Deep Purple - Guilt Trippin’ (single)

Tomasz Kudelski

Zazwyczaj w moich relacjach z Deep Purple po momentach słabszych przychodzą te lepsze. O ile nie byłem wielkim zwolennikiem kompozycji „Diablo”, o tyle kolejna odsłona płyty „SPLAT!” zrobiła na mnie znacznie lepsze wrażenie.

Utworowi „Guilt Trippin’”, który w serwisie YouTube ukazał się dokładnie o 20:00 we wtorek 22 czerwca, towarzyszy animowany teledysk, przełamujący praktykę ostatnich klipów portretujących zespół grający w studiu w różnych odsłonach kolorystycznych. Ze zdjęć i materiałów promocyjnych wynika, że nie będzie to ostatni singiel promujący album, ponieważ wkrótce prawdopodobnie pojawi się również „biały singiel” z zespołem w białych outfitach na białym tle.

Wracając jednak do samego utworu: jest to najdłuższa kompozycja na płycie, choć wciąż nieprzekraczająca 5 minut. Utwór kontynuuje nerwową, poszarpaną i linearną strukturę, bez jednoznacznego podziału na zwrotki i refreny. Znaczną część utworu zajmują też partie instrumentalne.

Początek opiera się na klasycznie inspirowanym motywie fortepianowym, który rozwija się w coś na kształt flamenco-bolero, by następnie ten romantyczny klimat został gwałtownie przerwany ścianą dźwięku, z Gillanem na pierwszym planie, wrzeszczącym w sposób którego dawno już nie robił. Wokalista, który od dwóch dekad świadomie unikał tego typu ekstrawagancji i wokalnej ekwilibrystyki, najwyraźniej uznał, że „who cares, mam ponad 80 lat i nie muszę się przejmować takimi pierdołami”...

To właśnie partia Gillana budzi w tym utworze najwięcej kontrowersji, na zasadzie love it or hate it. Obracając się od lat w środowisku fanów Deep Purple, świetnie wiem, że trudno tam osiągnąć kompromis w niemal jakiejkolwiek kwestii. Liczba składów, długość życia zespołu, stylistyczna różnorodność oraz odmienna charakterystyka muzyków, którzy przewinęli się przez jego historię, sprawiają, że liczba wariantów odbioru muzyki Deep Purple jest w zasadzie nieskończona.

Wrzask Gillana wydaje się celowym kontrapunktem dla lirycznego wstępu. Do tej pory nie poruszałem kwestii tekstowych, chcąc zająć się nimi w recenzji całego albumu. Tutaj jednak kontekst liryczny wymaga doprecyzowania, ponieważ z samej lektury tekstu nie wynika on jednoznacznie. Jak twierdzi Gillan, jest to zapis rozmowy pomiędzy Bogiem a Darwinem, którzy rozpaczają nad kierunkiem ewolucji ludzkości w ostatnim okresie. I chyba właśnie to napięcie jest tu widoczne i artystycznie zamierzone w strukturze utworu, a nieco katastroficzny element przebija się gdzieś z Gillanowego wrzasku.

Później pojawia się dopiero riff, wcześniej przykryty partią wokalną. Pokazuje to również koncepcyjną zmianę, na poziomie aranżacyjnego myślenia zespołu. Deep Purple — i nie tylko oni, szczególnie w klasycznym okresie — budowali utwory w oparciu o interwałowe powtórzenia riffów. W ostatnich latach w zespole narasta, nie wiem do końca na ile z inspiracji, a na ile z decyzji producenta Boba Ezrina, tendencja do odchodzenia od klasycznych rockowych struktur opartych na mechanizmie powtarzalnej sekwencji riffów, zwrotek i refrenów przetykanych solówkami. Taka linearna i kompaktowa konstrukcja może być irytująca, ponieważ wejście w utwór trwa dłużej, ale możliwe, że kiedy dotrze się do sedna, układ ten ma sens i stoi za nim jakaś idea. Muzycy za każdym razem podkreślają wpływ producenta na tempo podejmowania decyzji aranżacyjnych, co przekłada się na szybkość pracy i decyzji niezależnie od tego, jaki będzie efekt końcowy.

Dalszą część utworu spowijają partie instrumentalne, rozpoczęte fajną gitarową melodyjką, przy której w tle pojawia się po części absurdalne i w pierwszym momencie irytujące, ale na swój sposób urocze mruczenie Gillana. Rozwija się to w gitarowo-pianistyczną wymianę ciosów pomiędzy instrumentalistami, zabarwioną jazzrockową proweniencją.

Na koniec Ian znów drze się wniebogłosy, a całość wieńczy coda oparta na motywie początkowym, która spina utwór klamrą. To mocna, energetyczna piguła dla fanów, którzy cenią bardziej eksperymentalny kierunek twórczości Deep Purple.

Trzeba przyznać, że wybór tego utworu na singiel promujący jest nietypowy, bo kompozycji daleko do komercyjnego sznytu. Ale chyba ten zespół już nie łudzi się, że listy przebojów stoją przed nim otworem.

Kończąc dodam tylko, że właśnie miałem możliwość wysłuchać całości albumu. I wierzcie lub nie, ale nie podejmujcie decyzji o płycie na podstawie singli, niezależnie czy Wam się podobały lub nie, bo płyta jest inna. Jaka - o tym w kolejnym odcinku.

MLWZ album na 15-lecie Peter Hammill na dwóch koncertach w naszym kraju 18. raz Ino-Rock Festival Mostly Autumn Weekend 2026 Zespół Rush wystąpi w Krakowie Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026