mlwz - edunitsky - baner - motyl

Gandalf's Fist - The Lamplighter Suite

Rysiek Puciato

Ta płyta nie jest nowa w tradycyjnym rozumieniu tego terminu. Nie jest zwykłym remasterem czy reedycją, czy jakąś inną próbą wydania na nowo czegoś starego, choć wszystkie te wspomniane elementy mają w jej przypadku swe zastosowanie. Brzmi to cokolwiek dziwnie, ale tak rzeczywiście jest. Jest to wydawnictwo dla fanów i neofitów, dla tych, którzy spotkali się z nazwą The Gandalf’s Fist, ale tak jakoś bądź zapomnieli o zespole, bądź nie zdołali się jeszcze z nim zapoznać (choć istnieje i nagrywa od roku 2005 i ma na swym koncie dziewięć płyt długogrających).

Ten krążek to wydanie specjalne całości suity „The Lamplighter” z okazji 10-lecia powstania epickiej potrójnej opery rockowej „The Clockwork Fable”. Nowy krążek zawiera tylko jedno nagranie – czterdziestoczterominutową suitę „The Lamplighter”. Utwór składa się z czterech płynnie przeplatających się utworów, wcześniej składających się z 16 oddzielnych części, a teraz, po raz pierwszy, prezentowanych jako kompletny, nieprzerwany utwór. Cztery części połączone teraz w jedną, pochodzą z albumów koncepcyjnych „Clockwork” z 2016 („The Clockwork Fable”) i 2019 roku („The Clockwork Prologue”).

Teraz ten utwór charakteryzuje się świeżą instrumentacją, przejściami, ulepszeniami brzmienia oraz skrupulatnie dopracowanym remasterem, dzięki czemu koncepcyjny motyw przewodni zespołu brzmi lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. I proszę się przekonać, że mimo upływu czasu całość w dalszym ciągu jest przysłowiowym muzycznym majstersztykiem.

Na pytanie dlaczego warto sięgnąć po starą-nową płytę jest tylko jedna odpowiedź: to wspaniała suita ze wspaniałej rock opery, która pokazuje muzycznie świat krainy Cogtopolis. Zespół skonstruował całą gigantyczną historię miasta, które zostało zbudowane pod powierzchnią. Miasta, którego mieszkańcy nie widzieli światła dziennego od zarania dziejów. Słońce to dla nich szept i legenda. Przez dwieście lat opowieści o starych czasach były przekazywane z ojca na syna. Opowieści o szaleństwie ludzkości i technicznych obrzydliwościach, jakie działy się kiedyś. Opowieści o tym, jak chmury pochłonęły słońce. Opowieści o dwudziestoletniej zimie i powolnej, bolesnej śmierci „Powierzchni”. Ale najwspanialsza ze wszystkich tych opowieści dotyczyła ostatecznego zbawienia ludzkości w ciepłym, bezpiecznym wnętrzu ziemi. To tam zbudowali swoją krainę szczęśliwości, swoją krainę bezpieczeństwa.

Opis tego miasta zaczyna się tak: „(…) Samo miasto leży w trzech ogromnych, połączonych ze sobą jaskiniach – Ardel, Cartoe i Porfan. Połączone pojedynczym, klaustrofobicznym tunelem, podróżowanie między jaskiniami po godzinie policyjnej jest zabronione. Co więcej, dziewiąty dzienny obrót – znany jako „Ostatni Cykl” – Wielkiego Koła, będącego jedynym znakiem czasu w tych ponurych głębinach, obraca się i odpycha ogromne, kute okiennice nad otworami przejść. W ten sposób oznacza koniec „dnia”. Poprzednie osiem cykli wyznacza co wcześniej było różnicą między dniem a nocą”. Przerażający opis…? Niczym z jakiejś steampunkowej opowieści pomieszanej z post-industrialną i post-apokaliptyczną wizją świata

Ludzie w Cogtopolis mieszkają w trzech miejscach. Pierwszym z nich jest Ardel, największa z jaskiń, daje schronienie tysiącom mieszkańców znanych jako „Mosiężni”, ich kwatery piętrzą się na rozpadających się „drapaczach ziemi” zbudowanych z zardzewiałego żelaza i porzuconych maszyn; starożytny ślad z czasów pierwszych wykopalisk. Najbardziej na południe wysunięta część Wielkiej Jaskini Ardel mieści ubogich i słabych. Uznani za niezdolnych lub niegodnych tłoczą się w prymitywnych slumsach. Cartoe mieści główną dzielnicę handlową miasta. Wynalazki i urządzenia drżą, brzęczą na zatłoczonych ulicach z kutego metalu. Nad głowami buchają i zalegają strumienie pary; hałas jest nie do zniesienia. Sprzedawcy i handlarze natężają głosy, wrzeszcząc ponad hałasem, sprzedając swoje towary w zamian za dzbany plazmy i oczyszczoną parę. Porfan, przesiąknięty podmuchami atmosfery, rozległymi jeziorami pary i nieznośnym upałem, jest rezerwuarem życia w Cogtopolis. Paradoksalnie, z powodu upału i wilgoci, w murach Porfan mieszka niewielu… Tylko nieszczęśnicy, którzy zostali wygnani za przestępstwa lub podstępy. Ich średnia długość życia jest niska.

