Niestety z przykrością muszę przyznać, że z kanadyjskim zespołem Karcius jestem w tzw. niedoczasie. Mimo wielu prób wydłużenia czasu trwania doby nie byłem w stanie tego dokonać, więc po prostu dałem sobie spokój ze śledzeniem losów tej grupy dawno, dawno temu. Dokładniej w 2018 roku, kiedy to nagrali album pt. „The Fold”. Po kilku przesłuchaniach doszedłem do, z perspektywy czasu patrząc, niezbyt trafnego wniosku, że trzeba poczekać, co się stanie później z tą kapelą, jaki będzie jej dalszy krok. Pewnym zaskoczeniem było pojawienie się w roku 2022 albumu pt. „Grey White Silver Yellow & Gold”. Ten „kolorowy” album w postpandemicznej rzeczywistości jakoś umknął mej uwadze. Mimo wyczytanych informacji, że stanowi on drugą część planowanej trylogii budującej obraz zagubienia, architektoniczną konstrukcję przedstawiającą człowieka zagubionego pośród innych ludzi. Nie będę ukrywał, że lubię takie trylogie, ciągi dalsze, muzyczne dopowiedzenia i kontynuacje, lecz (znowu kajam się i biję w piersi) coś nie zaskoczyło, nie kliknęło... Dlatego trzymając w rękach najnowsze wydawnictwo Karcius pt. „Black Soul Sickness” postanowiłem dokonać samo-rehabilitacji i dać sobie przysłowiowy czas na uważniejsze wysłuchanie tej płyty, jak i całej trylogii. Bowiem najnowszy krążek zdaniem zespołu od początku był postrzegany jako: „(…) zamykający rozdział trylogii, obok „The Fold” i „Grey White Silver Yellow & Gold”. To podróż przez mentalne zmagania – coś introspekcyjnego, co mówi o stracie, obsesji i swego rodzaju metaforycznym odrodzeniu. Ten album skłania się bardziej ku rozwiązaniu. Muzyka pozostaje dość mroczna, ale pojawia się w niej światło, niczym powoli nabierająca kształt nadzieja. Jednym z kluczowych aspektów był sposób, w jaki ją nagraliśmy: wszyscy razem w tym samym pomieszczeniu, nasza czwórka grająca na żywo w tym samym czasie. To pierwszy raz, kiedy zrobiliśmy to w ten sposób jako pełny zespół. Na „The Fold” Sébastien dołączył później, a na „Grey White Silvre Yellow & Gold”, z powodu pandemii, nagrywaliśmy jako trio, a później dodaliśmy instrumenty klawiszowe. Tym razem chemia naszej czwórki grającej razem jest sercem brzmienia. Ta interakcja – ta siła napędowa, napięcie, energia – definiuje nas. Myślę, że w końcu znaleźliśmy formułę. To jak uchwycenie intensywności występu na żywo w studiu. W pewnym momencie użyliśmy tych samych składników co wcześniej… ale tym razem ugotowaliśmy je razem”. Poczułem się wręcz „przymuszony”, by powiedzieć: sprawdzam.
Ten album jest jak marsz przez mroczny i bardzo gęsty las o wczesnym, bardzo zamglonym poranku, jeszcze przed wschodem słońca, które dopiero gotuje się do wyjścia spoza widnokręgu – niby go nie ma jeszcze, ale gdzieniegdzie pojawiają się słoneczne promienie jasności. Niby z każdym krokiem zbliżamy się do końca drogi, ale co chwilę musimy uważać na zaskakujące zwroty ścieżki, wystające gałęzie, które wymuszają modyfikację naszej podróży. Cel jest widoczny w oddali, ale droga do niego… nieoczywista, używając określenia, które bardzo lubię w przypadku albumów, które wyłamują się jednoznacznym, schematycznym i utrwalonym w naszej muzycznej świadomości określeniom.
Nie jest to droga bezładna, niepoukładana… Cały album jest technicznie i aranżacyjnie doskonały. Co prawda mam nieco zaległości w słuchaniu poprzedników, ale wydaje mi się, że najnowsze wydawnictwo jest najbardziej dojrzałym i w pełni zrealizowanym dziełem w karierze zespołu. „Wallow” otwierający album epicki utwór trwający ponad trzynaście minut kluczy. Wije się meandrami wielostylowych aranżacji, czerpie inspiracje zewsząd, pozostając przy tym w granicach szeroko rozumianego utworu melodyjnego. Jest jak schodzenie w dół po naszej leśnej ścieżce – delikatny, gitarowy początek, melodyczna miękkość, która ustępuje klawiszom i wokalowi i wreszcie głośny, solidny metal, który jednak momentami chowa się, by dać pole do popisu zwyczajnej łagodności. Zakotwiczone w solidnym rockowym brzmieniu solówki gitary i wokal, który jest przenikliwy, ekspresyjny i pełen patosu, przygotowują słuchacza do tego, co stanie się dalej, co da się usłyszeć w utworze „Out Of Nothing”.
Bo ta kompozycja zaczyna się hipnotycznym gitarowym, akustycznym arpeggio, którego natężenie wzrasta z każdą sekundą. Podobnie rzecz ma się z wokalem – rośnie, zaczyna grzmieć, skandować, by gdzieś w połowie drugiej minuty połączyć się z solidnym rockowo-metalowym brzmieniem technicznie doskonałej sekcji rytmicznej. Ciągłe zmiany tempa wzmacniają i podkręcają kompozycyjną złożoność, by w końcówce utworu pozwolić słuchaczowi na moment ambientowego wytchnienia, który przerywa ostrym cięciem potok emocjonalnej mocy.
