / And as we look back / On the miles we have worn / We’ll see the beauty of it all” (Wszystkie drogi muszą prowadzić do / Ostatniego zakrętu / Zwężają się / Gdy zbliżają się do końca / I gdy spojrzymy wstecz / Na mile, które przebyliśmy / Dostrzeżemy piękno tego wszystkiego) – „Animals” to wyciszenie emocji i z drugiej strony niepokojąco smutne podsumowanie płyty.

Pełen delikatnych dźwięków gitary i jednej z najlepszych solówek utwór kończy w sposób przygaszony tę płytę, tę opowieść o poszukiwaniu samego siebie przez bunt wobec wszystkiego, a zwłaszcza bunt wobec wiary. Wszystko ma swój koniec… czy bunt też…? Ile można się buntować…? Ta pięcioipółminutowa kompozycja gwarantuje chwile na wyciszenie, na ponowne muzyczne przemyślenie zawartych na krążku emocji, a jest ich wiele. Przekraczanie granic stylistycznych oraz łączenie dźwięków z odległych od siebie stylów muzycznych jest zapewnieniem, że każda chwila poświęcona temu wydawnictwu będzie niezmiernie ciekawą podróżą.

„Falling Together” to niesamowita podróż, którą cechuje ogromna muzyczna moc połączona z niezmiernie inteligentnym sposobem jest prezentowania. Zespół Advent Horizon w składzie: Rylee McDonald (gitara prowadząca, wokal prowadzący, główny kompozytor), Mike Lofgreen (perkusja i współkompozytor), Grant Matheson (gitara, wokal i instrumenty klawiszowe), Cason Wood (bas i instrumenty klawiszowe) oraz Kristen McDonald (dodatkowe wokale) przygotował porywający album. Pełen wigoru, emocji, zaangażowania i mocy. Teksty poszczególnych utworów cechuje ogromna złożoność emocjonalna, która wraz z inteligentnymi aranżacjami sprawia, że to może być jeden z najciekawszych albumów roku 2026. Proszę się samemu przekonać.

I już na sam koniec kolejny cytat z wywiadu lidera zespołu – „(…) „Przez ostatnią dekadę analizowałam swoje wychowanie i zdałam sobie sprawę, że wiele z „prawd”, których mnie nauczono, to starannie ukształtowane przekonania. Zakorzenione w moich własnych doświadczeniach, ujawniły one jak wciąż dzielimy się ze względu na religię, politykę i klasę społeczną – trwający podział „my kontra oni”. „Falling Together” to moja próba uchwycenia tych refleksji w piosenkach”. Jak dla mnie udało im się to znakomicie.

MLWZ album na 15-lecie Peter Hammill na dwóch koncertach w naszym kraju 18. raz Ino-Rock Festival Mostly Autumn Weekend 2026 Zespół Rush wystąpi w Krakowie Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026