Specjalną rolę w Cogtopolis pełnią Latarnicy (Lamplighters). Podróżują po całym mieście, napełniając lampy plazmowe, doładowując je z centralnego zbiornika, który dostarcza całej pary dla miasta. Każdy Latarnik otrzymuje Wieczny Płomień, gdy przyjmuje rolę Latarnika. A otrzymane światło gaśnie dopiero, gdy Latarnik umiera; wiek Latarnika można poznać po jasności jego płomienia. Suita „The Lamplighter” opowiada o tym, co widzą Latarnicy, o tym jak przy okazji swej pracy opisują podziemną rzeczywistość i… kim są. Bo nie są tylko latarnikami, „zapalaczami” świateł ulicznych. Latarnik to także postać metaforyczna, to przewodnik, to ten, który oświetla drogę życia. To także opiekun Wiecznego Płomienia rozjaśniającego ponurą, podziemną rzeczywistość.

W porównaniu do całej trzypłytowej opery, która trwa ponad dwie godziny suita o Latarnikach jest zaledwie krótkim kawałkiem, który jednak charakteryzuje się wspaniałymi liniami melodyjnymi i olbrzymią epickością. Chcąc zachować pierwotny podział można by powiedzieć, że część pierwsza suity (dawniej nosząca tytuł „The Lamplighter (Overture)”) to wokalny popis Keri Farish otoczony wielce melodyjną aranżacją, na którą składają się bardzo romantyczne brzmienia fortepianu i gitary akustycznej. Ten instrumentalny duet swoją delikatnością przygotowuje grunt pod jakże neoprogresywny ciąg dalszy utkany z muzyki złotego okresu tego stylu. I cokolwiek by nie powiedzieć, wokal brzmi przewspaniale z wielką maestrią łagodząc momenty gitarowego „szaleństwa” i organowych popisów. Ta uwertura mimo upływu lat może zadziwiać i wzruszać, a jej część centralna (tak gdzieś w dziesiątej minucie), gdy słyszymy duet wokalny, w dalszym ciągu brzmi niesamowicie.

Następna część suity dawniej nosiła tytuł „The Lamplighter (Parts I-VIII)”. Od pierwszego dźwięku ta część brzmi epicko, delikatnie i bardzo narracyjnie. Tutaj linie wokalne należą do Latarnika, w rolę którego wciela się Luke Severn. Znakiem szczególnym tej części są wspaniałe duety. Severn i Melissa Hollick materializują świat, o którym śpiewają. Folkowy flet, progresywne zawijasy i… nie ma znaczenia, że po raz kolejny stykamy się z piętnastominutową kompozycją.

„The Lamplighter (Parts IX-XIII)” – taki tytuł nosiła kiedyś kolejna część suity. To ponownie wokalna maestria tym razem w wykonaniu Luke’a Severna, Melissy Hollick i Arjena Lucassena. Tutaj wszystko się zagęszcza, muzyka przybiera bardziej narracyjny ton, a wokal Mellisy brzmi anielsko. Duety wokalne wtrącające swoje opowieści sprawiają, że można poczuć się uczestnikiem spektaklu, który właśnie rozgrywa się przed nami. Teatralność tej części jest słyszalna i, chciałoby się powiedzieć, widzialna. I po raz kolejny muszę przyznać, że, jak na kompozycję powstałą w roku 2016, wszystko brzmi tutaj niczym (ot, pozwólmy sobie na porównanie w związku z jego wokalnym udziałem) jak u całkiem współczesnego Lucassena.

Ostatnia część pierwotnej wersji tej części suity nosiła tytuł „The Lamplighter (Parts XIV–XV)”. Niemal trzy minuty muzycznego podsumowania i wybrzmiewająca prośba: „Lamplighter show me the way”, oświeć drogę po której mam iść. Dean Marsh – lider zespołu i kompozytor pokazuje tu swoją wokalną maestrię i potwierdza umiejętność tworzenia pięknej muzyki.

Teraz wszystkie te pojedyncze kawałki zostały zebrane w jedną, ciągle wspaniale brzmiącą suitę – „The Lamplighter Suite”. Jest to zabieg i odważny i potrzebny. Odważny – bo jednak zespół spróbować nagrać na nowo utwory „klasyczne”. Potrzebny – bo pokazuje nowy wymiar powstałej trzypłytowej opery „The Clockwork Fable”. I wreszcie jest to zabieg bardzo ciekawy, bowiem udowadnia, że w dalszym ciągu mamy do czynienia z muzyką wspaniałą i wciągającą. Potrzeba tylko czterdziestu czterech minut ciszy i spokoju, by się o tym przekonać. W przygotowaniu tej nowej wersji suity udział wzięli: Dean Marsh (gitary, syntezatory, mandolina, bas, wokal), Luke Severn (wokale w częściach IX-XIII), Arjen Lucassen (wokale w częściach IX-XIII), Stefan Hepe (perkusja), Ben Bell (fortepian, organy Hammonda, syntezatory, wokal w utworze "Overture"), Keri Farish (wokal w utworze "Overture"), Christopher Ewen (bas) i Melissa Hollick (wokale w częściach I-XIII). A całości, w tej nowej wersji, można posłuchać tutaj. Jeżeli ktoś z Państwa przegapił gdzieś tam w muzycznej zawierusze zespół i jego rock operę szerzej można się zapoznać z opowiadaną na niej historią tutaj.

Czterdzieści cztery minuty… Polecam.

MLWZ album na 15-lecie Peter Hammill na dwóch koncertach w naszym kraju 18. raz Ino-Rock Festival Mostly Autumn Weekend 2026 Zespół Rush wystąpi w Krakowie Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026