Deep Purple - Splat!

Tomasz Kudelski

Nowa płyta Deep Purple „Splat!” jest już ze mną od pewnego czasu, więc ta recenzja pisana jest po pierwszym odruchu euforii. Album okazał się zaskakujący o tyle, że trzy single ją promujące dawały mi zupełnie inne i mylne wyobrażenie o muzyce na nim zawarte.

Co więcej, zespołowi udało się tym razem przełamać „klątwę drugiej płyty”. W historii Deep Purple często bywało przecież tak, że drugi album danego składu oceniano gorzej od poprzedniego. Ja należę do tych, którzy uważają, że „Splat!” jest wyraźnie lepszą pozycją w dyskografii zespołu niż „=1”, nie zmieniając przy tym zasadniczo mojej oceny tamtego wydawnictwa. Miało ono swoje problemy brzmieniowo-produkcyjne, głos Gillana momentami wydawał się zmęczony, a syntezatorowe popisy Aireya jednowymiarowe i nudne.

Deep Purple przy okazji nowej płyty wrócili do Nashville, do studia Tracking Room, w którym powstały albumy od „Now What?!” do „Whoosh”. Studio miało zostać sprzedane i zamknięte, a teren przeznaczony pod inwestycje. Na szczęście nic z tego nie wyszło, a studio odkupił Keith Urban, który zresztą pojawia się na płycie gościnnie w utworze „Diablo”.

Roger Glover i Ian Paice przed premierą wskazywali, że chcieli uzyskać potężniejsze brzmienie perkusji, niższy śpiew Gillana i ogólnie poprawić brzmienie.  I zasadniczo swoje założenia zrealizowali. Moim zdaniem płyta brzmi lepiej niż poprzednia. To nie jest może audiofilski majstersztyk, ale poprawa względem poprzedniczki jest wyraźna. Oczywiście temat produkcji Boba Ezrina jak zwykle dzieli fanów Deep Purple.

Dla mnie największym bohaterem płyty jest Ian Gillan. Tak, wiem, zazwyczaj traktuję go jako tajną broń zespołu. Tak też jest i tym  razem, a nawet jest  jeszcze lepszy: śpiewa w szerszym zakresie skali, korzystając również z niższych dźwięków, bardziej refleksyjnie, ale dzięki temu może swobodnie wchodzić w wyższe rejestry i dublować partie wokalne. Brzmi mocniej i ciekawiej niż na poprzednim albumie, a jego głos nie załamuje się (vide: „I will catch you”).

Płyta jest też jednocześnie znacznie bardziej melodyjna niż sugerowały single. Momentami jest wręcz piosenkowa i osadzona w klimacie lat 80. w okresie  gdzieś pomiędzy „House of Blue Light” a „Naked Thunder”. Jeżeli popatrzymy na metrykę obecnego gitarzysty Deep Purple to jest on wychowany na Garym Moore, Lukatherze i Satrianim, czyli na graniu z okresu przed Nirvaną, i to wyraźnie słychać na tej płycie.

W materiałach promocyjnych pojawiały się hasła o „najcięższej płycie od dekad”. Gillan mówił z kolei, że utwory powstawały w duchu lat 1969–1973. Można by na ten temat napisać rozprawę doktorską. Gillan przez „heavy” rozumie większą bezpośredniość, prostotę i bardziej dynamiczną pracę sekcji. Glover wyraźnie dystansuje się od takiego marketingowego chwytu, zaś Airey, który nie należy do muzycznych filozofów, sprowadza całą rzecz do siły riffów.

Gillan jak zawsze jest pełen entuzjazmu wobec nowej płyty i McBride’a, podkreślając jego energię i  pozytywny wpływ na zespół. Bywa to czasami odczytywane jako krytyka Morse’a, ale nie jest to takie proste. Gillan, pytany wprost zawsze docenia jego dokonania i trzeba przyznać, że latami zapewniał mu parasol ochronny przed fanami Blackmore’a, którzy Morse’a wręcz nie znosili, przyznając też, że bardziej bezpośredni, rockowy styl McBride’a lepiej pasuje do DNA zespołu. Obecny spór pomiędzy obozami Morse’a i McBrida, jest niczym w porównaniu do tego, co wydarzyło się po premierze płyty „Purpendicular”, która obecnie cieszy się już prawie kultowym statusem, ale też te różnice między nimi aż tak duże nie są. Ale „plemienność” fanów działa podobnie.