Jeżeli koniec utworu „Out Of Nothing” można potraktować jako swoisty reset emocjonalny, to najbardziej heavymetalowa kompozycja z tego krążka – „Darkest Heir” - przypomina, że „(…) When our delusions set fire to the world and survival instincts / just fall off the cliff / All new thought will be pure and unfiltered / Craving the wisdom our elders could teach / Spawned from darkness / Evil reiterates” (Gdy nasze urojenia podpalą świat, a instynkt przetrwania po prostu runie w przepaść, wszystkie nowe myśli będą czyste i niefiltrowane, łaknąc mądrości, której mogliby nas nauczyć starsi, ale zrodzone z ciemności zło powraca), że nie można łatwo odpędzić swoich demonów, że zło i mrok zawsze będą gdzieś obok. I mimo potężnego metalowego brzmienia ta kompozycja pozostaje w kręgu jasnej strony mocy. Definiując otaczający nas mrok czyni to w sposób wyzbywający nadziei na zmianę, ale też muzycznie do przyjęcia nawet przez słuchacza niezbyt blisko związanego z ciężkimi rodzajami muzyki.
Nieco ponad trzy minuty, ale jakże znaczące, pomimo zdawałoby się lekkości w porównaniu do poprzednich kompozycji, trwa utwór „Slow Down Son”. Zagęszczony grą basu i jakoś tak eterycznie brzmiący, jakby wyrwany z mrocznego kontekstu poprzedników. Brzmi jak wyciągnięta dłoń rodzica pocieszająca dziecko. Dodaje sił słowami – „(…) Slow down, son / Your worst is done / The pressure’s gone so please come back home” (Zwolnij, synu / Najgorsze masz już za sobą / Presja minęła / Więc proszę, wróć do domu). Brzmi niczym krzyk skargi szukający pocieszenia i... tak bardzo nastrojowo.
Umiejętność poruszania się na granicy mroku i jasności, mocy i delikatności to znamię tego albumu. Wypalone w każdym wyśpiewanym wersie i zagranym dźwięku. Piąta kompozycja z tego wydawnictwa „Rise” to opowieść o niemożliwości poradzenia sobie z przeszłością, z wpływem innych na los. To metalowa ucieczka napędzana szybkimi riffami gitary opartymi o gęstą ścianę dźwięków pozostałych instrumentów. To kolejny krok w stronę wykrzyczenia i wyzbycia się wszelkich strachów lat dawnych. To mocna piosenka z zaskakującymi wstawkami przypominającymi moment na nabranie oddechu. I czy tam w tle nie słychać przypadkiem gry melotronu…?
Mój typ na przysłowiowy top to przedostatni utwór pt. „Awakening The Spirit”. A w nim symfoniczność pomieszana z mocnymi teksturami wokalno-gitarowymi. Wokal wydobywający się z lekko growlowego tonu w niskiej tonacji i całe minuty ścian dźwięków, muzycznej kurtyny, która osłania tę kompozycję welonem niezwykłej melodyjności. I trzeba dodać, że wszelkiej maści klawisze mają tu swoje przysłowiowe pięć minut. A wszystko to brzmi niczym potężna i melodyjna maszyna, która wydrąża w emocjach kolejną dziurę, wlewając w nią całą masę sprzecznych czasami wrażeń.
Koniec płyty zakotwiczony jest w grze fortepianu i wokalnej narracji opisującej zakurzonego wędrowca. „Dusting My Coat” maszeruje swym rytmem razem z nim współczując i żałując jego losów. Siła narracji rośnie wraz z natężającą się ścianą muzyki, która kończy się nagle, zrywa z melancholią i kończy w urywany sposób to wydawnictwo.
Mimo wskazania na utwór „Awakening The Spirit”, jako na ten wyróżniający się, nie mogę powiedzieć, że inne są słabsze lub gorsze. Ta płyta trzyma, jak mi się wydaje, założony przez muzyków poziom. Poziom mocnego, zdecydowanego, głębokiego zakotwiczenia w muzyce rockowo-metalowej. Nie ma tu jakichś specjalnych aranżacyjnych wybryków i zbędnych popisów. Jest zachowana stabilna równowaga pomiędzy technicznym mistrzostwem a ekspresyjną autentycznością. Album brzmi siłą zapętlenia w opowieści o czasach, w jakich żyjemy, o nas samych stojących często na granicy pomiędzy dobrem i złem, pięknem i brzydotą. O naszych myślach przesiąkniętych problemami nie pozwalającymi zasnąć i skupić się na rzeczach miłych. Tematycznie mamy do czynienia ze znaną problematyką i, w zasadzie, ze znanymi rozwiązaniami aranżacyjnymi. Bez wątpienia jest to najdojrzalszy album zespołu Karcius. Czy najlepszy…? Przecież chyba jeszcze nie kończą kariery, więc wszystko możliwe, że następny będzie jeszcze bardziej wciągający. Ten polecam wszystkim słuchaczom poszukującym muzyki, która w drażniący sposób opowiada o drażniącym świecie i ludziach. Nie wiem czy nie da się inaczej, ale „Black Soul Sickness” prezentuje sobą wszystko co do takiej opowieści jest potrzebne.
Karcius to: Sylvain Auclair (wokal, bas, teksty), Thomas Brodeur (perkusja, dźwięk), Sébastien Cloutier (fortepian, mellotron, klawisze) i Simon L’Espérance (gitary, syntezatory, programowanie). Więcej informacji o zespole znajdziecie tutaj. Chciałbym się na sam koniec nieco usprawiedliwić: nie wspominałem ani słowem o pierwszych czterech płytach zespołu powstałych w latach 2004-2012. Stało się tak z powodu niezbyt głębokiej znajomości twórczości tej grupy z tego okresu… Ale wspomina o tym Kev Rowland w swoim omówieniu najnowszego wydawnictwa grupy Karcius.
