Samurai Of Prog, The - The 7 Voyages Of Sindbad

Rysiek Puciato

Abstrahując od wszystkiego innego jednego można być pewnym w momencie, gdy dostaje się do ręki jakiekolwiek dzieło zespołu The Samurai Of Prog – będzie to wspaniałe wydawnictwo od strony graficzno-wydawniczej. Nazwa zespołu to, dla mnie, niemal synonim, albumu wydanego w sposób nietuzinkowy, wielce przemyślany i graficznie doskonały. Potwierdzają to kolejne krążki, których do tej pory uzbierało się trochę. Od roku 2011 i albumu „Undercover” aż do dzisiaj to imponująca liczba – 20 płyt, do których w tym roku dołącza płyta z numerem 21, z czego dziewięć swoją zawartością muzycznie rozprawiają się ze światem bajek i fantazyjnych opowieści. Opisują za pomocą muzyki z pozycji osoby dorosłej świat, który przecież nie raz, nie dwa wywoływał rumieniec na twarzy i nie pozwalał zasnąć. Bo czy nie chciało się być Robinsonem Crusoe, Piotrusiem Panem, Guliwerem, bohaterem jakiejś opowieści braci Grimm, dzielnym marynarzem tropiącym białego wieloryba, czy rewolwerowcem ze spaghetti westernów? Nadworny twórca niemal wszystkich okładek i wkładek (bodaj za wyjątkiem albumu „The Time Machine”) na tych albumach – Ed Unitsky – zachowując graficzną spójność we wcale nie dziecięcy sposób oddaje za pomocą kresek rysownika to, co muzycznie jest zawarte na poszczególnych albumach. Trzeba tu także wspomnieć o tzw. książeczkach, które same w sobie są rysunkowymi opowieściami łączącymi stare, dziecięce wyobrażenia z nowoczesnymi sposobami ich odmalowywania. Są to wydawnictwa graficznie doskonałe.

Po takim wstępie czas na muzykę, którą (jak to zwykle bywa) nagrała liczna grupa bardzo zdolnych muzyków. Oprócz stałej ekipy w osobach: Marco Bernarda i Kimmo Pörstiego oraz Steve Unrucha, Marco Grieco i Rafaela Pachy, na najnowszym krążku poświęconym podróżom Sindbada – „The 7 Voyages Of Sindbad” - pojawiają się także wykonawcy nowi. Wśród nich wokaliści: Steph Honde, Michael Trew, Daniel Fäldt i, jak dla mnie miła niespodzianka, Chris Engels (który jest także twórcą utworu „Sindbad The Sailor”). Oczywiście nie mogło zabraknąć Toni Jokinena, a ciekawym zabiegiem jest zaproszenie do udziału w nagraniach Roine Stolta (The Flower Kings). Brakuje tu nazwisk nowych klawiszowców, ale nie sposób wymienić wszystkich, którzy dołożyli cząstkę siebie do powstania tego albumu. Warto też wspomnieć, że każdą z kompozycji napisał inny muzyk, co sprawia, że opowieść o Sindbadzie jeszcze bardziej zaprasza do uważnego wysłuchania.

Zaprasza i od pierwszego utworu zaskakuje. „Guided To The Moon” – pierwsza z kompozycji, której autorem jest Beppe Crovella - co prawda zaczyna się odgłosami szumiącego morza jak przystało na opowieść o podróżniku, ale niemal natychmiast przeistacza się w pełnowymiarowy symfonizujący utwór z dużą ilością solowych popisów w wykonaniu Steve Unruha, który, oprócz gry na skrzypcach, jest tu także wokalnym narratorem. Gdy niemal na przemian słyszymy solowe popisy skrzypiec, gitary w wykonaniu Toni Jokinena wspartych brzmiącymi w tle syntezatorami czuć, że opowieść o przygodach Sindbada będzie obfitować w wiele wspaniałych partii instrumentalnych.