Rozstanie z Morse’em miało zresztą prawdopodobnie szersze tło niż tylko kwestie zdrowotne. Istniał też zwyczajny rozdźwięk stylistyczny. Morse, z jazzrockowo-fusionowym zapleczem, promował bardziej złożone i „wyrafinowane” granie, a reszta zespołu coraz wyraźniej była tym trochę zmęczona i chciała stawiać na bardziej przyziemne rozwiązania. Choć też nie ma co udawać: nigdy nie było mowy, aby Deep Purple stało się swoistą odmianą Dixie Dregs.

Krążyły też pogłoski o trudniejszej współpracy, Morse’a z Aireyem, choć ten ostatni to dementuje. Wiadomo jednak w czyim zespole grał wcześniej Simon.  Jak było naprawdę - nigdy się nie dowiemy. Każdy, jak to w życiu bywa, będzie miał swoją wersję. Nie opowiadając się po żadnej ze stron tego dla mnie trochę wydumanego sporu, powiem tylko tyle: McBride nadrabia brak wyrazistej sygnatury stylistycznej, większą energią, bardziej rockowo-bluesowo-europejską stylistyką, która może się podobać.

Czy płyta jest ciężka? Czy to ma znaczenie? Można znaleźć argumenty na obronę każdej z tez. Za - przemawia energia, tempo, zwięzłość kompozycji, mocniejsza perkusja i bardziej zdecydowana gitara. Przeciwko — to, że część utworów jest po prostu bardzo melodyjna, wręcz może zbyt melodyjna i klawiszowa dla przeciętnego odbiorcy metalowej surowizny. Już nie wspominając, o tym, że sposób, w jaki Ezrin miksuje Deep Purple zaciera trochę ostrość konturów.

Airey gra klawiszowe intra do aż pięciu utworów : „The Rider”, „Horse”, „Sacred Land”, „Guilt Trippin” i „Third Call”. Akurat tego brakowało mi na poprzedniej płycie. Tu są i od razu robią wrażenie, że klawiszy jest więcej. Fan prawdziwego Deep Purple będzie też kręcił nosem na te wszystkie pianina, moogi czy inne syntezatory, którymi Airey na tej płycie posługuje się w udany sposób. Bo z klawiszy to tylko Hammond i to najlepiej taki z „In Rocka”.   

Oczywiście szczęścia na tej płycie nie mogą szukać też ci, którzy każdą wypowiedź na temat Deep Purple niezależnie od tematu zaczynają od mantry: „bez Blackmore’a i Lorda to…”, choć dla nich nawet gdyby Lord zmartwychwstał, a Blackmore odkrył, że granie rocka znowu sprawia mu frajdę (choć nie wiem, czy prawdopodobieństwo tego pierwszego nie jest bliskie drugiemu), to  i tak by się okazało, że Deep Purple to na „Kill’em All” się skończyli.

Kończąc złośliwości i wracając do muzyki. Pomimo, że single tego nie zapowiadały, na płycie „Splat!” jest sporo normalnie skonstruowanych utworów na bazie zwrotek - refrenów.  I tu na białym koniu wjeżdża moja „ulubiona” kompozycja w sensie przebojowym, czyli „The Rider”. Zaczyna się niemal progresywnie, po czym bardzo szybko przechodzi w klasyczne hard and heavy z połowy lat 80. Gdyby ten numer powstał wtedy, bez problemu mógłby stanąć w szranki z „Shot in the Dark” Ozzy’ego czy „Rock and Roll Children” Dio.

Jako „emocjonalna sierota” po latach 80. taki rozwój wydarzeń był dla mnie pozytywnie zaskakujący. „The Only Horse in Town” idzie jeszcze bardziej w stronę melodii i rockowego luzu, z momentami wręcz z VanHalenowskim podtekstem. Bardzo dobre jest tu solo McBride’a - chyba moje ulubione na płycie.

Przedzielający te utwory „The Lunatic” to kolejny mocny utwór. Prezentuje równie melodyjne co dynamiczne, ale też trochę orientalne oblicze grupy, które zawsze dobrze w Deep Purple działa.  

Kolejny - „Sacred Land” - ma swoich oddanych fanów, ale ja nie należę do tego grona. Intro Aireya jest świetne, lekko szkockie i orientalne, przywołuje skojarzenia z „Tarot Woman”, ale dalej utwór nie rozwija tego pomysłu tak dobrze, jak mógłby.  Ostra gitara trochę za bardzo zagłusza Gillana, a końcówka zostawia wrażenie niewykorzystanego potencjału. Solo Aireya nie dorównuje z jakiegoś powodu dźwiękom z intro. Jest to jednak tylko, jedyne według mnie, bezmyślne solo Aireya na tej płycie (wariacja na temat „Show Me” z poprzedniej płyty). Za to solo McBride jest krótkie, ale treściwe. Utwór też kończy się nagle, ucięty przez Ezrina, co niestety zdarza się w jego manierze producenckiej, szczęśliwie według mnie tylko dwa utwory zostały tą manierą szczególnie dotknięte. Efekt ten przypomina mi metafizycznie przypadkowe zderzenie rozpędzonego samochodu ze ścianą.

