Po rezygnacji wytwórni EMI (po wydaniu albumu „Afraid Of Sunlight” (1995) ze współpracy z grupą Marillion, ta podpisała umowę na trzy płyty z Castle Communications. Nowy wydawca miał specyficzne podejście do swoich podopiecznych – specjalizował się w szukaniu artystów, którzy mają spore grono fanów, a następnie robił absolutne minimum, by promować płyty wiedząc, że wielbiciele i tak dotrą do nowych wydawnictw swoich idoli. Również wsparcie tras koncertowych było minimalne, co sprawiało, że muzycy musieli wrócić do studia, by tworzyć kolejny album. Z tego względu okres pod koniec XX wieku był niezwykle owocny, jeśli chodzi o ilość nowych wydawnictw studyjnych, które wydał kwintet Steve ‘h’ Hogarth – Steve Rothery – Mark Kelly – Pete Trewavas – Ian Mosley. W 1997 ukazał się album „This Strange Engine”, rok później światło ujrzała płyta „Radiation” oraz rozpoczęły się prace nad jedenastym studyjnym krążkiem. Otrzymał on tytuł „marillion.com” i ukazał się 18 października 1999 roku.
O tym jak wyglądała „opieka marketingowa” wytwórni niech świadczy fakt, że po raz pierwszy w karierze grupy album nie był promowany przez żaden fizyczny singiel. Co prawda ukazała się mała płytka z utworem „Rich”, ale jedynie w… Brazylii.
Z sesji do wcześniejszych płyt pozostało kilka utworów, które teraz zyskały ostateczny kształt. One, wraz z nowymi pomysłami, zaowocowały wydawnictwem, na które składa się dziewięć utworów trwających w sumie nieco ponad godzinę. Tytuł albumu jest nieprzypadkowy – grupa, zniechęcona współpracą z Castle, postanowiła znaleźć inną formę dotarcia do słuchaczy. Wykorzystała do tego raczkujący jeszcze wówczas internet i nazwę swojego sklepu. Po pierwsze – poprosiła fanów o przysyłanie zdjęć, które zostały potem wykorzystane w książeczce. Po drugie – w płycie znajdował się specjalny formularz, po wypełnieniu i odesłaniu którego zespół wysyłał bonusowy krążek „marillion.co.uk” będący wyborem utworów z wydawnictw koncertowych, czy też zawierających dema, które grupa zaczęła wydawać we własnej wytwórni Racket Records. Dzięki temu zdobyła bazę danych fanów, co w przyszłości, czytaj: przy wydaniu kolejnej płyty – „Anoraknophobia” z 2001 roku, dało jej nowe możliwości finansowania nagrywania, wydawania i sprzedaży płyt. Dodam, że wcześniej, za sprawą list mailingowych fani Marillion sfinansowali jej trasę koncertową po Stanach Zjednoczonych.
Płyta „marillion.com” rozpoczyna się od mrocznego klawiszowego tła i wpasowującego się w ten klimat głosu Hogartha, który wyśpiewuje pierwsze wersy utworu „A Legacy”:
“When I leave you/ I will leave you/ Things that might not help you/ Things that might/ Problems that I never solved/ Dreams to keep you up at night
As I leave you/ I will leave you/ Things that stick for ever/ Things that slide/ Mysteries I swallowed whole”
Dalsza część jest już zdecydowanie bardziej dynamiczna, z wyrazistą partią Hammondów i gitary oraz powracającym wersem „I will leave you”. Jest też chwila na wytchnienie z delikatnymi klawiszami i nuceniem, a w drugiej części utwór nabiera mocy pozwalając muzykom wyszaleć się na swoich instrumentach (prym wiodą tu Rothery i Mosley). Finał to ponownie wyciszenie i powrót do klimatów znanych z otwarcia.
