„Piękno jest wszędzie wokół nas, odfiltruj hałas” – i tylko małe pytanie pojawiające się w związku z takim wyznaniem: czy to się udaje? Żyjemy w świecie jednorazowych emocji, jednodniowych informacji i fascynacji, sekundowej uwagi i poszukiwania coraz to nowych atrakcji. „Ja”, „moje”, „dla mnie” stoi obok „należy się”, „muszę mieć”, tak po prostu jest. Jestem tylko ja i to, co moje; to, co zostaje po przefiltrowaniu i odcedzeniu wszystkiego tego, co dookoła. Tylko czy po takim zabiegu jest jeszcze coś w ogóle? Czy przypadkiem to „ja” nie jest zwykłym zbieraniną sklejoną z okruchów tego, co dookoła? Czy w ogóle jest jeszcze jakieś miejsce na „ja”? A może „ja” to puste słowo nic nie oznaczające, ale chętnie cytowane przez wszystkich? Może nie ma żadnego „ja”?
Zacytowane na początku zdanie wypowiedział pan, który ukrywa się za pseudonimem Grice i pod taką nazwą nagrał do dnia 29 maja już pięć płyt długogrających. Do tego kompletu właśnie 29 maja dołączyła płyta szósta - zatytułowana „Filter”. Taki tytuł i jego wieloznaczność w kontekście treści, jakie znalazły się na tym wydawnictwie, daje słuchaczowi szereg możliwości interpretacyjnych. Bo przecież:
Filtr może oczyszczać – oddzielać – zmieniać – wydobywać – manipulować – chronić.
Filtrujemy kolor i światło, dźwięk i częstotliwość, dane cyfrowe i społecznościowe oraz media.
Filtry mogą być mechaniczne, optyczne, fotograficzne, numeryczne i algorytmiczne.
Filtry służą do kształtowania widmowej zawartości audio, zaginania lub rozdzielania światła w celu tworzenia widm.
Filtry mogą rozpraszać i załamywać światło, tworząc pryzmaty atmosferyczne, zamieniając krople deszczu w tęcze.
Filtr to urządzenie, materiał lub funkcja oprogramowania zaprojektowana w celu usuwania, blokowania lub oddzielania niepożądanych elementów.
Po co ta wyliczanka znaczeniowa? By nieco ułatwić Państwu wniknięcie w świat przedstawiony i zaprezentowany na tym albumie. Nasze życie (a przynajmniej ta jego świadoma część) to przecież nic innego jak… filtrowanie wszystkiego na własny użytek. To ciągły wybór z tego, co prześlizgnie się przez oczka codziennych filtrów życiowych i jakoś nas jeszcze zainteresuje. Album Grice’a stara się pokazać wnętrze nas samych, wnętrze, które jest wypełnione wrażeniami, emocjami i zwykłymi „śmieciami” informacyjnymi i robi to w sposób bardzo nastrojowy i niemal kontemplacyjny. Bez skargi i nadmiernego buntu, bez łzawych zawodzeń i nadmiernego śmiechu politowania. Stara się pokazać te dobre i te złe strony, siłę i niedostatek, moc i słabość.
Pierwszy z utworów (pt. „Filter”), których na płycie jest aż czternaście, zaczyna się od słów: „Though my bones may be broken / Though my eyes may be open / Though my soul may be shaken / I stand” (Choć moje kości mogą być złamane / Chociaż moje oczy mogą być otwarte / Chociaż moja dusza może być niegodna / Wstanę)… podołam, nie dam się, mogę! I jest to wyznanie, które zapoczątkowuje niesamowity strumień niezwykle atmosferycznej muzyki, jaka wypełnia ten krążek. Krążek, który jest niesamowitym kolażem powstałym z całej mieszaniny poplątanych emocji, które wirują i krążą wokół dźwięków cechujących się minimalizmem, nostalgicznym spokojem i awangardowymi aranżami. Nie ma tu jednoznaczności, ani jednostajności… Jest wyczuwalny przepływ introwersyjnych emocji, które zagłębiając się w nas jednocześnie budują i niszczą.
W utworze z indeksem 2 – „Canticle (Fayre)” – nie słychać głosu Grice’a pełnego surowego smutku i cierpienia brzmiącego o wiele bardziej tajemniczo i groźniej niż w najlepszych utworach Tima Bowness’a, który jako jedyny może być wykonawcą porównywalnym do Grice’a. Przez ponad dwie minuty ta instrumentalna kompozycja tworzy poczucie grozy, które rośnie i rośnie i zapowiada kolejną, tym razem wokalną, filtrację naszych stosunków ze światem.
„Love Me Out” – pokochaj mnie… Jakże często poszukujemy odrobiny miłości. Na płycie ten utwór wybrzmiewa gitarą akustyczną i niemal deklamowaną prośbą o odrobinę uczucia. Słychać tylko na tle coraz bardziej wyraźnych instrumentów i orkiestracji słowa: „(…) We should be living, believing / We should be seeing / We should be feeling / Being” (Powinniśmy żyć, wierzyć / Powinniśmy widzieć / Powinniśmy czuć / Być).
Piąta kompozycja – „Judgement Day” – całkowicie odbiega od wytworzonej atmosfery smutku i ucieka w stronę prostej indierockowej piosenki, która jest niczym przerywnik muzyczny zatrzymujący na moment potok żalu i niepewności tekstem o tym, że nic nie możemy już zrobić w obliczu dnia sądu… ostatecznego. Bo przecież w momencie jego nadejścia nie będzie już można dokonać żadnych „poprawek”. Potwierdzeniem tego gorzkiego faktu jest instrumentalna kompozycja „Look to the Spring”, która swoimi ambientowymi aranżacjami zamyka pierwszą część tego bardzo nieoczywistego albumu. Oczywiście umowną pierwszą część: smutną, żałobną, szarą, kontemplacyjną i… nieco ironiczną.
