Sophie Brown And Friends – Runes

Maciej Niemczak

Sophie Brown And Friends to projekt, który od początku rozwijał się jak opowieść przekazywana przy ogniu — powoli, z namysłem, z szacunkiem do ciszy i przestrzeni. Jego twórca, Chris Engels, rozpoczął tę drogę w 2024 roku, kiedy ukazały się pierwsze albumy: “The Country Of Silent Woods” i “Emerald Isle”. Rok później pojawiły się “The Voice” oraz “Moonlit Path”. W tym roku ukazały się “Runes” oraz “Short Tales from The Isles” (o tej płycie niebawem również napiszę). Wszystkie te wydawnictwa — sześć pełnych albumów — znajdują się na Bandcampie, który stał się naturalnym domem dla muzycznego świata Sophie Brown And Friends.

To ważne, bo SBAF nie jest zespołem, lecz jednoosobową wizją: Chris Engels gra na wszystkich instrumentach sam, budując muzykę jak rzeźbiarz, który nie potrzebuje niczego poza własnymi dłońmi i wyobraźnią. Centralną postacią tego świata jest Sophie Brown — nie wokalistka z krwi i kości, lecz avatar, duchowa narratorka, głos‑postać. Jej barwa i sposób śpiewania są inspirowane Moyą Brennan z Clannad, ale nie jako imitacja, lecz jako echo, jako hołd, jako subtelny ślad muzyki, która kiedyś niosła celtyckie legendy przez mgły i lasy.

Korzenie projektu sięgają jeszcze dalej — do serialu o Robin Hoodzie, który Chris oglądał wiele lat temu. To właśnie tam po raz pierwszy zetknął się z mistyczną atmosferą, opowieściami utkanymi z mgły i światła oraz muzyką Clannad, która niosła w sobie coś więcej niż melodię: niosła legendę. To doświadczenie stało się impulsem do stworzenia postaci Sophie Brown — głosu, który mógł opowiadać historie tak, jak robiła to kiedyś Moya Brennan, ale w nowym, własnym świecie.

Choć Sophie jest centralną narratorką, projekt Sophie Brown And Friends nigdy nie był solowym monologiem. „Friends” nie oznacza tu realnych wokalistów, lecz inne głosy stworzone przez Chrisa — różne barwy, różne postaci, różne emocje, które pojawiają się w utworach niczym bohaterowie opowieści. Na “Runes” słychać także męski głos, który wprowadza dodatkowy kontrapunkt i poszerza paletę brzmień. To ważne, bo SBAF jest projektem wielogłosowym, w którym Sophie jest przewodniczką, ale nie jedyną narratorką.

„Runes” to album, który nie udaje konceptu, a jednak brzmi jak opowieść. Nie próbuje tworzyć jednej narracji, a jednak splata wszystkie utwory w większą całość. To muzyka, która nie potrzebuje wielkich aranżacji, bo jej siła tkwi w atmosferze, w głosie, w ciszy między dźwiękami. To album, który można opisać technicznie — jako celtycki folk z elementami ambientu i filmowej narracji — ale byłoby to zbyt mało. Bo „Runes” jest przede wszystkim światem. I właśnie dlatego recenzję tego albumu najlepiej zacząć od opowieści. Od tej, którą niosą wszystkie utwory razem — jak runy, które osobno są znakami, a razem tworzą język.

Na początku był śpiew lasu. Nie pieśń ludzi, nie echo dawnych bitew, lecz głos samej ziemi — ciepły, złoty, rozświetlający każdy liść, jakby pamiętał świat sprzed czasu. Tego dnia, gdy las zaśpiewał, Sophie po raz pierwszy poczuła, że nie jest sama. Że coś ją woła — nie słowem, lecz światłem. Weszła głębiej, tam gdzie wierzby szeptały, a ich gałęzie drżały od historii, których nikt nie odważył się zapisać. Cienie przesuwały się miękko, pół‑prawda, pół‑sen, a powietrze było jak zasłona między światami. Sophie wiedziała, że jeśli pójdzie dalej, nie wróci taka sama. Ale przecież nigdy nie wracała.

Wtedy zobaczyła Stare Drzewo. Stało tam od dwóch tysięcy lat, pamiętając ogień pierwszych ludzi, język światła i kamienia, pieśni tych, którzy znali runy zanim runy znały ich. Drzewo nie mówiło — ale pamiętało. A pamięć bywa cięższa niż głaz. Za drzewem był Most, cienki jak oddech, stary jak cisza. Na jego końcu stał Strażnik, utkany z czasu, z wody, z tego, co nie ma imienia. Nie pytał o nic. Tylko patrzył — i w tym spojrzeniu Sophie zobaczyła wszystkie swoje drogi, te przeszłe i te, których jeszcze nie odważyła się wybrać. Każdy, kto przechodził, wracał inny. Ona też.

