Yes - Aurora

Maciej Niemczak

Wydanie dwudziestego czwartego albumu studyjnego przez zespół, który zbliża się do sześćdziesięciu lat istnienia, mogłoby brzmieć jak przepis na odcinanie kuponów. A jednak „Aurora” udowadnia, że Yes — dowodzone dziś przez blisko osiemdziesięcioletniego Steve’a Howe’a — wciąż potrafi patrzeć w przyszłość z autentyczną ciekawością świata. To płyta, która nie tylko zamyka trylogię obecnego składu („The Quest” – „Mirror to the Sky” – „Aurora”), ale czyni to w sposób najbardziej dojrzały, zbalansowany i świadomy. Album trwa 59 minut i 47 sekund (z dwoma utworami bonusowymi) i został nagrany przez skład: Steve Howe – gitary, wokal, produkcja; Jon Davison – wokal; Geoff Downes – instrumenty klawiszowe; Billy Sherwood – bas, wokal; Jay Schellen – perkusja.

Już sam proces powstawania „Aurory” zwiastował coś wyjątkowego. Muzycy przyznają, że pracowali bez narzuconego z góry konceptu, pozwalając muzyce płynąć naturalnie. Howe mówił w jednym z wywiadów: „Praca nad tym albumem była czystą radością – okazją do grania, odkrywania i oddania się muzyce bez reszty. Zawsze chodziło o współpracę. Nie próbujemy odtwarzać przeszłości; przenosimy ducha Yes w przyszłość, przekształcając go w coś nowego”. Jon Davison ujął to jeszcze prościej: „Steve zawsze pracuje pod jednym szyldem: Yes nie przestrzega żadnych zasad. Włączając w to własne reguły”. Ta swoboda jest wyczuwalna w każdym dźwięku. „Aurora” nie brzmi jak album złożony z przesyłanych plików — brzmi jak muzyka ludzi, którzy naprawdę stoją obok siebie. Zamiast cyfrowej sterylności słychać tu ciepło, oddech i organiczną dynamikę. Ogromna w tym zasługa Czeskiej Narodowej Orkiestry Symfonicznej pod batutą Vladimira Martinki. Orkiestra nie przytłacza zespołu — maluje tło, oddycha razem z muzykami, przywodząc na myśl najlepsze momenty albumu „Magnification”.

Tytułowa „Aurora” otwiera album kosmicznym, narastającym brzmieniem orkiestry. To bezpośrednie nawiązanie do atmosfery „Cut From the Stars”, ale tu światło jest jeszcze jaśniejsze, bardziej rozproszone. Howe wzbogaca utwór partiami rzadkiej gitary sitar Variax, co nadaje całości mistyczny, niemal medytacyjny charakter. To otwarcie, które nie tylko zaprasza, ale wręcz wciąga w świat płyty. „Turnaround Situation” to żywy, dynamiczny singiel oparty na strukturze ‘call and response’. Sekcja rytmiczna Sherwood–Schellen pracuje tu jak jeden organizm, napędzając utwór z lekkością i precyzją. To współczesne Yes w najlepszym wydaniu: energetyczne, ale wciąż pełne progrockowej finezji.

„Love Lies Dreaming” przynosi liryczną opowieść o snach i pamięci. Delikatne linie melodyczne, oniryczny tekst („Dreamcatcher pass the magic through the love dreamer’s weaving”) i subtelne harmonie wokalne tworzą klimat baśniowości, który przywodzi na myśl najlepsze lata zespołu. To utwór, który nie potrzebuje fajerwerków — jego siła tkwi w atmosferze. Centralnym punktem albumu jest „Countermovement”, blisko czternastominutowa suita podzielona na cztery części („Taro”, „Anytime Soon”, „Blink of an Eye”, „Freedom’s Edge”). To kompozycja, która nie próbuje być nowym „Close to the Edge”, ale oddaje ducha klasycznych suit Yes: zmienność, dramaturgię, bogactwo aranżacji. W części „Anytime Soon” Steve Howe zaskakuje wszystkich, śpiewając partię wokalną inspirowaną surowym stylem Boba Dylana. Lirycznie utwór dotyka współczesnych niepokojów związanych ze sztuczną inteligencją: „In the age of AI, there goes you and I”. To Yes, które nie boi się mówić o świecie tu i teraz.