W tym kontekście warto zwrócić uwagę, że „Diablo” w wersji CD oraz winylowej jest prawie minutę dłuższe niż wersja streamingowa oraz singlowa i brzmi znacznie bardziej sensownie. Może więc nie wszystkie próby „odcięcia tłuszczu od mięsa” podejmowane przez Ezrina mają ostatecznie pozytywny wydźwięk? Choć uczciwie powiem, że bałem się, że nożyce Ezrina będą miały gorszy wpływ  na „słuchalność” płyty a wcale tak nie jest.

„Beating of Wings” to prawie ballada, bardzo melodyjna i z pięknym śpiewem Gillana w refrenie.  I dobrze łączy się z kolejnym utworem „Guilt Trippin’”.

„Scriblin' Gib'rish”  (jak to napisać bez błędu?) jest ciężkie, absurdalne i bardzo purpurowe, trochę  w stylu „Silver Tongue” z „Bananas”.

Zaś kolejny utwór - „Jessica’s Bra” - to mój kolejny faworyt i absolutny popis Gillana. Właśnie tu najlepiej widać, jak mocny jest to album od strony tekstowej. Tytuł na pierwszy rzut oka może wydawać się lekko dwuznaczny, jak na 80-letniego pana, ale szybko okazuje się, że chodzi o bar i groteskową scenę z życia. A sam tekst zawiera swoisty disclaimer:

Welcome to the hallowed inner circles o' Jessica's Bra

Since you're askin' that's a typo on a sign above the bar

To jest Gillan w najwyższej formie. Bawi się językiem, rytmem, absurdem i melodyką frazy. To nie jest tylko rockowy żart — to ekstraklasa angielskiego poczucia humoru, przynajmniej dla mnie.

I nie chodzi tylko o ten jeden utwór. Cały album jest pełen takich miniopowieści, w zasadzie gotowych, lekko absurdalnych, surrealistycznych scenariuszy filmowych. Gillan kreuje fikcyjny świat, który zamieszkują postacie outsiderów, ludzie nieprzystosowani,  groteskowe sceny, lekko metafizyczne. „Arrogant Boy “The Lunatic”, „Diablo”, „The Rider”, The Only Horse in Town” „Guilt Trippin’”, „Splat!” — każdy z tych numerów niesie własną małą opowieść - czy będzie to tytułowy „Arrogant Boy”, kochanka walcząca na pięści w piekle „Diablo”, zmanierowana gwiazda rocka w „The Rider” czy zmarły narkoman, którego dusza odnalazła wytchnienie w relacji z koniem gdzieś na granicy zaświatów w opuszczonym już nawet przez Cyganów mieście z „The Only Horse in Town”.

Nie jest to koncept album w klasycznym tego słowa sensie, ale, jak twierdzi sam Gillan, utwory mają wspólny mianownik w postaci transformacji i przemiany ludzkości w inny stan świadomości. Jaki? - to już każdy może sobie sam odpowiedzieć. W tym sensie album jest pewną nadbudową, transformacją idei, która była eksploatowana na płycie „Whoosh”. Zresztą sam pomysł na tytuł „Splat!” — oznaczający dźwięk rozbicia owada o szybę samochodu - był rozważany jako alternatywna nazwa dla tamtej płyty. O ile jednak „Whoosh” w postaci ostatniego człowieka na ziemi zapowiadało nieuchronną zagładę ludzkości, to tym razem Gillan podchodzi do tego tematu na swój przewrotnie optymistyczny sposób: wprawdzie i tak zderzymy się ze ścianą, ale element duchowy po nas zostanie.

Przykłady świetnych „Gillanizmów” można mnożyć:

Don't call me precious Priceless is just fine

I'm worth even more In this here swollen head of mine

z „The Rider”.

We got nothing to hang on the wall

And that's better than nothing at all

z  “The Only Horse in Town”. 

Są też retrospekcje z dzieciństwa Gillana w „Splat!”, gdy chciał zostać kosmonautą i zbudował pierwszą rakietę, którą podpalił:

I lit up the wrong end Set my rocket in reverse

It blasted a hole Thru the centre of the Universe

Połączenie z poprzednią płytą również występuje, ponieważ beatlesowskie „Splat!” ma trochę podobny wydźwięk co „Bleeding Obvious” z „=1”, z podobnym beatlesowskim tonem.