Druga część tego krążka odstaje od pierwszej i to bardzo. Tworzą ją trzy utwory: „Desert Rose”, „Time (Is There Any)” i „Dumah (Silence)” – prawdziwie awangardowe, eksperymentalne z domieszką muzyki orientalnej, pełne muzycznych improwizacji i… ograniczonymi do minimum tekstami, które szeptają niemal w tantrycznym transie: „(…) Flowers grow where people bled / Sand will dry their tears” (Kwiaty rosną tam, gdzie ludzie krwawili / Piasek osuszy ich łzy). Niemal wykrzykują złowieszczo brzmiące słowa na tle syntetycznych dźwięków: „(…) Is there any time” (Czy mamy czas). By na końcu z nutą rezygnacji powiedzieć: „(…) Heal the heart that will not show / Feel the heart that will not show / Heal the pain that will not go” (Ulecz serce, które nie chce dać niczego po sobie poznać / Poczuj serce, które nie chce się ujawnić / Ulecz ból, który nie chce zniknąć). Uderzający, przenikliwy, transowy ból istnienia w umierającym świecie.
Pozostałe kompozycje stanowią (według piszącego te słowa) umowną część trzecią. „Five Leaf Clover” brzmi nieco żywiej, dźwięki są jaśniejsze, przebijają smutek części pierwszej. Polecam ten początek dalszych opowieści o świecie i ludziach. Bowiem „Five Leaf Clover” to utwór przecudny z niesamowicie wciągająca melodią. „Tiny Things” – dziesiąty utwór na płycie - swoją instrumentalnością wręcz kołysze. Brzmienie trąbki jest niczym odgłos echa, które rozwarstwia nostalgiczny aranż na szereg różnych muzycznych odcieni. „Spinning Trees” to niemal radosna piosenka grana gdzieś tam na przystanku w podroży dookoła świata. Chórki, gitara balladowy wokal i słowa: „(…) I hear you / just to be here / knocks me over / I am only / what you make me / I am only / what you tell me to be” (Słyszę cię / sama twoja obecność zniewala mnie / Jestem tylko tym / kim mnie uczynisz / Jestem tylko / tym, kim mi każesz być).
Pewną „wyrwą” w tej części jest utwór „(f)Lawless” na trzy minuty powracający do eksperymentalno-awangardowych improwizacji. W przypadku tej kompozycji nie może być inaczej. Jak twierdzi jej autor to „niefiltrowana celebracja tlenu i alg, tętnic, żył i płuc naszych rzek i mórz, a także przypomnienie bezdusznej destrukcji i zanieczyszczenia, jakich dopuścili się na nich ci, którym powierzyliśmy ich opiekę”.
Płytę kończą dwie kompozycje: „State Variable” i „Traveller”. Pierwsza jest niemalże hymnem ku czci trwałości uczuć, a zwłaszcza tego najważniejszego – miłości, choć nie jest to słodka piosenka, a raczej szczere wyznanie. A „Traveller” to po prostu czysta esencja opowieści o przemijaniu i losach człowieka, na tyle krótka treściowo, że można ją zacytować w całości: „(…) Unfurl the sail and travel on / When songs are dust and we are gone / A place to find where I belong / A place to hold and call our own / The summer sun is travelling / The winter-born are suffering /Some things are hard to face alone / The fractured heart that turned to stone / Remembering (a memory) to leave behind / Fear and loss and you will find / When songs are dust and we are done / I share this love with everyone / Some things are hard to face alone” (Rozwiń żagiel i płyń dalej / Kiedy pieśni obrócą się w pył, a my odejdziemy / Miejsce, w którym się odnajdę / Miejsce, które zatrzymam i będę nazywać swoim / Letnie słońce wędruje / a urodzeni zimą cierpią / Niektórym rzeczom trudno stawić czoła samemu / Złamanemu sercu, które zamieniło się w kamień / Wspomnij (wspomnienie), które trzeba zostawić za sobą / Strach i stratę, a wtedy się odnajdziesz / Kiedy pieśni obrócą się w pył, a my odejdziemy / Dzielę się tą miłością ze wszystkimi / bo niektórym rzeczom trudno stawić czoła samemu). Po takich słowa następuje cisza, głośna cisza, która daje wytchnienie i jednocześnie pozostawia jakąś zadrę pamięci.
Aby polubić ten album nie trzeba wielokrotnego przesłuchiwania kolejnych utworów. Nie trzeba traktowania go jako przedmiotu badań i refleksji. Aby go polubić trzeba postarać się wniknąć w jego siłę przekazu i zwrócić baczną uwagę na mądrość i wrażliwość wypowiadanych słów, na ciszę w jakiej opowiada nagrane historie i podążyć za nieco „transową” melodią. Nie wszystkie utwory są łatwe, miłe i przyjemne. Niektóre drapią i szorują naszą wrażliwość, są trzy które zaskakują improwizacją i awangardowością, ale są i te, które wnoszą nieco radości i wesela. Ze swej strony proszę tylko, by nie odrzucać tego wydawnictwa po pierwszym przesłuchaniu i dać mu szansę. Album „Filter” musi zostać przesłuchany w odpowiednim czasie, odpowiedniej chwili, w odpowiednim miejscu i w odpowiednim towarzystwie. Wtedy pokazuje swoją ukrytą moc.
Więcej informacji o płycie i artyście tutaj.