Jako drugi pojawia się dynamiczny „Deserve”, a tym co go wyróżnia, oprócz niemal tanecznego rytmu i wyrazistego riffu, to partia saksofonu. Instrument ten pojawiał się wcześniej (choćby w „Berlin” i „This Strange Engine”), ale tu odgrywa wiodącą rolę. Zagrał w nim Ben Castle, syn Roya. Ben, od młodych lat zafascynowany muzyką Marillion, spotkał kiedyś na lotnisku Iana Mosleya, który podwiózł go do domu. Kilka lat później spotkali się po koncercie Marillion, a Ian, wiedząc, że Ben, podobnie jak jego tata, jest saksofonistą, zaproponował młodemu muzykowi nagranie wspólnej płyty. Tak powstał album „Postmankind”, na którym oprócz Iana i Bena wystąpili także m.in. Pete Trewavas, Steve Rothery i Steve Hackett. Partia saksofonu w „Deserve” wspaniale ubarwia to oparte na gitarowym riffie i basowym motywie nagranie, które wraz z powtarzaną frazą „that we deserve” stanowi mocny punkt programu płyty. Co z tego, że różniący się dość mocno od starszych dokonań?...
Prawdziwa magia zaczyna się wraz z pierwszymi dźwiękami basu wybrzmiewającymi we wstępie do utworu numer trzy zatytułowanego „Go!”. Jego zarys powstał już podczas prac nad albumem „Afraid Of Sunlight”. To nastrojowy utwór o „miękkiej rewolucji i radości z własnego wyobcowania” z piękną partią gitary i zapadającym w pamięć chóralnym wykonaniu wersu „wide awake on the edge of the world” w finale. Pieśń jest często wykonywana na koncercie, a cytowany fragment ochoczo podłapuje publiczność kontynuując go nawet po zakończeniu gry przez muzyków.
Wspomniany na wstępie utwór „Rich” to zgrabna piosenka zachęcająca do odważnych kroków i nie poddawaniu się przy byle potknięciu z zapadającym w pamięć śpiewem bez słów i nośnym refrenem:
„You don't need money to be rich anyhow/ Spending yourself is what it's all about
No tears/ No lies/ No pain/ No doubt / No darkness/ No confusion/ No loneliness, despair/ No more, no more/ It's all illusion”.
Tu znów kłania się duet Rothery – Kelly, pierwszy racząc nas zadziorną solówką, drugi ubarwiając całość dźwiękami organów. Końcówka jest nieco psychodeliczna w beatlesowskim stylu.
„Enlightened” to ballada z bluesową gitarową zagrywką, delikatnym śpiewem w zwrotkach i pięknym przestrzennym refrenem. W okolicach trzeciej minuty znów na czoło wysuwa się Steve R. serwując nam swoje firmowe solo. Finał to ponad minuta delikatnych klawiszowo – gitarowych dźwięków i subtelnej wokalizy Steve’a H. oraz dawka ambientowych elektronicznych nut.
Z tej krainy łagodności wyrywa nas gitarowy riff, który wraz z mocnymi akordami granymi na organach rozpoczyna utwór „Built-in Bastard Radar”. Łączy on wolniejsze zwrotki, z bardziej intensywnymi refrenami, a tekst jest krytyką fascynacji, jaką niektóre kobiety żywią do mrocznej strony męskiej osobowości:
“Baby you can't lose it/ You'd be mad to choose it/ Don't you know he was born to do you down/ You can't cheat your fate girl/ Check the time and date girl/ Don't you know he was born to do you down
But guys who show how much they care/ Try hard to please and get nowhere/ You know that every girl round here got built-in bastard radar”.
„Tumble Down The Years” to z kolei całkiem zgrabna piosenka, trochę w stylu R.E.M., z ciekawą melodią gitarową (Rothery’ego wspomaga tu Pete Trewavas) traktująca o długotrwałych związkach i zmianach, jakie w nich zachodzą wraz z upływem lat – od „ty i ja przeciwko światu” do „nigdy nie zaglądaliśmy sobie w oczy by zobaczyć, kto tam mieszka za nimi i z biegiem lat zniknęliśmy”. Podobnie jak w kilku innych utworach i tu głównym autorem tekstu jest stały współpracownik grupy, John Helmer.
