Ian Neal to brytyjski kompozytor, multiinstrumentalista i mistrz klasycznych syntezatorów analogowych, tworzący obecnie we własnym studiu w greckiej Kalamacie. Legitymujący się doktoratem z zakresu teorii i kultury wizualnej, Neal w unikalny sposób łączy akademicką wiedzę z historii sztuki z audiofilskim, symfonicznym rockiem progresywnym. Krytycy w pełni zasłużenie ochrzcili go mianem „doktora marzeń sennych” (Doctor of Reverie). Ian od lat tworzy muzykę, która nie tyle odwołuje się do przeszłości, co ją kontynuuje, jakby wciąż istniała równoległa linia czasu, w której klasyczny rock symfoniczny nie został przerwany przez zmiany epok, lecz rozwijał się dalej, dojrzewał, krystalizował. „This Gemlike Flame” jest właśnie takim albumem: dziełem monumentalnym, precyzyjnym, utkanym z analogowych syntezatorów, melotronowych chórów, hammondowych przestrzeni i gitarowych ornamentów, które nie imitują lat siedemdziesiątych, lecz je twórczo przedłużają. Neal nagrał ponad sześćdziesiąt ścieżek instrumentalnych, tworząc muzykę, która brzmi jak symfoniczny fresk. Gościnnie pojawiają się tylko dwie osoby: Kyle P. Nish, którego żywa perkusja nadaje całości puls i dynamikę, oraz Evgenia Papamikrouli, unosząca się nad kilkoma kompozycjami niczym eteryczny chór z innego wymiaru. „This Gemlike Flame'' cofa nas o pół wieku, nie mamy tu jednak do czynienia z zestawem coverów czy tanią nostalgią. Neal stawia fundamentalne pytanie: jakie inne możliwości artystyczne kryły się w tamtej epoce? Łącząc przeszłość z teraźniejszością, zagospodarowuje przestrzeń, którą giganci gatunku opuścili dekady temu.
Ian Neal nie jest odosobniony w swojej fascynacji złotą erą prog rocka. Podobnie jak Robert Reed, który pisze nowe kompozycje, „stojąc na ramionach giganta” – Mike'a Oldfielda – tak brytyjski kompozytor eksploruje bogate uniwersum grupy Genesis z lat 1976–1980. Celowo ignoruje epokę zremasterowanych płyt CD i boksów, sięgając głębiej: do rzadkich stron B singli („It’s Yourself”, „The Day the Light Went Out”, „Naminamu”, „Submarine”), solowego debiutu Tony'ego Banksa („A Curious Feeling”) oraz wczesnych dzieł Steve'a Hacketta. Artysta wchodzi w ten specyficzny świat dźwiękowy jako jego współmieszkaniec. Korzysta z niezwykle bogatego języka muzycznego tamtych lat, by stworzyć coś, co wykracza poza zwykły hołd dla tradycji. Warto zadać pytanie o zasadność takiego podejścia w czasach nowoczesnych technologii. Gdy muzycy rekonstruują brzmienie orkiestr barokowych lub big-bandów z lat 30., nikt nie podważa sensu ich pracy. Neal czerpie inspirację z technicznego mistrzostwa Tony’ego Banksa – klawiszowca, którego geniusz wykracza daleko poza ramy rocka progresywnego.
W zestawieniu z wcześniejszymi pozycjami w dorobku artysty – takimi jak „All In The Golden Afternoon...” (2005) czy folkowo-progresywny „Barkston Ash” (2022) – nowy album jawi się jako projekt najbardziej monumentalny i precyzyjny technicznie. Neal rezygnuje z prostszych form na rzecz złożonych struktur symfonicznych. Dla osób decydujących się na zakup wydawnictwa, autor przygotował niezwykle szczegółowe opisy techniczne, dokumentujące użyte patche, sprzęt oraz przebieg całego procesu rejestracji audio, co dodatkowo podkreśla mistrzowski charakter tej płyty.
Album otwiera dziewięciominutowa suita „How Dreams Do Creep (For Souls Asleep)”, w której Neal sięga po XVII‑wieczny poemat Roberta Herricka, a śpiewa go tak, jakby był współczesną medytacją nad czasem. Pastelowe syntezatory, melotronowe mgły i pastoralne gitary prowadzą słuchacza przez obrazy dojrzewających owoców, płatków śniegu i wody, która ginie w morzu, tworząc metafory życia przechodzącego od ciepła do chłodu. Muzyka rozwija się tu jak sen, który powoli zakrada się do duszy, a monumentalna solówka syntezatorowa w finale jest jak światło przebijające się przez wiktoriańską mgłę. To otwarcie nie tylko literackie, lecz także muzyczne: Neal buduje tu język albumu, w którym syntezatory nie są instrumentami, lecz narratorami.
