Onségen Ensemble – A Tale

Artur Chachlowski

Tak się ostatnio porobiło, że praktycznie nieustannie poszukuję nowej muzyki. Albo inaczej: nowa muzyka poszukuje mnie... Każdego dnia w moje ręce wpada co najmniej jedna płyta (często jest ich zdecydowanie więcej) – czy to wysłana bezpośrednio przez danego artystę, czy to podrzucona przez moich redakcyjnych Kolegów (których rozmach w  poszukiwaniu muzycznych nowinek jest doprawdy zdumiewający) czy też dostarczona przez zaprzyjaźnione oficyny wydawnicze. No i właśnie prosto z norweskiej wytwórni Karisma trafił do mnie nowy album kompletnie nieznanej mi wcześniej grupy o nazwie Onségen Ensemble.

To już piąta płyta Finów i zarazem pierwsza, z jaką mam do czynienia. A więc to dla mnie nowość totalna. Z materiałów informacyjnych towarzyszących płycie „A Tale” dowiedziałem się, że ten pochodzący z północy Finlandii i ukształtowany przez tamtejsze otoczenie, zespół  zbudował swoją charakterystyczną tożsamość poprzez ciągłą transformację. Zamiast stałego składu, Onségen Ensemble funkcjonuje jak żywy zespół: stabilny rdzeń otoczony ciągle zmieniającymi się artystami. Każdy album wprowadza nowe głosy, instrumenty i perspektywy, pozwalając muzyce swobodnie ewoluować i pozostać otwartą na coś absolutnie nowego i nieoczekiwanego.

Na „A Tale” ekspresja zespołu wydaje się eteryczna i głęboka jak nigdy wcześniej. Chociaż Onségen Ensemble gra w duchu progresywnym (szeroko rozumianym), celowo unika tradycyjnych granic gatunkowych, tworząc muzykę, która rozwija się, intuicyjnie, chłonąc wpływy, wolną od stylistycznych dogmatów oraz gatunkowych uprzedzeń. Literacko, głównym tematem albumu jest pokój. Pod wieloma względami wydaje się on jedyną wartością, która wciąż ma prawdziwe znaczenie w dzisiejszym świecie. A muzycznie? Album zawiera liczne pierwiastki space rocka, muzyki orkiestrowej, psychodelii, post rocka, doom rocka, elementy art rocka i… nie wiadomo czego jeszcze. Gdy uważnie wsłuchać się w tę muzykę, to z pewnością wyłapie się wpływy Pink Floyd, szwedzkiej Agusy, grup spod znaku 4AD oraz… Ennio Morricone! Rozrzut przeogromny, ale wbrew pozorom to wszystko ma sens i w wydaniu Finów dość fajnie się zazębia i układa się w stylistyczną całość.

Wydane na singlach utwory „Garden Of Celestials” i „Memory” robią bardzo przyjemne wrażenie. Dodatkowo, drugi z nich, wraz z nagraniem „The Word”, stanowi moją ulubioną „parkę” w gronie 7 kompozycji wypełniających to wydawnictwo. Dodam, że żadnej z nich nie ma czego zarzucić. Ale przestrzegam: nie jest to łatwo przyswajalny materiał. Trzeba się odrobinę natrudzić, by odkryć – warstwa po warstwie – wszystkie pokłady dźwiękowego przekazu, które niesie ze sobą ten album. Lecz warto spróbować. Trzeba tylko dobrze się nastroić, otworzyć na nowe i pogodzić się z tym, że rockowy zespół może chwilami brzmieć jak ścieżka dźwiękowa ze spaghetti westernu (utwór „The First Casualty”) albo odpłynąć w głębokie otchłanie psychodelii, jak w finałowym instrumentalu „Crystal Waters Of Spring”.

Dlatego pozostawmy może ten album takim jaki jest. Bez niepotrzebnego rozbierania go na czynniki pierwsze. Lepiej posłuchajmy go z należytą uwagą. Bo płyta „A Tale” to rzecz stworzona do delektowania się nią i lepiej jej nie przegapić.

MLWZ album na 15-lecie Peter Hammill na dwóch koncertach w naszym kraju 18. raz Ino-Rock Festival Mostly Autumn Weekend 2026 Zespół Rush wystąpi w Krakowie Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026