Kiedy w 2019 roku opublikowali swoje pierwsze nagranie pt. „The Thing With Feathers” miałem nadzieję, że to przygrywka do wydania płyty długogrającej. Ale skończyło się niestety tylko na tym… ponad dwudziestominutowym singlu (a wraz z nagraniem bonusowym – ponad dwudziestopięciominutowym). Treść tego (koncepcyjnego) utworu oparta była na treści wiersza Seamusa Heaneya „Bye Child” oraz historii Kevina Halfpenny’ego – jednego z najbardziej szokujących przypadków znęcania się nad dzieckiem, jakie kiedykolwiek odnotowano. Tytuł singla nawiązywał także do wiersza Emily Dickinson „Nadzieja to coś, co ma skrzydła” („’Hope’ is the thing with feathers”): „(…) Nadzieja to coś, co ma skrzydła – Co w duszy swe gniazdo mości – I śpiewa pieśń bez słów – I nigdy – nigdy nie milknie”.
I może, mówiąc nieco górnolotnie, ta nadzieja towarzyszyła mi przez kolejne lata, kiedy to zespół od czasu do czasu „wrzucał” na swojego Bandcampa pojedyncze kompozycje. W sumie dając dzięki temu możliwość do zapoznania się przez pięć lat z ośmioma EP-kami, z których ostatnia pochodzi z roku 2024. I wreszcie 26 czerwca br. oczekiwanie zostało nagrodzone pełnometrażowym, debiutanckim albumem pt. „Every House We Built” z dwunastoma nagraniami i z niemal godziną muzyki. To, moim zdaniem, bardzo dobry debiut. Od razu dodajmy, że zespół Exploring Birdsong to trio, w skład którego wchodzą przyjaciele ze szkoły: Lynsey Ward (klawisze, wokale), Jonny Knight (bas) i Matt Harrison (perkusja). Nie ma w składzie gitarzysty, co w ogóle nie ma wpływu na jakość wykonywanej muzyki, a wręcz przeciwnie - sprawia, że z jeszcze większą uwagą śledzimy poczynania muzyków, chcąc się przekonać czy taki ‘brak’ jest rzeczywiście brakiem. Nie oznacza to także, że należy zaliczyć grupę Exploring Birdsong do grona „zespołów grających dla siebie w domowym zaciszu”. W 2023 roku po nagraniu singla „Dancing In The Face Of Danger” zespół supportował grupę Katatonia, a wokalistka uczestniczyła w nagraniach płyt tak znanych zespołów, jak Lifesigns, Kite Parade czy Caligula’s Horse.
Po tych wszystkich informacjach wystarczy wcisnąć przycisk „play” i przekonać się, że to trio z Liverpoolu w znakomitym stylu udowadnia, iż współczesny rock progresywny nie potrzebuje ani rozbudowanych pojedynków instrumentalnych, ani nostalgicznych nawiązań do stylu retro, by poruszać emocje i zachwycać muzycznie. Wystarczy umiejętność złożenia w całość wyrafinowanych zmian metrum, emocjonalnej intensywności z progresywnym duchem poszukiwań, dodając do tego dynamicznie budowane napięcie i nieoczekiwane zwroty harmoniczne, by nagrać bardzo udany album. I wcale nie potrzeba do tego gitary.
Na płycie, która umiejętnie łączy djentowo brzmiącą ścianę muzyki z melodyjną linią wokalną w typie tak znanych neoprogresywnych zespołów, jak Karnataka czy Magenta, tę ścianę tworzą bas i perkusja. Z drugiej strony moc i zdecydowane aranże przypominają zespoły Vola czy Leprous.
Już pierwszy utwór – „Archipelago” - mimo powolnego, cichego początku od razu stopniowo zmierza w stronę podkreślonych i zdecydowanie podkręconych linii melodycznych. Od połowy trzeciej minuty słychać już wyraźniej, że będziemy mieli do czynienia z albumem zdecydowanie rockowym, pełnym zróżnicowanych, ale mocnych, zmian rytmiczno-brzmieniowych. Kolejna kompozycja pt. „42” to już djentowy popis basu i perkusji. To kolejny stopień na drodze do coraz bardziej zwiększającej się intensywności muzyki, lecz, co od razu trzeba zauważyć, niezwykle melodyjny głos Lynsey Ward i gdzieś tam w tle pasaże klawiszy melodyzują zdecydowany rytm i nadają muzyce przyjemnej gładkości. A kończący piosenkę dźwięk telefonu zapowiada zmianę konwencji muzycznej.