Najlepsze zespół zostawił na koniec serwując nam dwie rozbudowane kompozycje. Pierwszą z nich jest „Interior Lulu”, która powstała przy pracach nad „Radiation”. Początkowo nawet ten album miał mieć właśnie taki tytuł. Jednak wtedy zespół nie był do końca z niego zadowolony i postanowił jeszcze nad nim popracować. W efekcie powstał 15-minutowy utwór z licznymi zmianami tempa, budową przypominający tytułowe nagranie z płyty „This Strange Engine”. Tam otrzymaliśmy jedną z najciekawszych partii solowych Steve’a Rothery’ego, natomiast tu możemy usłyszeć najbardziej szaloną solówkę klawiszową Kelly’ego, z której autor nie jest do końca zadowolony. Liczne zmiany tempa i klimatu korelują ze słowami, z których szczególnie dumny jest Hogarth (współautorem słów jest Helmer). Przeżywał on wtedy trudny okres w związku z rozpadem swojego małżeństwa, a tekst odzwierciedla stan, w jakim wtedy się znajdował: „Cierpiałem tak bardzo i czułem się tak oderwany od świata, że nie mogłem znieść większości rozmów, bo wydawały mi się takie puste. Unikałem rozmów, bo miałem ochotę krzyczeć na cały głos, o czym rozmawiają ludzie.
Cieszymy się, że jesteśmy połączeni bez dotykania, „dzięki Bogu za internet”. To w zasadzie, choć wtedy nie zdawałem sobie z tego sprawy, było prawdopodobnie zapowiedzią tego, czym będą media społecznościowe. Technologią, która pozwala nam być coraz bardziej ekspresyjnymi bez wyrażania czegokolwiek, być połączonymi bez dotykania i być blisko, nie będąc blisko… i właśnie tam jesteśmy teraz”.
Z kolei tekst do zamykającego album nagrania zatytułowanego „House” odnosi się już bezpośrednio do rozpadu małżeństwa wokalisty:
„Pisałem te wszystkie słowa na samym końcu bardzo długiego okresu rozpadu mojego pierwszego małżeństwa” – zwierza się. „Nie byłem wtedy szczęśliwym szczeniakiem i odczuwałem ogromny stres związany z życiem rodzinnym, połączony z ciągłym żalem. Powstawały piosenki takie jak „House”, o rozpadzie małżeństwa i o tym, jak czuje się dom, gdy wie się, że to już koniec. Myślę, że w moim przypadku minęło ponad 10 lat, zanim się rozstaliśmy, więc to było po prostu 10 lat mozolnych prób utrzymania go w całości. Ostatecznie to wyczerpanie cię rozdziela. Dochodzisz do momentu, w którym budzisz się pewnego ranka i mówisz: „Nie dam rady już ani jednego dnia”. To nie gorycz ani namiętność. To moment całkowitego wyczerpania i myślenia, że to już koniec. Myślę, że oboje dotarliśmy do tego miejsca, prawdopodobnie w odstępie kilku minut . Są więc fragmenty w „Interior Lulu” i w „House”, które dotyczą właśnie tego rodzaju poczucia desperacji, erozji i rozpadu”.
Od strony muzycznej, to nagranie, które dzieli zarówno fanów, a także… muzyków (Pete go uwielbia, Steve R. się do niego przekonał, Mark niekoniecznie). Wszystko przez użycie w nim dźwięków granych przez Neila Yatesa na trąbce z wykorzystaniem tłumika, przez co nagranie zyskało niemal jazzowy charakter, trochę w stylu Milesa Davisa. Ponadto nie bez przyczyny roboczy tytuł nagrania brzmiał „Massive Attack” – snuje się on niespiesznie niczym w twórczości tej formacji.
Za produkcję materiału wziął się sam zespół. Nagrania z myślą o prezentacji w komercyjnych stacjach („Deserve”, „Rich” i „Tumble Down The Years”) zmiksował Nick Davis, z którym zespół współpracował wcześniej przy płycie „Seasons End”. Za miks utworu „House” odpowiada Trevor Vallis, natomiast reszcie materiału ostateczny kształt nadał Steven Wilson.
W tym roku, wzorem pierwszych ośmiu albumów nagranych dla EMI oraz pierwszej płyty przygotowanej dla Castle („This Strange Engine”), ukazała się wersja deluxe albumu. Przygotowana przez wytwórnię EAR Records (Edel) edycja zawiera 3 płyty kompaktowe oraz jedną Blu-Ray umieszczone w książce z grubą okładką lub cztery krążki winylowe znajdujące się w specjalnym boxie.
