mlwz - edunitsky - banner - facet

Hällas – Panorama

Rysiek Puciato

Właściwie to wszystko zaczęło się w 2017 roku. Z wielką dokładnością mogę określić nawet od którego utworu. Był to utwór z indeksem 5 trwający dokładnie sześć minut i dwie sekundy pochodzący z pierwszej płyty długogrającej zespołu pochodzącego ze szwedzkiego Jönköping. I choć istnieją od roku 2011, to dopiero w 2015 wydali pierwszego singla i właśnie w 2017 roku pierwszą płytę pt. „Excerpts Form The Future Past”. Tytuł tego sześciominutowego utworu to „Star Rider”. I rzeczywiście była to podróż wśród gwiazd, podróż po tak różnych stylach muzycznych pomieszanych w jednym utworze, że nie mógł on po prostu pójść w niepamięć. Potem były jeszcze dwa dalsze wydawnictwa „Conudrum” (2020) i „Isle Of Wisdom” (2022), które, podobnie jak pierwszy krążek, są znakomitym przykładem muzycznego pomieszania z poplątaniem lub, jak powiedzielibyśmy współcześnie, podejścia do muzyki w stylu crossover. Niestety zespół zamilkł na cztery lata i, jak to niestety często bywa, jakoś o nim zapomniałem.

Nadszedł 23 stycznia 2026 roku i oto ukazało się najnowsze dzieło Szwedów pt. „Panorama”. Tym razem zespół Hällas, bo cały czas o nim tu mowa, zaskoczył mnie czterdziestoczterominutowym wydawnictwem, które rozpoczyna się od… najlepszej progresywnej suity pierwszej połowy tego roku. Tak zwariowanej, tak ”zakręconej” i tak wciągającej, że (jak na razie) nie sądzę, by do końca czerwca ukazała się jakaś inna płyta, która swoją zawartością będzie mogła przebić perfekcję aranżacyjną i błyskotliwość wykonania, jaka została zaprezentowana we wspomnianej suicie pt. „Above the Continuum”, która otwiera nowe wydawnictwo zespołu Hällas.

Trzeba mieć wielką odwagę, by, jako pierwszy utwór, umieścić na swojej płycie dwudziestodwuminutowego kolosa, który prześlizguje się przez klasykę bardziej wymagającego rocka czy heavy/hard metalu z dawnych lat. Ujmuje liryczne wątki wyciągnięte z Pink Floyd, przebojowość Rush, melodie niczym z Iron Maiden, a nawet co bardziej hardrockowe konstrukcje Wishbone Ash, jednocześnie wciąż brzmiąc po swojemu. Ta muzyczna „epopeja” płynie swoim własnym torem od wątku do wątku, od jednego muzycznego obrazu do zupełnie innego, mieszając przy tym wszystko, co można znaleźć z historii rocka, a rocka progresywnego przede wszystkim. W zależności od humoru i od nastroju można ją potraktować jako próbę prześmiewczego spojrzenia na muzykę lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, skupiając się na włoskobrzmiących melorecytacjach na początku, czy tekstach o początku istnienia czasu, ptakach czy słońcu. Można potraktować całość jako muzykę ilustracyjną do wieloodcinkowego serialu o niekoniecznie poważnym temacie przewodnim. Można skupić się na dyskotekowo brzmiącym początku i jego późniejszej przemianie w wątki całkiem, całkiem rockowe. Można śledzić każdy z kulminacyjnych momentów poszczególnych części, by wyłapać te najbardziej pasjonujące. Wreszcie można słuchać tej eklektycznej całości jako wspaniałego przykładu muzycznego kunsztu aranżacyjnego. Niemniej jednak najważniejsze jest to, że każda minuta ma tu swoje określone miejsce, choć nie wątpię, że przyjdzie się długo wadzić z akceptacją takiego sposobu muzykowania. Przyznam, że zajęło mi dużo czasu przekonanie się do tej kompozycji, ale… nie żałuję ani sekundy. Tym bardziej, że zaraz po tym muzycznym kolosie Hällas serwuje prawdziwy hit tego krążka – piosenkę pt. „Face Of An Angel”.

