Od razu muszę powiedzieć, że w przypadku tej produkcji mam nieco ambiwalentne odczucia. Być może moje nastawienie ulegnie zmianie po kolejnym i jeszcze kolejnym przesłuchaniu. Bo tego wymaga ten album – zasłuchania (choć to słowo nie brzmi najlepiej w języku polskim).
Historia projektu Sleeping Pulse zaczęła się dwanaście lat temu, kiedy dwaj panowie grający na co dzień bardzo różną muzykę – Mick Moss i Luis Fazendeiro - za pomocą łącz internetowych nagrali album „Under The Same Sky”. Album mroczny, mocny, momentami przygnębiający, ale też pełen różnorakich emocji rozciągniętych na całej możliwej skali, jaką człowiek może doświadczyć. W swojej recenzji z tego albumu pozwoliłem sobie wyrazić taką opinię: „(…) Na tym wydawnictwie nie ma utworów lepszych lub gorszych. Na tym krążku nie ma szansy na żaden podział, wnikliwą charakterystykę i analizę. Na tym krążku nie ma czasu na nic… oprócz słuchania”. I po tylu latach w dalszym ciągu zgadzam się z tym. „Under The Same Sky” wyważył pewne emocjonalne drzwi swoim pojawieniem się i pozwolił na odczucie emocjonalnego wzburzenia, smutku i… całego wachlarza innych skrywanych uczuć. Słychać było na nim pasję, namiętność, nieskrywany żal i melancholijną rzekę szaro-mrocznych uczuć. I jak zawsze w takich momentach powstaje pytanie: czy najnowsze dzieło potrafi wzbudzić podobne odczucia? Czy dwanaście lat to nie za duża przerwa? Czy da się wykrzesać jeszcze większą ilość emocji? Czy da się znowu nagrać płytę magiczną?
I w tym momencie pojawia się moja osobista ambiwalencja. Pojawia się wraz z pierwszymi sekundami instrumentalnego, pierwszego utworu z tego krążka – „Dreams & Limitations”. Ten tytułowy utwór to raptem minutowa narastająca sekwencja muzyczna, która otwiera z każdą sekundą drzwi do świata tego nowego albumu. I to otwiera je w sposób zdecydowanie nastrojowy z marszowym rytmem perkusji, leniwą gitarą tak dobrze znaną z poprzedniego albumu. I gdy już jesteśmy nastrojeni na tę właściwą mroczną nutę zaczyna się kompozycja z indeksem 2 – „Rise”. I to zaczyna się w sposób zupełnie inny… Zupełnie nie taki, jaki zdawałby się sugerować początek. Zaczyna się mocną gitarą, która miesza akordy z pojedynczymi dźwiękami solo. Zaczyna się mocnymi słowami: „(…) God is real, God is real / In creation, God is real” (Bóg jest prawdziwy, Bóg jest prawdziwy / W swym stworzeniu Bóg jest prawdziwy) i wylewa z siebie dalsze słowa rozpaczy, zagubienia i niemocy połączonej z depresyjnym poszukiwaniem jakiejś drogi dotarcia do jądra człowieczeństwa. Nie dostajemy, przynajmniej nie od razu, kolejnej nastrojowej piosenki. Dostajemy krzyk, rozedrgany potok dźwięków, zakłócane linie instrumentalne i… płynącą rozpacz oraz słowa, które dopełniają ten mroczny i depresyjny obraz: „(…) Hell is here, God is real / Hell, God, one” (Piekło jest tutaj, Bóg jest prawdziwy / Piekło, Bóg, jedno).
Podobną mocą melancholii pulsuje utwór „Illuminate”. Mocnymi akordami na początku i syntezatorowym, bardzo narracyjnym ciągiem dalszym. To teraz dostajemy to, do czego przyzwyczaiła nas poprzednia płyta. Dominujący nastrój smutku podkreślany przez rozedrgane akordy gitary. To teraz dostajemy charakterystyczny dla poprzedniego albumu balans między mocą i delikatnością. To teraz wokal Micka Mossa znajduje swoje „właściwe” miejsce. To teraz wydobywa to, za co cenię tego wokalistę najbardziej: konglomerat emocji. A sam utwór…? Wystarczą takie słowa: „(…) Somewhere in the body, lines form / activated in a heartbeat to breathe, alive” (Gdzieś w ciele tworzą się linie aktywowane uderzeniem serca, by oddychać, by żyć). Z akcentem na: „by żyć”.
Kim jest Zbieracz Motyli? Kolekcjonerem chwil, kolekcjonerem pojedynczych pomysłów i myśli? Samotnym poszukiwaczem piękna? „(…) He walks the hall / To play his thoughts / And to feel them / Just once again” (Przechadza się po korytarzu, igra ze swoimi myślami by poczuć je jeszcze raz). „The Butterfly Collector” jest sam, chciałby wyrwać się ze swojej samotności, ale nie umie. Ten utwór to czysta atmosferyczna magia z całą mocą delikatnych dźwięków i ogromnie nastrojowej linii wokalnej. Płynąca aranżacja pozwala, by poczuć całą paletę uczuć z, bo nie może być inaczej, dominacją smutku i melancholii. To ten utwór z płyty, który muzycznie jest w stanie zdefiniować smutek i samotność.