Pierwszy krążek kompaktowy (oraz dwie płyty winylowe) zawiera nowy miks materiału przygotowany przez „szóstego członka grupy” – Mike’a Huntera. Podobnie jak w przypadku wcześniejszych remiksów jego autorstwa, tak i tu zmiany są kosmetyczne, bardziej poprawiające selektywność i ogólne brzmienie, niż dokonujące jakiś rewolucji w kształcie utworów. Jednak można wychwycić drobne niuanse, jak nieco inne brzmienie klawiszy podczas wspomnianego wcześniej sola Marka Kelly’ego w „Interior Lulu”. Pozostałe dwa dyski kompaktowe i winylowe zawierają rejestrację koncertu w londyńskim The Shepherds Bush Empire z 20 listopada 1999 roku zmiksowane przez Huntera. Tu np. można wysłuchać utworu „House” bez trąbki, brzmiącego niemniej ciekawie, a dla fanów krytycznie odnoszących się do użycia tego instrumentu zapewne jeszcze bardziej interesująco.
Tradycyjnie największą atrakcją edycji z tej serii jest zawartość Blu-raya. Po pierwsze, oprócz wersji stereofonicznej albumu otrzymujemy jego wersję surround, dzięki której album zdecydowanie zyskuje, pozwalając wychwycić więcej szczegółów. Dzięki niemu np. utwór „Tumble Down The Years” zdecydowanie zyskał w moich oczach (a właściwie uszach). Oprócz materiału z tej płyty, otrzymujemy dokument zrealizowany prze Tima Sidewella „Thanks God For The Internet”, a także, dostępny wcześniej na kasecie VHS, zapis z koncertów w oksfordskim klubie Zodiac z lipca 1999 roku zatytułowany „Shot In The Dark”. Uwagę zwracają tu akustyczne wersje utworów „The Space”, „Sugar Mice” i „The Answering Machine” oraz cover nagrania „Abraham, Martin and John” zaśpiewanego pierwotnie przez Diona DiMucciego. Wśród innych bonusów można obejrzeć także wykonania innych coverów – „Blackbird” i „Hey Jude!” oczywiście z repertuaru The Beatles. Całość dopełniają wersje demo, dzięki którym możemy prześledzić jak zmieniały się kompozycje zamieszczone na płycie na różnych etapach realizacji.
Wydawnictwo uzupełnia gruba książka ze zdjęciami i esejem autorstwa Richa Wilsona na temat powstawania płyty, który posłużył jako źródło cytatów w niniejszym tekście.
„marillion.com” to album dość eklektyczny, który mógł (i wielu przypadkach tak było) zszokować dotychczasowych fanów. Z perspektywy prawie 27 lat od premiery budzi on już nieco mniej kontrowersji, tym bardziej biorąc pod uwagę fakt, że powstał on w trudnym dla zespołu czasie i pod wielką presją czasu. To płyta nierówna, ale bez jednoznacznie słabych utworów, choć faktem jest, że kilka zamieszczonych propozycji nie powala („Rich”, „Built-in Bastard Radar”). Niemniej są propozycje całkiem udane, choć może nie wzbudzające zachwytu („A Legacy”, „Deserve”, „Enlightened”, „Tumble Down The Years”), a także takie, których do dziś słucha się z dużą przyjemnością – „Interior Lulu”, „House” i przede wszystkim „Go!” – jeden z faworytów fanów.
Tą edycją grupa Marillion kontynuuje serię wznowień z remiksami swoich starszych wydawnictw. Chronologicznie pominęto album „Radiation”, ale zapewne jest to spowodowane faktem, że w 2013 roku ukazał się już, zdecydowanie udany, nowy miks tego krążka, a w 2015 na Blu-ray „Breaking Records” ukazała się także wersja surround. Niemniej kiedyś doczekamy się i tej płyty w wydaniu deluxe. Jednak zanim to nastąpi, to wcześniej do naszych rąk trafi prawdopodobnie nowa edycja albumu „Anoraknophobia”. Ale o tym innym razem…
