Phakt - Ten Pictures

Rysiek Puciato

Może rozwikłajmy najpierw pewne nieporozumienia, bowiem historia tego zespołu jest… Hmmm…, proszę ocenić samemu.

Otóż, historia tego niemieckiego zespołu jest nietypowa. Muzycy grali ze sobą już w latach 70. pod nazwą Morgentau, wykonując niemiecki rock z elementami krautrocka. Grupa ostatecznie się rozpadła, jednak czterech jej członków połączyło siły ponownie po około 45 latach. Z nowym wokalistą – Janem Philippem Richterem, synem gitarzysty Hartmuta Richtera – zespół przyjął nazwę Phakt i całkowicie poświęcił się autorskiej twórczości z pogranicza rocka progresywnego. Tym samym nowy album wydany w czerwcu tego roku  „Ten Pictures” można nazwać albumem debiutanckim pod szyldem Phakt, choć w rzeczywistości został nagrany przez niezwykle doświadczonych muzyków, którzy po dekadach przerwy powrócili do wspólnego grania. I choć tzw. metryka nie ma w przypadku muzyki żadnego, moim zdaniem, znaczenia to jednak najnowsza płyta jest niezwykle dojrzałym dziełem, brzmiącym tak, jakby pochodziło wprost ze złotej ery klasycznego rocka. Nie jest przypadkiem, że sami muzycy wskazują na brzmienia lat 70. i 80. jako źródło inspiracji. Przecież to właśnie w tym okresie rozpoczynali swoją przygodę z muzyką. I nie jest przypadkiem fakt, że słychać w niej wiele tak różnych brzmień, bo jednak „czym skorupka za młodu…”, a że okres wakacyjno-letni to wspaniały czas, by nieco oderwać się od wydawnictw zdecydowanie progresywnych w związku z tym proponuję wszystkim zainteresowanym muzyką z pogranicza stylów sięgnięcie po ten niezwykle rockowy, energetyczny, ale nie pozbawiony typowo neoprogresywnych dźwięków album.

Bo przecież nie może być źle, gdy płytę zaczyna utwór bardzo, ale to bardzo, rockowy z bardzo, ale to bardzo, znajomym riffem początkowym. „Cash” kipi rockiem i od pierwszego dźwięku poraża swą rock’and’rollową prostotą.

Z każdym następnym utworem jest lepiej i lepiej. „Carry Me Home” to aż nazbyt słyszalne echa zespołu Asia z, co prawda, inną linią wokalną, ale duchem tkwiące przy tym niezapomnianym zespole, który „odżył” całkiem niedawno. Trzeci  w kolejności utwór – „A Random Stroke Of Fate” - może zauroczyć brzmieniem organów i tak dobrze znanymi wstawkami gitarowymi. Odskok w stronę brzmień hardrockowych w „J's Return” przydaje temu wydawnictwo kolejnego oblicza. I aż chciałoby się powiedzieć: wiatr we włosach, pedał gazu pod nogą i to, co najważniejsze: szaleńcza podróż w nieznane. To niemal siedmiominutowa pogoń w złagodzonym hardrockowym stylu. Choć proszę się liczyć z tym, że gdzieś tak w połowie przyjdzie się zatrzymać, by posłuchać wspaniałych syntezatorowych pasaży. A skoro była już podróż w nieznane, to w utworze z indeksem 5 dostajemy opowieść pt. „My Paradise”. Delikatną, płynącą, kołyszącą… Taką letnią… Prawie jedenastominutową z linią wokalną pojawiającą się (na dosłownie moment) dopiero w ósmej minucie. Proszę dać się ponieść melodii. Przecież mamy lato.

Po jedenastu minutach niemal instrumentalnej rozkoszy czas wrócić do blues rocka. W utworze „Own Ways” zaraz za rockowym riffami pojawiają się bluesowe organy i duet wokalny. I ponownie zespół nieco nas „oszukuje”, bowiem w połowie tej kompozycji uważny słuchacz na pewno wychwyci pełne nie-bluesowej improwizacji wątki.

„Helpless” zdecydowanie bawi się rockową konwencją. Jest ona z pewnością punktem startu tej kompozycji, ale klawisze i moc słyszalne w trzeciej minucie skierowują nas w stronę okołoprogresywną.

„Give Your Best” – ponownie próbuje czarować łagodnym brzmieniem i wokalem w balladowym odcieniu. A tak po prostu mówiąc, to… bardzo miła to piosenka. Podobnie jest z przedostatnią kompozycją na tym krążku - „Ready To Use”. To ponowna okazja, by nieco potupać nogą w rockowym rytmie.

I wreszcie na koniec zespół serwuje niespodziankę z iście kosmicznym (a właściwie helikopterowym) początkiem. Utwór „To Our Final Doom” („Ku naszej ostatecznej zgubie”), mimo złowróżbnego tytułu, to najładniejsza kompozycja z tego krążka. Bardzo progresywna i taka, jaką fani tego stylu lubią najbardziej: głębia klawiszy, przejmujący wokal, instrumentalne solówki… Tak jak ma być. Spóźniony Przebój Na Lato?...

Po 45 latach milczenia niemieccy muzycy postanowili nagrać płytę pod nową nazwą. Lecz właściwie w tym samy składzie, co kiedyś. Oczywiście nie można powiedzieć, że to płyta na wskroś progresywna, choć dostarcza wielu neoprogresywnych wrażeń, ale proszę zrobić wyjątek i leżąc gdzieś na plaży lub jadąc tropem kolejnej wakacyjnej przygody posłuchać krążka pt. „Ten Pictures”. Panowie: Jan Philip Richter (wokal, gitary), Hartmut "Hardy" Richter (gitary, wokale), Thomas Schmidt (klawisze), Achim Pohnke (bas) i Klaus Hoffmann (perkusja) nagrali miłą w odbiorze płytę i trzeba docenić fakt, że po 45 latach znowu im się chce i że nie poddali się upływowi czasu. Dzięki temu mamy okazję do posłuchania bardzo wakacyjnego, ale wartego uwagi krążka. Ciekawym polecam też trzy płyty zespołu Morgentau – wczesnego oblicza tej grupy.

MLWZ album na 15-lecie Peter Hammill na dwóch koncertach w naszym kraju 18. raz Ino-Rock Festival Mostly Autumn Weekend 2026 Zespół Rush wystąpi w Krakowie Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026