Wracając do pozostałych utworów z płyty, to „Third Call” to kolejny ciężki, ale dynamiczny numer, gdzie swoje pięć minut mają Ian Paice oraz Don Airey.

„My New Movie” nie należy do moich faworytów. Czuć nożyczki Ezrina użyte trochę bez finezji, a wplecione przez Aireya w końcówkę „Jesus Joy of Man’s Desiring” jest trochę na siłę dodane. Dużo lepiej „ubachowienie” wyszło to w „Nothing at All”.  

Zaś finałowy „Splat!” to jest kawał świetnego grania. Brzmienie jest trochę nowocześniejsze z potężnym basem i perkusją należy do mojej ścisłej czołówki faworytów.

Niewiele na razie napisałem o grze sekcji rytmicznej. Bo niby jest bez fajerwerków. Paice gra prosto, ale bardzo groove’owo, a jednocześnie dynamicznie i pulsująco. Tu jest właśnie ten element, który Gillan określał mianem „heavy”.

Ezrin miksuje bas Glovera trochę w stylu subwooferowym. Fani basowych fajerwerków mogą być tu trochę rozczarowani. Bas bardziej czuć niż słychać. Wyjątkiem jest tutaj tytułowy „Splat!”, gdzie basowy motyw Glovera prowadzi cały utwór. I album „Splat!”, właśnie w sferze rytmicznej, ma przewagę nad poprzednimi produkcjami Ezrina poprzez większy nacisk na selektywność i głośność sekcji, która bardziej dominuje w miksie.

Jest na płycie „Whoosh” bonusowy utwór „Dancing in My Sleep”. To nie rewelacja, ale zawsze go bardzo lubiłem za energię płynącą z sekcji rytmicznej, której brakowało mi we wcześniejszych utworach z płyty „Whoosh”. „Splat!” tą brakującą energią dysponuje.

Często wobec tej płyty pojawia się zarzut, że wprawdzie jest bardzo równa i nie ma na niej utworów słabych, ale nie ma też utworów wybijających się. Tym razem powiem, że płyta jest bardzo równa i nie ma tu epickiego utworu na miarę „Perfect Strangers”. Choć wydaje mi się, że w pewnym sensie oczekiwania słuchaczy i pewne wyobrażenie idą tu w poprzek rzeczywistości ostatnich albumów, bo czy taki wybity utwór był na ostatnich dwóch płytach? Nie wydaje mi się, aby pod tym względem „Splat!” odstawał in minus.

Fakt, na „Splat!” nie ma dwóch rzeczy: fajnej, klasycznej ballady, do której obecny głos Gillana jest predestynowany, oraz długiego, epickiego utworu. I faktycznie taki długi utwór był planowany, ale z jakiegoś powodu nie został sfinalizowany wokalnie i prawdopodobnie pojawi się dopiero na następnej płycie zespołu.

Zresztą optymizm 81-letnich muzyków, że nagrają kolejny album w 2027 roku, który ukazałby się prawdopodobnie na wiosnę 2028 roku, na 60-lecie zespołu, jest godny podziwu i budzi szacunek. W sumie co mają robić? Położyć się do trumny i czekać? Choć jak słucha się wywiadów z członkami zespołu, to słychać w nich radość i zadowolenie zarówno z płyty jak i z miejsca, w którym zespół się znajduje.

W dniu, w którym kończyłem pisać tę recenzję, zespół grał w Montreux (który to już raz?), na kolejnej edycji Montreux Jazz Festival.  Publiczność była zachwycona, a zespół promieniował energią ze sceny. Udaje im się powstrzymać upływ czasu, co w tym przypadku może się wydawać trochę banalne, ale w mojej ocenie jest to ich największe osiągnięcie. Zespół nagrał bowiem płytę, której jako całości słucha się wyśmienicie, bez dawania upustu za wysługę lat.  

Materiał jest rozległy stylistycznie, zwarty, energetyczny, niemalże bujający i optymistyczny, a przy tym dobrze zagrany oraz dobrze brzmiący. I wprawdzie kiedyś tytułowe „Splat!” na pewno dotknie Deep Purple i zespół z dnia na dzień zniknie ze sceny bez hucznego pożegnania i fajerwerków, ale na razie zachowuje się tak, jakby ten moment miał nigdy nie nastąpić.  

MLWZ album na 15-lecie Peter Hammill na dwóch koncertach w naszym kraju 18. raz Ino-Rock Festival Mostly Autumn Weekend 2026 Zespół Rush wystąpi w Krakowie Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026