„Ariadne” to folkowo‑progresywna perełka, napędzana przestrzennymi syntezatorami Geoffa Downesa. To właśnie tu spełnia się jego obietnica, że album będzie bardziej progresywny niż ostatnie dokonania grupy. Akustyczne gitary Howe’a splatają się z klawiszami w sposób, który przywołuje ducha „The Yes Album”, ale bez nachalnego kopiowania przeszłości. W „All Hands on Deck” Jon Davison dokonuje odważnego zwrotu. Rezygnuje z wysokich rejestrów kojarzonych z Andersonem i śpiewa niżej, pełniej, bardziej po swojemu. To moment, w którym naprawdę wychodzi z cienia legendarnego poprzednika. Cięższe brzmienie klawiszy i kolejny powrót gitary sitar nadają utworowi charakteru, którego brakowało grupie Yes od lat.

„Outside the Box” to szorstki, rockowy numer z partiami a cappella w intro — wyraźny hołd dla „Leave It” z „90125”. To ukłon w stronę przeszłości, ale zagrany z nowoczesną energią, bez taniej nostalgii. „Emotional Intelligence” to krótka, ale treściwa refleksja nad ludzką empatią w świecie zdominowanym przez technologię. Zwięzła forma nie oznacza uproszczeń — to mała, precyzyjna miniatura, która zostawia po sobie wyraźny ślad.

Bonusowe „Jambustin’” i „Watching the River Roll” nie są dodatkami z obowiązku. „Jambustin’” ma luźniejszy, bardziej funkowy puls i wyraźnie puszcza oko do ekologicznego „Don’t Kill the Whale” z „Tormato”. „Watching the River Roll” zamyka album wyciszonym, akustycznym klimatem, w którym Howe czaruje portugalską gitarą 12‑strunową. To zakończenie, które nie szuka efektu, tylko spokoju.

Lider Steve Howe błyszczy na tej płycie pełnym blaskiem, żonglując brzmieniami od klasycznego elektryka, przez orientalny sitar, aż po folkową tradycję. To on jest sercem i kompasem tego krążka. „Aurora” ma jednak swoje słabsze strony. Momentami słychać, że część materiału powstawała zbyt bezpiecznie, na bazie „pamięci mięśniowej”, a nie świeżej inspiracji. Niektóre fragmenty w środku stawki grzęzną w zbyt asekuracyjnych, ślamazarnych tempach, którym brakuje rockowego zęba i produkcyjnego ryzyka. Zdarza się też, że teksty Jona Davisona popadają w zbyt ugrzecznione, pseudomedytacyjne frazy.

Mimo tych mankamentów „Aurora” pozostaje propozycją niezwykle ujmującą. Nie jest to rewolucja na miarę „Fragile” czy „Close to the Edge” — i nikt rozsądny nie oczekiwał tego w 2026 roku. To coś innego: dumne, majestatyczne i pełne pasji niesienie dziedzictwa Yes w przyszłość. Album, który nie próbuje udawać młodości, lecz celebruje dojrzałość. Jeśli ktoś kocha progresywny rock za wyobraźnię, odwagę i emocje, „Aurora” jest dokładnie tym miejscem, do którego warto wejść. A dla wiernych fanów Yes to nie tylko kolejny rozdział w długiej historii zespołu, ale jeden z tych późnych albumów, do których będzie się wracać z prawdziwą przyjemnością. Pozycja absolutnie obowiązkowa.

MLWZ album na 15-lecie Peter Hammill na dwóch koncertach w naszym kraju 18. raz Ino-Rock Festival Mostly Autumn Weekend 2026 Zespół Rush wystąpi w Krakowie Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026