I jeżeli ktoś szuka potwierdzenia postawionej wyżej tezy, to wystarczy nacisnąć przycisk „next” by przez sześć minut dać się uwieść muzycznej ekwilibrystyce w wykonaniu Stefano Vicarelliego autora instrumentalnego utworu „The Valley Of Diamond”, a jednocześnie wykonawcy wszystkich partii organowych. Ta część to opowieść o porzuconym na wyspie Sindbadzie, który znajduje diamenty, to jednocześnie zmyślny i bardzo pokręcony rytmicznie utwór momentami dostarczający szeregu iście awangardowych brzmień.

Jednak dla mnie ta „prawdziwa” opowieść o Sindbadzie rozpoczyna się wraz z pierwszymi dźwiękami utworu „Mark The Stars”, którego autorem jest Octavio Stampala, a całą robotę uwodzącą słuchacza wykonuje Steph Honde – właściwy wokalista na właściwym miejscu. Ta opowieść zaczyna się wraz ze słowami: „(…) Songs of old legends rise / Fire in hearts truth is eyes / Chasing shadows through the storm / Basr'a dock where he is born” (Pieśni starych legend powstają / Ogień w sercach, prawda w oczach / Ścigając cienie przez burzę / Do doków Basry, gdzie się urodził) i brzmi tajemniczymi dźwiękami fortepianu otulonego wspaniałą orkiestracją, chórkami i delikatnymi wokalizami. I choć wszyscy muzycy wykonują swoją robotę bardzo profesjonalnie, to właśnie wokal Stepha sprawia, że to zdecydowanie mocny i porywający utwór.

Jak powinien kończyć się długi dzień? Długim utworem (sic!)… „The End Of he Day” trwa więc dziewięć minut, w czasie których ponownie możemy wsłuchać się w opowieść Sindbada, który tym razem próbuje podsumować swoje dotychczasowe życie. Autor tego utworu – Alessandro Di Benedetti opisuje muzycznie ten fragment historii w sposób niesłychanie delikatny. Pierwsze cztery minuty to wspaniałe lekko balladowe brzmienia, które dopiero później przeobrażają się pełne improwizacji solowe popisy klawiszy i gitary, na których grają Roine Stolt i Toni Jokinen. Ta kompozycja to dobry kawałek typowego dla Samurajów muzykowania. I jeżeli głos Stepha Honde brzmiał w poprzedniej kompozycji tak jak powinien, to w tym Michael Trew także utrzymuje wysoki poziom artystycznego zaangażowania, choć jego rola jest nieco utrudniona przez wspaniałe instrumentalne aranżacje.

W momencie, gdy doczytałem się, że autorem kolejnego utworu jest Rafael Pacha niemal od razu wiedziałem, że ta kompozycja będzie przynajmniej w jakiejś części miniaturową suitą czerpiąca z muzyki folk, uwodzącą delikatnymi madrygałowymi aranżacjami brzmiącymi niczym średniowieczne pieśni. I początkowe dwie i pół minuty potwierdziły moje domniemywania. Początek to instrumentalna suita, która pokazuje, że można połączyć w jednym utworze grę taki egzotycznych instrumentów, jak viola da gamba, flet, sazs i cytra z mocniejszymi akordami gitary, wplątując po drodze w to wszystko muzyczne frazy z muzyki Bliskiego Wschodu. A nieco niespokojny i rwany rytm tego utworu ma swoją przyczynę: Sindbad odwiedza miasto małp, a przedtem gdy rozbija się jego statek spotyka Starca (Old Man Of The Sea).

Muzycznego opisu historii pobytu Sindbada w Serendib - mieście diamentów i pereł - podjął się Mimmo Ferri. A skoro to opis bogactwa, to od pierwszego dźwięku słyszymy symfonizująca, dziesięciominutową suitę, która zgrabnie rozwija tę czteroczęściową opowieść. To chyba najbardziej narracyjna kompozycja z tego krążka. Wszystkie dźwięki są podporządkowane wyśpiewywanej opowieści. Oczywiście jest miejsce na improwizacje, niemal jazzowe solówki fortepianu, narastające zmiany tempa, solo gitary, lecz to treść i narracja pełnią tu rolę dominującą. I proszę wsłuchać się w dźwięki darbuki (na której gra Beatrice Birardi) w ósmej minucie: brzmią egzotycznie nadając końcówce utworu nowego, wręcz rockowego wymiaru. Szkoda tylko, że w tak zawiłym rytmicznie i tonacyjnie utworze głos Daniela Fäldta brzmi jakoś tak płasko i brakuje w nim dramatyzmu potrzebnego do pełnego wybrzmienia zawartych treści.