Po drugiej stronie czekało Wzgórze Knocknarea, zimne, wietrzne, pełne kamieni składanych przez wędrowców, którzy wiedzieli, że pod ziemią śpi Królowa, której gniew nigdy nie umarł. Sophie położyła swój kamień. Nie z lęku. Z szacunku. A potem — światło. Czyste, ciche, otwarte. Polana, która nie miała początku ani końca, miejsce, gdzie nic nie ukrywało się w cieniu, a ciężary spadały z serca jak liście z jesiennego drzewa. Tam Sophie zrozumiała, że niektóre prawdy nie są po to, by je znać — ale by je poczuć.

Lecz każda polana ma swój cień. Za światłem czekała Pustka Pomiędzy, miejsce, gdzie nie ma wiatru, nie ma czasu, nie ma imienia. Coś tam było — nie światło, nie cień, tylko pamięć czegoś, co mogło się wydarzyć, ale nie wydarzyło. Sophie przeszła przez to miejsce jak przez sen, wiedząc, że zostawi tam część siebie, a inną część zabierze ze sobą. A potem — morze. Szare, kamienne, niespokojne. I Gigant, który chciał udowodnić światu swoją siłę, aż odkrył, że największym ciężarem jest własny lęk. Sophie widziała, jak jego duma kruszy się jak bazalt, jak wraca do miejsca, gdzie był tylko dzieckiem — i jak drugi gigant ucieka przed tym, co mogłoby się z niego narodzić. Nawet mity boją się prawdy.

Wtedy runy zaczęły szeptać. Znaki na korze, na kamieniu, na wodzie. Nie dla królów, nie dla kapłanów. Dla wędrowców. Dla tych, którzy słuchają świata, a nie tylko siebie. Sophie czuła, że prowadzą ją dalej — nie do celu, ale do zrozumienia. A na końcu była miłość. Cicha, wierna, przekraczająca śmierć. Opowieść o dwojgu, których świat rozdzielił, ale których noc połączyła na zawsze. Sophie patrzyła na ich historię jak na odbicie własnego serca: czasem trzeba umrzeć dla tego, co było, by narodzić się dla tego, co jest.

I wreszcie — sny. Dziecięcy chór, krąg tańca, noc, która nie chce odejść. Sny, które nie są snem, lecz bramą. Głosy, które prowadzą przez mrok do świtu. Sophie weszła w ten krąg, wiedząc, że każdy sen jest nasieniem, a każde nasienie — początkiem. Kiedy wyszła z lasu, nie była już tą samą Sophie. Ale las też nie był już tym samym lasem. Bo każda opowieść, którą niesie wędrowiec, zmienia świat — choćby o jeden liść, o jeden kamień, o jeden szept. A runy? Runy tylko czekały. Bo runy zawsze wiedzą, kiedy ktoś jest gotów je usłyszeć.

Ciekawym epizodem w historii „Runes” jest jego japońska odsłona. Po premierze albumu Chris otrzymał wiadomość z tokijskiego sklepu Garden Shed — jednego z największych i najbardziej prestiżowych sklepów płytowych w Japonii. Album wzbudził tam duże zainteresowanie, jednak pojawiła się nietypowa prośba: japońscy słuchacze chcieli, aby na okładce znalazła się również sama Sophie Brown. Tak powstała ekskluzywna, tylko tam dostępna wersja okładki z jej wizerunkiem. To piękny dowód na to, że świat Sophie Brown And Friends żyje własnym życiem i znajduje odbiorców nawet w miejscach, których twórca się nie spodziewał — czasem dalej niż w jego własnym kraju.

I właśnie tak brzmi album „Runes”. Jak opowieść, która nie potrzebuje jednego bohatera, bo bohaterem jest świat. Jak legenda, która nie musi być prawdziwa, by była prawdziwa emocjonalnie. Jak album, który nie próbuje imponować, a jednak zostaje w człowieku na długo. Chris Engels stworzył muzykę jednocześnie intymną i przestrzenną, surową i świetlistą, zakorzenioną w tradycji, ale wolną od jej ciężaru. A Sophie Brown — avatar inspirowany głosem Moyi Brennan — nadała jej duszę.

„Runes” to album, który się nie narzuca. On po prostu jest. Jak las. Jak wiatr. Jak opowieść, która czekała, aż ktoś ją opowie. To płyta, przy której się lewituje. Pozycja obowiązkowa dla miłośników Enyi, Oldfielda, Celtic Woman i przede wszystkim Clannad — zespołu, który tak w Polsce, jak i na całym świecie pozostaje niezwykle lubiany i ceniony.

MLWZ album na 15-lecie Peter Hammill na dwóch koncertach w naszym kraju 18. raz Ino-Rock Festival Mostly Autumn Weekend 2026 Zespół Rush wystąpi w Krakowie Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026