Lubię kiedy wpadają mi do odtwarzacza płyty zespołów, o których nigdy nie słyszałem. Zawsze mam taki dreszczyk emocji i z każdym mechanicznie wykonywanym ruchem mającym na celu rozpoczęcie odtwarzania przyglądam się to samemu dyskowi lub leżącej obok okładce. W tym wypadku moją nieznajomość można by określić mianem: totalna. Zupełnie, ale to zupełnie, nie byłem przygotowany na to, co za chwilkę miały „wypluć” z siebie kolumny. Jedynym i, jak się okazało, bardzo nietrafnym i odległym skojarzeniem był tytuł podwójnej płyty live zespołu Rush z roku 1981 pt. „Exit… Stage Left”. Przyznam, że przekonanie, że będę miał do czynienia z muzyką Rush-owo podobną skłoniło mnie do sięgnięcia po drugą płytę szwedzkiego zespołu - Exit Stage Left z miasta Borås nad rzeką Vistan.
Drugą płytę… Tak, bowiem po chwili poszukiwań okazało się, że pierwsze ich wydawnictwo pt. „Appleberry Trees” ukazało się w roku 2022 i w plebiscycie na najlepszą płytę roku organizowanym przez Sweden Rock Magazine zająło 31 miejsce. Natomiast najnowsze dzieło Szwedów, po czterech latach przerwy, właśnie ujrzało światło dzienne. Drugi krążek grupy Exit Stage Left nosi tytuł „Gentle Otherworld” (Delikatny inny świat) i zawiera aż piętnaście utworów.
I powiem tak: to wspaniały muzyczny wielosmakowy tort piętrowy. Nic innego nie przychodzi mi do głowy słuchając tego krążka. Jest on niczym znana z większych lub mniejszych uroczystości słodka konstrukcja, która z każdym kęsem przynosi inny smak, inny aranż, inną atmosferę, czy wreszcie inny muzyczny styl. Całe to pomieszanie daje się jednak w mniej lub bardziej udany sposób jakoś pogrupować. Sprawić, że ta całkiem ciekawa płyta w pozornym chaosie i zlepku utworów pokazuje jakiś przemyślany sposób charakter zespołu. I choć na swojej stronie internetowej wskazują na grupy Rush, Deep Purple i Genesis jako na swoich „idoli”, to jednak ich najnowszy krążek jest o wiele bogatszy aniżeli nawiązania do tych trzech wspomnianych zespołów.
Zacznijmy od samego dna, od podstawy tego muzycznego tortu.
Poziom pierwszy o smaku rockowym:
Pierwsze pięć kompozycji z tego krążka to energetyczne, dobrze brzmiące utwory rockowe z polewą z lat osiemdziesiątych. Dzieje się tu tak dużo, że każdy słuchacz znajdzie coś dla siebie. Co prawda „Losing It Again” – pierwszy utwór na płycie - rozpoczyna się, w sumie, delikatnie, to jednak to dobry przykład rockowej maniery znanej z ubiegłego wieku z dodatkiem klawiszowych ozdobników. I jeśli dodać do tego nisko brzmiący i melodyjny wokal, to mamy dobrą klasyczną, rockową kompozycję. „Swallowtail” wciąga od pierwszego momentu. Gitara pobrzmiewa w stylu przypominającym nieco piosenkowe utwory Claptona, które doprawione są wzmocnioną linią syntezatorów. „Space Wedding”, ze swoimi zakręconymi klawiszami, serwuje bardzo energetyczną dawkę dobrego rocka z ciekawymi zwolnieniami jakby wyciągniętymi z utworów The Beatles. A że jest to krótka kompozycja instrumentalna, to należy się spodziewać, że kolejna piosenka będzie… równie chwytliwa i emanująca rockowym pazurem. I tak jest. Tylko proszę ponownie nie dać się zmylić początkowej delikatności. „Easiest Choice” – czwarty utwór na płycie - kipi pozytywną energią. I jak to czasami bywa na płytach rockowych, czas teraz na balladę. „Morning Warmth” – to właśnie ten moment. Gitara akustyczna i wokal prowadzą przez trzy minuty po delikatnie folkowo brzmiących przestrzeniach. Było mocniej, jest balladowo… Jak na starych, dobrych rockowych krążkach.
