Słuchanie „Extra Sensory Perception” zespołu ESP Project nie przypomina obcowania z tradycyjnym rockowym albumem — to raczej seans percepcji pozazmysłowej, w którym dźwięki stają się falami telepatycznymi, a słuchacz zamyka oczy tylko po to, by zobaczyć w swojej głowie kolory, jakich ziemskie światło nigdy nie stworzy. Trzecie spotkanie Tony’ego Lowe’a, Petera Coyle’a i Marka Brzezickiego przynosi dzieło o niezwykłej, eterycznej czystości — album utkany z mgły, kosmicznego blasku i ognia, który nie parzy, lecz oczyszcza. To muzyczna panacea na chaos współczesności, stworzona przez trzech alchemików brzmienia, którzy od lat udowadniają, że rock progresywny może być jednocześnie mistyczny, pastelowy i głęboko humanistyczny.
Odyseja zaczyna się w „Into Molecular”, gdzie dźwiękowy jedwab zmysłowo przesuwa się po skórze słuchacza, a orkiestrowe pejzaże rozkwitają powoli, jakby w nieskończoność. Gitary Lowe’a błyszczą tu jak molekuły światła, a tempo — szurające, miękkie, niemal zamszowe — wprowadza w stan łagodnego transu. „Time Slips Sideways” zaciera poczucie upływu czasu; tradycyjne struktury rockowe rozpuszczają się w wielowarstwowej, hipnotyzującej narracji, w której każdy dźwięk wydaje się pochodzić z równoległego wymiaru. A gdy nadchodzi monumentalne „Imagination”, blisko dziesięciominutowy kolos, muzyka otwiera drzwi do przestrzeni odmiennych stanów świadomości. To utwór o aniołach, które nie mają skrzydeł, lecz są czystą energią — o istotach, które istnieją poza czasem, a jednak potrafią dotknąć ludzkiej duszy. „A Beam of Light” rozświetla mroczniejsze zakamarki albumu niczym latarnia w nocnej mgiełce, a „Random Stars” unosi słuchacza w kosmiczną przestrzeń, gdzie klawisze Lowe’a tworzą orkiestrowe panoramy tak szerokie, że trudno uwierzyć, iż powstały w studiu, a nie w jakiejś astralnej katedrze. W „Weightless” głos Petera Coyle’a osiąga stan niemal całkowitej lewitacji — brzmi tak, jakby utracił grawitację, jakby unosił się ponad misternym szkieletem basu i syntezatorów. Ten senny, hipnotyzujący dryf nie oznacza jednak nudy. Nad rytmicznym bezpieczeństwem czuwa Mark Brzezicki, którego perkusyjny puls napędza kompozycje z precyzją idealnie naoliwionej machiny. Jego gra jest jak serce ukryte w środku kosmicznego organizmu — regularne, pewne, a jednocześnie pełne emocji. Finał w postaci „The Feedback and the Fire” to absolutna rewolucja zmysłów. Kiedy poetycka mgła opada, Lowe uderza drapieżną, płonącą serią gitarowych sprzężeń, udowadniając, że pod melancholijną powierzchnią ESP Project wciąż bije serce żarliwego, progresywnego rocka. To moment, w którym cały album zapala się na chwilę jasnym, ognistym światłem — jakby ktoś przeciął zasłonę między światem materialnym a tym, co istnieje tylko w intuicji i duszy.
„Extra Sensory Perception” to album, który pokazuje, że najgłębsze piękno rodzi się na pograniczu tego, co słyszalne, a tego, co można wyczuć wyłącznie za pomocą szóstego zmysłu. ESP Project lokuje się tu w wyrafinowanym, brytyjskim sąsiedztwie The Alan Parsons Project, Talk Talk z ery „Spirit of Eden”, The Blue Nile, a momentami nawet Moody Blues i Barclay James Harvest — nie dlatego, że ich naśladuje, lecz dlatego, że podobnie jak oni potrafi opowiadać o tajemnicach ludzkiej psychiki i wszechświata z pastelową delikatnością i symfoniczną głębią.
To album, którego nie tylko się słucha — to album, który się odczuwa. Jak dotyk niewidzialnego wymiaru.