Smutek, samotność, melancholia, depresja, a teraz strata. Strata kogoś bliskiego, nieutulony żal, katatonia myśli i wspomnień. „Two Wreaths” – delikatnym dźwiękiem fortepianu rozpoczyna opowieść o stracie. Ta kompozycja to dla mnie wokalny opus magnum na tym krążku. Głos Micka z jego szarawą barwą wpisuje się wspaniale w narastającą brzmieniowo opowieść. Może z pewnym wyprzedzeniem, ale to jest jedna z najlepszych kompozycji z tego albumu. Taki Sleeping Pulse lubię najbardziej. „Monotonia brzmieniowego nastroju”. Kwintet smyczkowy, delikatnie krzyczący wokal - nie potrzeba więcej nic.
Czy to nie jak w życiu?… Po smutku przychodzi bunt, próba walki i wyzwolenia się z okowów żalu? Tak jest z utworem „The Constraint”. Smutne przesłanie poprzedniego utworu zostaje zatarte przez rytm. „The Constraint” brzmi mocną gitarą i mocną linią sekcji rytmicznej. Bowiem „(…) When all is left undone / And hell is here” (Kiedy wszystko pozostaje niedokończone / A piekło jest tutaj) to jedyne co pozostaje to: „(…) Wise is the end / To feel love, to breathe the same lines” (Mądrość jest końcem / Czuciem miłości, oddychania w taki sam sposób). Jedynie mądrość i miłość są ratunkiem przed zatraceniem.
Czy lustro odbija nas samych czy może tworzy jakiś złudny obraz w sobie tylko znany sposób? Czy to my? Tam gdzieś z twarzą odbitą w szkle? Czy to może my, ale tacy, jakimi byśmy chcieli być? „(…) We are forged, we are veiled / Alone in this common dream / Behind the glass we'll dream / As the walls break down” (Jesteśmy wykuci, jesteśmy zasłonięci / Samotni w tym wspólnym śnie / Za szkłem będziemy śnić / Gdy mury runą) – to końcowe słowa kompozycji „Behind The Glass”. To pięć i pół minuty emocjonalnego rozgardiaszu, który nie pomaga w odnajdywaniu siebie. Połączenie skrzypiec i mocnej gitary – tak często stosowane na tym i poprzednim krążku – po raz kolejny zdaje egzamin, a całość oparta o przeciwieństwo mocy i łagodności sprawia, że to druga z najlepszych kompozycji z tego wydawnictwa. Mocna, skondensowana narracyjnie i budząca momentami strach, a momentami współczucie.
Mimo wielokrotnego przesłuchania przedostatniej kompozycji – „Extrasolar” – za każdym razem przywołuje ona inne skojarzenia i odczucia. Kosmiczny początek, „akcja” przesunięta gdzieś w zaświaty, kosmiczna narracja niczym z rozmów z centrum sterowania lotami kosmicznymi. Ucieczka, podróż w otchłań zapomnienia, w krainę oddalenia – to możliwe skojarzenia, to zarazem możliwe wytłumaczenie tekstu – „(…) Iron clouds / Should the watcher shrink or grow / Boiling oceans / It's all globes within globes / Without rhyme (…) Speeding, warp through the transient forms / Projection, sentience, washed away by tides” (Żelazne chmury / Czy obserwując to wszystko rośniemy czy się kurczymy / Wrzące oceany / To wszystko ziemia na ziemi / Bez rymu (…) Pędząc, przeskakujemy przez ulotne formy / Projekcja, świadomość, zmyta przez fale). Gdy wszystko wokoło upada, ginie, ulega zniszczeniu może ucieczka jest jedynym wyjściem? Dziewięć minut – tyle czasu muzycy dają nam na zastanowienie. Dziewięć minut – czarują przenikającym smutkiem kreującym pełną zadumy atmosferę.
Najlepsze na koniec? Tego nie wiem. Na pewno ostatni utwór - „When I Am Young Again” -wpisze się do trójki najlepszych. Na mojej liście jest już wysoko, bo czyż wspomnienia nie koją czasami ran codzienności, nie są chwilą szczelnie separująca nas od tego, co dookoła? To wspaniała końcowa kompozycja z dodatkiem rewelacyjnych chórków, o których wspominałem zbyt rzadko, a które dodają wszystkim utworom delikatności. Oczywiście sekcja smyczkowa wspaniale dopełnia to muzyczne podsumowanie.
Nie będzie podsumowania, a jedynie kilka słów o tym, co nowe. Bez wątpienia ten album jest następnym etapem tego, co zostało zapoczątkowane dwanaście lat temu. „Dreams & Limitations” zaczyna się tam, gdzie kończy się „Under The Same Sky”, ale nie jest jego muzycznym przedłużeniem. Jest bardziej skondensowany, muzycznie dookreślony przez bardziej zdecydowane przejścia od żywiołowego, mocnego rocka do ambientowej melancholii. Poszczególne utwory są smutne, ale nie pogrążają się w smutku. Wydają się akceptować to, co nieuniknione i żyją tą akceptacją tak długo, jak to tylko możliwe. I jak można wyczytać na bandcampowej stronie projektu: „(…Album)…zaprasza wszystkich, dla których muzyka rockowa to nie tylko impreza i bicie piany. „Dreams & Limitations” to muzyczny głos straty i bólu, ale także propozycja niesienia części ciężaru, pocieszenia i nadziei oraz bycia wyrozumiałym towarzyszem w tych mrocznych chwilach”. Ale czy to prawda?… O tym trzeba się przekonać osobiście. Nie wiem czy ponad czterdzieści siedem minut muzyki to za mało, czy za dużo, ale zawsze można włączyć autopowtarzanie…