Elektronika, synthpopowe klimaty i akordowe brzmienie fortepianu to tylko początkowe zmylenie słuchacza. Od drugiej minuty utwór „Romanticise” powraca na łono djentu zmyślnie pomieszanego z niemal dyskotekowymi rytmami. I, co ciekawe, to wszystko współgra ze sobą, dopełnia się i brzmi nieziemsko nawet dla konserwatywnego słuchacza. Na podobnej zasadzie zbudowany jest utwór „Footprints”, który zamiast stylistyki dyskotekowej skłania się ku klimatom bardziej balladowym, wolniejszym i pełnym spokojnego wokalu. I choć nie słychać tu djentowego grania, to jednak czuć muzyczną moc czarującą bardzo progresywnymi przejściami do dźwięków delikatnych i niemal powłóczystych.
„Arrhythmia” – piąty utwór z krążka - to zmiana nie całkiem jeszcze całkowita, ale już olbrzymia. To melodyjna piosenka w typie progresywnej ballady z kołyszącymi sekwencjami instrumentów i pojawiającymi się od czasu do czasu mocniejszymi wstawkami. Po balladzie czas na podróż w stronę prog-folka. „Spy In The House Of Love” ze swoim lekkim szkockim zabarwieniem i wokalem w typie zespołu Karnataka winien zadowolić każdego słuchacza ładnych piosenek.
Choć nie wiem jak należy odczytać tytuł kolejnej kompozycji – „I-You” - czy: po pierwsze „ty”, czy też „ja” i „ty”, to w dalszym ciągu poszukiwacze ładnych piosenek powinni być zadowoleni. To kolejna kompozycja z pogranicza neo proga i indie rocka ze wspaniałą orkiestracją nadającej jej wyjątkowe brzmienie.
Była już część mocniejsza, była ta nieco łagodniejsza, więc czas powrócić do piosenek w stylu z początku albumu. Ósma kompozycja z płyty – „The Warning” - zdecydowanym pochodem basu i mocną perkusją zbliża się ponownie do atmosfery djentowej. I gdyby nie fantastyczny wokal - nie rockowy, nie metalowy - można by pomylić ten utwór z jakąś inną znaną kompozycją z tego stylu. Nie da się już tego zrobić w przypadku piosenki „You Like It Best When It Hurts”. Zdecydowanie, moc i zadziorność otoczona i zmuszona do posłuszeństwa przez melodyjny wokal, który wprowadza w mocny aranż nuty radości i zachwytu.
Trzy ostatnie kompozycje to pokaz maestrii i wspaniałe zakończenie albumu. „Cartography” urzeka swoją delikatnością, spokojem i pięknem każdego dźwięku. Melodyjny wokal i surowy fortepian z pojawiającymi się momentami orkiestracjami – to udanie zrealizowany przepis na ładną piosenkę. Przedostatni utwór, tytułowy „Every House We Built”, oszczędnym elektronicznym aranżem toczy się melodyjną ścieżką, by dopiero w czwartej minucie wybuchnąć zdecydowaną potęgą instrumentalizacji, nadając całości niemal hymnowego wydźwięku.
I wreszcie na koniec zespół serwuje delikatne opus magnum płyty – utwór „Meadowlands”, który przez siedem minut dzięków fortepianu, lekko ściszonej linii wokalnej i wybuchów mocy w wykonaniu sekcji rytmicznej brzmi jak przystało na pieśń na wyjście, na koniec, by zapamiętać, by zostawić dobre wrażenie. Wspaniały koniec tej debiutanckiej płyty.
Minęło już ponad pół 2026 roku i muszę przyznać, że moja półka z płytami debiutantów nie jest zbyt gęsto zapełniona. Może to nic straconego, jeżeli od czasu do czasu będą się pojawiać takie perełki jak ta? Może lepiej zadowolić się jakością, a nie ilością? Trochę trzeba było poczekać na ten album - od pierwszego singla z roku 2019 aż do teraz. Jedno mogę już teraz powiedzieć: było warto. Proszę się samemu przekonać, bo to wydawnictwo jest jednocześnie wyrafinowane i przystępne, pełne emocji i technicznej maestrii, a przy tym nowoczesne i ponadczasowe.