„Late States, Eden’s Gates” jest instrumentalnym kontrapunktem dla tej elegijnej narracji. Żywa perkusja Kyle’a P. Nisha nadaje utworowi fusion‑progresywny puls, przywołując energię Genesis z utworu „Wot Gorilla?”. Syntezatory ARP 2600 i Polymoog splatają się tu w dynamiczny dialog, a eteryczne wokalizy Evgenii Papamikrouli unoszą się nad całością jak echo utraconego raju. To muzyka ruchu, światła, energii — krótka, ale niezwykle efektowna.
„Enitharmon’s Dream” jest miniaturą, która działa jak oddech między większymi formami. Melotronowe plamy, przestrzenne syntezatory i subtelne ornamenty tworzą tu oniryczny pejzaż inspirowany poezją i grafikami Williama Blake’a. To utwór, który nie opowiada historii, lecz otwiera przestrzeń wyobraźni — jak szkic wykonany jedną kreską, który zapowiada większe dzieło.
Najważniejszym momentem albumu jest trzynastominutowa suita „Cretan Angel”. Neal dokonuje tu rzeczy niezwykłej: pisze duchową odpowiedź na „Entangled” Genesis. Tamten utwór był pełen niepokoju, podszyty grozą, opowiadający o manipulacji i utracie kontroli. Neal odwraca tę narrację. Jego „Cretan Angel” jest kołysanką dla duszy, która boi się własnych snów. „Whisper, in my ear, what dark dreams you may fear” — śpiewa miękko, jak opiekun, który nie chce zagłuszyć lęku, lecz go oswoić. Muzyka rozwija się tu na hipnotycznym ostinato, które przez osiem taktów buduje atmosferę bezpieczeństwa, a sakralne chórki Evgenii Papamikrouli unoszą się nad całością jak światło. W części „The Marian Veil” suita zmienia kierunek, przywołując eteryczne piękno „Undertow” i „Snowbound”. To moment, w którym album otwiera swoje duchowe skrzydła: anioł nie jest tu symbolem religijnym, lecz metaforą ochrony, czułości, światła, które przychodzi „z nieba na ziemię”, by otulić człowieka w chwili słabości.
„Fresco” jest instrumentalnym freskiem w dosłownym znaczeniu. Neal buduje tu muzykę tak, jak malarz nakłada kolejne warstwy pigmentu na mokry tynk. Delikatny motyw przewodni obrasta w gęstą, symfoniczną fakturę, w której syntezatory, melotron i Hammond tworzą strukturę przypominającą renesansową ścianę pełną światła. To utwór o procesie — o tym, jak sztuka powstaje, jak rośnie, jak krystalizuje się w czasie.
„Of Aether, Rose And Spangling Dew” powraca do słów Herricka, ale zmienia ich sens. W otwierającej suicie śnieg był metaforą przemijania; tutaj jest objawieniem. Sakralne chóry, kościelne organy i fletowe ornamenty tworzą muzykę, która brzmi jak poranny ogród po deszczu, w którym rosa błyszczy jak klejnoty. Neal buduje tu obraz natury jako świątyni, w której każdy element — eter, róża, rosa — jest symbolem czegoś większego. To jeden z najbardziej liturgicznych momentów albumu, nie w sensie religii, lecz w sensie nastroju.
Finałowa suita „Leonardo” jest z kolei jak fresk namalowany światłem. Neal zwraca się tu do Leonarda da Vinci jak do mistrza, który potrafił widzieć świat nie tylko oczami, lecz wyobraźnią. „Uomo barbuto, mostrami un diluvio…” — prosi o wizję potopu, który w ikonografii Leonarda nie jest katastrofą, lecz ruchem materii. Muzyka rozwija się tu w pięciu panelach: od renesansowego szkicu, przez wirujące ostinato, po geometryczne misterioso w metrum 11/8, w którym syntezatory i celesta tworzą labirynt światła. W finale pojawia się cytat z Waltera Patera: wezwanie do tego, by płonąć „twardym, podobnym do klejnotu płomieniem”. Neal kończy album szeptem, jakby wiedział, że prawdziwa pasja nie potrzebuje hałasu — wystarczy światło.
„This Gemlike Flame” jest albumem, który nie tylko kontynuuje tradycję klasycznego Genesis, ale ją przekształca. Neal nie rekonstruuje przeszłości — on ją ożywia. Nie cytuje — rozmawia. Nie wspomina — kontynuuje. To muzyka, która łączy syntezatorową symfonikę z literaturą, sztuką, filozofią i duchowością. To album monumentalny, precyzyjny, pełen światła, pełen metafor, pełen snów, które zakradają się do duszy, by ją rozświetlić. Dla każdego fana klasycznego Genesis, dla każdego miłośnika rocka symfonicznego, dla każdego, kto wierzy, że muzyka może być światłem — „This Gemlike Flame” jest pozycją obowiązkową.