Poziom drugi o smaku hardrockowym:
„Kosmiczny” utwór „Maybe I'm The Martian” to już skok w hardrockową otchłań w wydaniu ze złotych lat tego gatunku. Oczywiście słychać także te „nowe” dźwięki, całkiem współczesne, dosłodzone brzmieniem organów, lecz całość krąży wokół hardrockowych schematów i porywa swoją żywiołowością. Siódmy z kolei utwór – tytułowy „Gentle Otherworld” - już pierwszymi akordami oznacza hardrockowe terytorium, brzmiąc dostojnie i mocno. Oczywiście pisząc te słowa mam nadzieję, że zastosowane tu określenia potraktują Państwo z lekkim przymrużeniem oka. „Gentle Otherworld” to hardrockowo – rockowe pomieszanie, które całkowicie się sprawdza, tworząc bardzo ekspresyjną całość.
I chyba czas wreszcie na to, na co wszyscy czekają najbardziej…
Poziom trzeci o smaku progresywno-symfonicznym:
Ten fragment płyty zaczyna utwór nie byle jaki. Właściwie jeden z moich ulubionych – „Kippie Lake”. Już pierwsza wariacja syntezatorowa pokazuje, że dalej może być już tylko coraz bardziej symfonicznie, coraz bardziej żywiołowo i coraz bardziej progresywnie ze wszystkimi możliwymi progresywnymi sztuczkami aranżacyjnymi. I tak jest przez osiem minut. Intensywnie, momentami ekwilibrystycznie, a do pełni smaku zespół dodał jeszcze słyszalne zaangażowanie. I chociaż „The New Thing” zaczyna się ekspresyjnie i całkiem, całkiem progresywnie, to proszę nie zwracać uwagi na początkową linie wokalną, która bardziej pasuje do Stevena Tylera z Aerosmith niż do szacownych wokalistów progresywnych. Ale późniejsze echo vocodera i gra gitary w środkowej części zbliża ten utwór do tego co prog-fani lubią najbardziej: majestatycznego solo gitary z ostrzejszą barwą. To zaskoczenie wynagradza w całej pełni kompozycja „Harriet's Heart” ze swoim eleganckim syntezatorowym początkiem i delikatną linia wokalną. Może nie jest to wzorcowy przykład kompozycji progrockowej, ale brzmi tak jak powinien z całym progresywnym bagażem aranżacyjnym. Sześć minut wysublimowanej muzycznej jazdy. Jedenastka kompozycja – „Nighttime Florist”- brzmi jak stary Big Big Train ze ś.p. Davidem Longdonem, a skrzypce przypominają to, za co lubię ten zespół: namiastkę orkiestry symfonicznej. To wspaniały i niesamowicie atmosferyczny utwór. Kolejna piosenka – „Impossible Dance” - z jakoś tak wyczuwalną jakby marillionowską gitarą i skrzyżowaniem jej z zapętloną grą syntezatorów brzmi bardzo świeżo i radośnie, jakby przygotowując słuchacza do najbardziej niesamowitej kompozycji na tym krążku – dziewięciominutowej minisuity „The Rise And Fall Of Dionysus Alpha”. Bombastyczny wokal, efekty, progresywne aranżacje pomieszane z rockową żywiołowością brzmią smacznie (bo to przecież nasz tort – sic!) i bardzo, ale to bardzo, efektownie. I proszę się nie obawiać, są zmiany rytmu, lekkie zawirowania melodyjne i wszędobylska żywiołowość podniesiona do potęgi.
Poziom czwarty – „wisienki na torcie”:
Płytę zamyka utwór „Burning Out” – fajna piosenka na zakończenie. Bezkompromisowa, lekka, wręcz zwiewna… Taka w sam raz na finał. taka na dobre zakończenie, na pozostawienie miłych wrażeń i niedosytu z melodyjnym znakiem łagodności. I to jest muzyczne zakończenie tego krążka, bo jest też zakończenie słowne.
Bo tak naprawdę kończy ten album „kompozycja”, „wiersz”, „przekaz”, „apel”… - proszę sobie wybrać odpowiednie określenie. Tytuł tego słownego przekazu opisującego nasz świat pogrążony w letargu, bezsile, zagracony techniką i niedbający o ekologię to „Codex”. To trzyminutowa opowieść-napomnienie, że trzeba coś zmienić w naszym ludzkim nastawieniu do wszystkiego wokoło: do ludzi, do nowoczesnej technologii, do przyrody…
Może jest to nieco nietypowe wydawnictwo. Takie wielopoziomowe, wielopiętrowe. Może porównanie do smakowitego tortu nie jest zbyt udane, ale proszę przymknąć nieco oko na taką próbę. Jest to na pewno płyta ożywcza. Nie patrząca na style, sposoby przekazu. Zespół Exit Stage Left bawi się na niej wszystkim, co słychać dookoła w muzyce. I robi to w sposób wciągający. Czy warto spróbować tego (a niech tak zostanie) tortu…? Proszę zdecydować samemu. Ja się trochę objadłem i wcale tego nie żałuję.