I może rację mają ci, którzy twierdzą, że utwór ten nawiązuje do kompozycji zespołu America – „A Horse With No Name”, ale… niech rzuci kamieniem, kto jest bez winy. Cokolwiek by nie powiedzieć, piosenka rusza z kopyta i to dosłownie (sic!) i toczy się niczym nieskrępowaną drogą najlepszych utworów stylu AOR. To naprawdę nie jest naśladownictwo, a raczej swoisty hołd dla złotych czasów AOR. I może to dobry moment, by akurat w przypadku tego nagrania zastanowić się nad małoleksykonowym „przebojem na lato”…

Przebój przebojem, bo oto już przed nami utwór z numerem 3 - hardrockowa podróż w całej pełni. Może inspiracją była grupa Rush, może jakiś inny zespół z początków melodyjnego, aczkolwiek mocniejszego, rocka, ale nie ma to żadnego znaczenia, jak sądzę. Prawie siedmiominutowy utwór „The Emissary” to kompozycja, która zbudowana jest w… poprzek, wzdłuż stylów (proszę sobie wybrać). Elektroniczny wstęp i zaraz potem mocne przyłożenie. I na to wszystko dobrze znany rockowy, melodyjny, AOR-owy sos z wieloma mocniejszymi przyprawami. I proszę się nie wstydzić nucenia refrenu, który wpada w ucho i niesie ten utwór swoim niemal hipnotyczno-melodyjnym rytmem. Gdyby komuś tego wszystkiego było za mało, to proszę dodać jeszcze efektowne zmiany nastrojów i… niesamowity koniec – odgłos kroków i szum zimnego wiatru poprzedzony jakże wspaniale i epicko brzmiącym muzycznym wątkiem.

Niech nikogo nie omami fortepianowy początek utworu „Bestiaus”, a przede wszystkim jego balladowy charakter. Choć jest to najbardziej zrównoważona kompozycja z tego albumu, to jednak czuć w niej podskórny przekaz pełen strachu i jakiejś niewypowiedzianej tęsknoty. Chórkowy charakter, dwugłosy tworzą z tej kompozycji hymn rozpaczy, hymn niepokoju, hymn „odejścia”, zakończony odgłosami życia dworca kolejowego, przyspieszonych kroków, tykającego zegara, ulicznego ruchu, narastającego szumu wiatru. Wspaniały koniec pozwalający na wieloraką interpretację całości.

I wreszcie na sam koniec otrzymujemy małą perełkę – utwór „At The Summit”. Ponownie proszę nie dać się zaczarować grą gitary akustycznej, bo choć pozwala ona przystopować oddech, to w połowie drugiej minuty trzeba być gotowym na purple’owskie, mocne wejście organów. To organy wiją tutaj muzyczną nić napięcia. Są motorem sprawczym ogromnego ładunku emocjonalnego, jaki niesie ze sobą ta kompozycja. Przewodzą, by następnie zginąć w tle, ustępując miejsca wspaniałym rockowym riffom. Ale wracają, by ponownie przyspieszyć i zwiększyć moc tej piosenki, by nakazać gitarze pokazanie się z jak najlepszej solowej strony i by wokalista musiał wspiąć się na wyżyny swego kunsztu. Doskonały muzyczny deser, doskonałe symfoniczno-hardrockowe zakończenie, doskonały powód, by zacząć słuchać tego albumu od początku. I znowu, i znowu…

Szwedzki zespół Hällas istnieje już ponad piętnaście lat. Wydał ponad dziesięć albumów i… ten najnowszy jest chyba jednym z najlepszych z nich. Być może kogoś nieco zniesmaczy dziwna maniera wokalna, ale myślę, że to wkalkulowane ryzyko w przypadku tego bandu. Ich muzyka to nie tylko zwrot ku historii, to przede wszystkim wkraczanie na drogę bardzo indywidulanego stylu, który nie pozwala umieścić tej twórczości w żadnej ze znanych ram muzycznych. To muzyka tworzona wzdłuż i w poprzek stylów, a panowie Tommy Alexandersson (wokal, bas), Rickard Swahn (gitara), Marcus Petersson (gitara), Nicklas Malmqvist (klawisze) i Kasper Eriksson (perkusja) wydali w jeden z najlepszych albumów w swej historii i jeden z tych, które bez trzech zdań będą w czołówce tegorocznych podsumowań roku. O ile ktoś znajdzie chwilę, by posłuchać go w skupieniu. Utwór otwierrający – „Above The Continuum” - w moim zestawieniu już uplasował się na jednym z najwyższych miejsc. I dobrze, że trochę czasu potrzebowałem na docenienie tego wspaniałego albumu, bo teraz mogę się już zachwycać jego niezwyczajnością w całej pełni.

MLWZ album na 15-lecie Peter Hammill na dwóch koncertach w naszym kraju 18. raz Ino-Rock Festival Mostly Autumn Weekend 2026 Zespół Rush wystąpi w Krakowie Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026