Czego się spodziewałem po kompozycji „The Last Shore” – przedostatniej na tym albumie? Cóż,… że jej kompozytor Marco Grieco na swoich czarodziejskich klawiszach w towarzystwie skrzypiec Steve’a Unruha i fletu Giovanniego Mazzotti zabiorą mnie w świat bajkowej opowieści. A skoro ten utwór dotyka małżeńskich losów Sindbada i miejsca, gdzie ludzie przemieniają się w ptaki, to spodziewałem się, że nie będzie to zbyt łatwa sprawa. Ale jest bajkowo, wszystko brzmi niczym zawirowany powiew wiatru, czarodziejski taniec. Tajemniczość, misteryjna dokładność i anielskie chóry. Kończą się przygody Sindbada, przychodzi czas refleksji, odpoczynku, a wszystko to otula wspaniała aranżacja o niezwykle epickim brzmieniu. Wspaniały finał opowieści. Choć tym „właściwym” finałem jest ostatnia kompozycja – „Sindbad The Sailor”, której autorem jest Chris Engels.

„(…) Oh, I have sailed where echoes end / Where gods and ghosts and men pretend / If this shall be my last farewell / Then let the sea decide... or tell” (Och, żeglowałem tam, gdzie kończą się echa / Gdzie widać bogów, duchy i ludzi / Jeśli to ma być moje ostatnie pożegnanie / Niech morze zadecyduje... niech powie) – to ostatnia zwrotka ostatniej kompozycji. Niech się dzieje, chciałoby się rzec. Niech los zdecyduje co ma być dalej. I jeżeli poprzednie utwory były przesiąknięte narracją, ten wymyka się temu w bardzo udany sposób brzmiąc nieco bardziej rockowo, nieco bardziej żywiołowo. Nie jest hymnem, ale jest bardzo melodyjnym i grzmiącym epickością ostatnim słowem i dźwiękiem. Jest jednocześnie narracyjnym pogodzeniem się z losem i jego „decyzjami”. Akurat w sam raz na zakończenie opowieści o podróżniku, młodzieńcu, poszukiwaczu przygód.

Kolejna przygoda zafundowana przez The Samurai Of Prog za nami. Kolejne spotkanie z opowieścią z lat dziecięcych, która jak każda bajka zawsze zawiera w sobie wiele prawd i opisuje prawdziwe zdarzenia słowami na tyle prostymi, by śmieszyły lub często „straszyły” słuchacza, lecz zawsze tylko po to, by można było wyciągnąć z nich własne, życiowo doniosłe wnioski. Tym razem panowie Marco Bernard i Kimmo Pörsti wzięli na swoje barki nadzór nad powstaniem albumu i grę w kolejnych utworach, oddając sprawy kompozycyjne w ręce innych. Nie wiem czy to początek franczyzy, czy tylko jednorazowy zabieg, ale i tym razem dostaliśmy płytę wspaniałą łączącą tradycyjne prog-symfoniczne granie z dość znaczącą dawką improwizacji, rocka i, przede wszystkim, wspaniałą melodią. Po raz kolejny zespół przygotował wspaniały album, który trzeba mieć w prywatnej kolekcji diamentów.

I proszę uważnie przejrzeć książeczkę, która ma dwadzieścia stron pełnych rysunków, tekstów i uwag odautorskich komentujących losy Sindbada. Obowiązkowo, bo to prawdziwy majstersztyk.

MLWZ album na 15-lecie Peter Hammill na dwóch koncertach w naszym kraju 18. raz Ino-Rock Festival Mostly Autumn Weekend 2026 Zespół Rush wystąpi w Krakowie Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026