Można powiedzieć, że wyróżnienie dla wschodzących gwiazd prog rocka, jakie zespół zdobył w plebiscycie magazynu Prog w 2020 roku powinno dać asumpt do wzmożonej pracy nad kolejnymi utworami. Recz w tym, że to wyróżnienie to jedynie wzmianka, że zespól zasługuje na baczniejszą uwagę razem z piętnastoma innymi artystami, którzy zostali w ten sam sposób „nagrodzeni”. Niby wyróżnienie, ale… Nie czepiajmy się jednak szczegółów, bowiem w tym samym roku udało się grupie wydać swoją pierwszą płytę pt. „The Island”. W kilku recenzjach tego krążka pojawiały się następujące porównania: „(…) elementy twórczości Rush zmiksowane z Radiohead i doprawione stylem Beardfish, jednak żadne porównanie nie oddaje w pełni ich prawdziwej tożsamości” (The Progressive Aspect). Osiem utworów, pięćdziesiąt sześć minut i… cisza. Aż do obecnego roku. Bo oto nagle, znienacka na początku czerwca pojawił się nowy krążek grupy Echorec zatytułowany „DreamState”, który pokazuje, że opinia z roku 2020 nie była wcale mylna. Echorec naprawdę zasługuje na uwagę.
Można zauważyć szereg zmian w stosunku do poprzednika, ale nowy album wciąż balansuje gdzieś na niewidocznej granicy pomiędzy rytmicznym groove’em, przejmującą melodią, a hymnowym, potężnym motywem szybko przeobrażającym się w kolejne muzyczne wątki. W dalszym ciągu słychać muzyczną fascynację twórczością Rush, Radiohead, wokalną fascynację Jeffem Buckley’em i, gdzieś tam w tle, pobrzmiewającymi dźwiękami pinkfloydopodobnymi.
I mam nadzieję, że dadzą się Państwo od razu wciągnąć przez magię tego krążka z jego tajemniczymi i łagodno-mocniejszymi zmianami rytmu i poziomu aranżacyjnej łagodności mocno przeplatanej jakże progresywnymi pasażami. Proszę zacząć od samego początku, od utworu „Heartland”, który niedbałym wokalem i niemal smoothjazzowymi wstawkami pomieszanymi z najczystszym rockiem progresywnym przez ponad osiem minut krąży po zmiennej orbicie emocjonalnego natężenia. Ten „niedbały wokal”, jak pozwoliłem sobie go tu nazwać, urzeka, sprawiając, że nawet progresywno-psychodeliczne momenty zdają się być łagodną opowieścią o… no cóż, jakże by inaczej… sprawach sercowych.
Po tych ośmiu minutach zmiennych i orbitalnych lotów czas na mocniejszy nieco utwór z indeksem 2 – „The Watcher”. Surowa gitara i niedbały wokal, jakby lekko fałszujący, tym razem skręcają w stronę hard rocka, zachowując rockowe zdecydowanie. Nie jest to typowy powrót do muzyki lat siedemdziesiątych, ale coś jest na rzeczy zwłaszcza przy słuchaniu fragmentów granych przez gitarę.
To idźmy dalej… Do utworu „Born To Lead”. Oparty na zapętlonych dźwiękach gitary i zdecydowanie rockowo-alternatywnych wstawkach utwór buduje swoją atmosferę niezdecydowania i niepewności. Tym razem wokalista brzmi niczym członek zespołu grunge, od czasu do czasu zmieniając barwę głosu na nieco łagodniejszą.
Kolejna kompozycja – „Behind Closed Eyes” – to, mimo początkowego zwrotu w stronę mocy i mocniejszych aranży, całkiem nastrojowa kompozycja. Oczywiście ta nastrojowość zdefiniowania jest przez opowiadaną historię. Nie jest to typowa romantyczna opowieść progresywna, a zdecydowanie bardziej alternatywno-rockowa, może nieco w typie The Pineapple Thief. Jednak osiem minut udowadnia, że zespół Echorec czerpie natchnienia zewsząd. Miesza stylistki i wymyka się jednoznaczności w swych kompozycjach. Są one po prostu niedefiniowalne stylistycznie. Jedyne co można zrobić, to starać się o jakieś bliższe skojarzenia.
Powyższą tezę potwierdza kolejny utwór – „Blood Moon”. To fortepianowa piosenka. Taka zwykła, choć przez specyficzny wokal, o którym już było, jakby trąciła zaplanowanym fałszem, ale (w tym samym momencie) miła. Ten utwór to kolejna zmiana stylu, kolejna twarz zespołu niedefiniowalnego stylistycznie. I jakby tego wszystkiego było mało proszę posłuchać syntezatorów szemrzących w tle w trzeciej minucie – brzmią typowo neoprogresywnie, by zaraz potem zanurzyć się w otchłani orkiestrowych pasaży.
Z jednej strony dobrze, że ta płyta zawiera raptem sześć kompozycji. Taki układ pozwala uniknąć pułapek znudzenia u słuchacza, a jednocześnie swoją szybką przemijalnością wręcz zmusza do ponownego przesłuchania całej płyty. Ostatnia kompozycja w tym zestawie, „Ghost In The Dream”, to najdłuższa piosenka na tym krążku (jedenaście minut). I nie wiem, czy uda się dostatecznie precyzyjnie opisać to z czym mamy do czynienia. Ta kompozycja zawiera wszystkie wątki stylistyczne, jakie przychodzą na myśl może z wyjątkiem tych cięższych. Linia basu gdzieś z tyłu, zapętlony motyw gitary, alternatywne akordy, bardzo ekspresyjne syntezatorowe wstawki i unosząca się nad tym wszystkim kaskada łagodnych dźwięków fortepianu. To doskonałe zakończenie płyty, które trzyma słuchacza w nieustającym osłupieniu, a jednocześnie w fascynujący sposób zamyka ten album.
Nie wiem czy po tak bezradnym opisie uda mi się kogoś namówić do posłuchania tego krążka. Być może nie, ale być może znajdą się tacy, którym nie straszna będzie wielostylistyczność i muzyczna niedefiniowalność tego wydawnictwa. Z pewnością po pierwszym przesłuchaniu album wywoła mieszane uczucia, ale może wtedy warto spróbować jeszcze raz?... Jest to nietuzinkowe wydawnictwo warte uwagi, lecz z góry ostrzegam: nie jest ono łatwe w odbiorze. Choć może dlatego takie fascynujące.
Grupa Echorec nagrała ten album w następującym składzie: Julian Kirk (wokal, gitara), Jake Aubrey (perkusja), Alex Adams (instrumenty klawiszowe, chórki) oraz Taibah Orpin (bas, chórki). Wydali niezwykły album. Proszę sobie tylko dać przysłowiową chwilę na uważne posłuchanie tego, co wielostylistyczne, niedefiniowalne i fantastycznie wciągające.
