Zagrali przed 78-tysięczną publicznością, przy udziale 64-osobowej orkiestry. To tak jakby na koncercie zgromadzili się wszyscy mieszkańcy całkiem sporego miasta. Album został zarejestrowany podczas słynnej trasy „Works” w 1977 roku i ukazuje zespół u szczytu kreatywnych możliwości, wykonujący utwory ze swojego bogatego repertuaru. Aczkolwiek przez wiele lat wydawnictwo to pozostawało i chyba w dalszym ciągu pozostaje w cieniu komercyjnego sukcesu płyty „Welcome Back My Friends To The Show That Never Ends” i będąc obciążonym skomplikowaną historią towarzyszącą jego pierwotnemu wydaniu, album ten często traktowano raczej jako ciekawostkę niż jako istotne świadectwo koncertowej działalności zespołu. Jednak ci, którzy poświęcili mu nieco uwagi, od dawna dostrzegają jego znaczenie. Dokumentuje on jeden z najbardziej ambitnych okresów w karierze ELP – czas, gdy trio próbowało połączyć rock progresywny, muzykę klasyczną i widowisko na wielką skalę, na co odważyło się zaledwie kilka zespołów. Właśnie po dekadzie „nieistnienia” trafia do naszych rąk remaster płyty „Works Live”. Historia jego nagrania jest co najmniej nietuzinkowa.
Podczas północnoamerykańskiej trasy koncertowej „Works Volume I” w 1977 roku trio występowało w towarzystwie pełnej orkiestry, co pozwoliło Keithowi Emersonowi spełnić jego wieloletnie marzenie o zaprezentowaniu kompozycji klasycznych na scenie koncertowej z rozmachem, na jaki zasługiwały. Względy finansowe ostatecznie wymusiły ograniczenie udziału orkiestry, dzięki czemu nagrania te stanowią bezcenny zapis niezwykle śmiałego eksperymentu. Materiał ukazał się początkowo w 1979 roku w okrojonej formie pod tytułem „In Concert” – wydanie to budziło jednak frustrację zarówno muzyków, jak i fanów ze względu na usunięcie znacznych fragmentów nagrań. Dopiero rozszerzona edycja „Works Live”, przywracająca preferowaną przez Emersona kolejność utworów, pozwoliła słuchaczom w pełni docenić ten projekt w jego pierwotnym kształcie. Bo piętnaście utworów na nim zawartych jest nie tylko dokumentem epoki, historią zespołu, są one ciągle dobrze brzmiącymi kompozycjami, które potrafią zauroczyć tych, dla których rock progresywny nie zaczyna się z powstaniem takich grup jak Marillion czy Jadis. Ta płyta to pokaz maestrii i hipnotycznej muzyki, która jest zamierzoną wypadkową łączącą muzykę klasyczną, rock i widowisko rodem z koncertu ogromnej orkiestry tworząc w sumie przedziwny muzyczny teatr, który zaprezentował spektakl jakiego nigdy przedtem nie było.
Można by powiedzieć: to przecież tylko remaster, ale w tym wypadku realizatorzy niemal „stworzyli” nowy album. Porównując wersję starą i tę właśnie co wydaną, nawet niewprawne ucho wychwyci duże różnice brzmieniowe. Te różnice przemawiają na korzyść klawiszy Keitha Emersona. To on jest głównym beneficjentem poprawionych dźwięków. Niezależnie od tego czy akurat zespół wykonuje „szlagiery” jak „C'est la Vie”, „Peter Gunn”, „Fanfare for the Common Man” czy „Tiger in a Spotlight”, które nota bene rozpoczynają ten koncert, czy też niezwykle skomplikowanie muzycznie wariacje wątków czerpiących swe muzyczne inspiracje z muzyki klasycznej („Abaddon's Bolero” czy „Piano Concerto Third Movement Toccata Con Fuoco”) to niezwykłe brzmienia Hammondów, syntezatorów Mooga czy partie fortepianu zachwycają jakąś nową mocą połączoną z niezwykłą techniką wykonawczą. Emerson jednocześnie nie poprzestaje na odegraniu poszczególnych sekwencji muzycznych, na skrupulatnym pokazaniu ich majestatu, ale włącza się w tryb poszukiwań nowych fraz, nowych muzycznych rozwiązań, co teraz słuchać lepiej i dokładniej. Wydaje mi się, że teraz słychać szybkie przebiegi klawiszy, czystość fortepianu, ekspresję i… brawurę wykonawczą.
Wreszcie też słychać niuanse wokalne i gitarowe Grega Lake’a. Wystarczy nieco bardziej uważnie posłuchać np. utworów „C’est La Vie” czy „Watching Over You”, które wprowadzają chwile intymności pośród rozbudowanych aranżacji orkiestrowych, a Lake prezentuje w nich wokal pełen autentycznych emocji i technicznej pewności.
Niewątpliwą zaletą wszelkich remasterów jest, jak mi się wydaje, lekkie „podkręcenie” sekcji rytmicznej. Uwypuklenie brzmienia perkusji i pozbawienie basu jego koncertowego dudnienia. Na tym krążku perkusja Carla Palmera brzmi perfekcyjnie. Każde uderzenie jest precyzyjne z zachowaniem swoistego naturalnego, niewysilonego charakteru. Nie słychać tu „podrasowanego” brzmienia, co pozwala wirtuozerii Palmera po prostu zabrzmieć w nowej odsłonie. Razem z basem Lake’a sekcja rytmiczna daje w ten sposób nieograniczoną przestrzeń dla organowych popisów Emersona, unikając jednocześnie przytłaczania się nawzajem.
I wreszcie słychać, że swój wkład w ostateczne brzmienie tego koncertu ma także… orkiestra. Orkiestrowe aranżacje mają odpowiednią wagę i wyrazistość, a jednocześnie pozostają w pełnej harmonii z trio. Partie instrumentów smyczkowych, dętych blaszanych i drewnianych wnoszą do poszczególnych utworów istotne walory brzmieniowe, zamiast jedynie zwiększać natężenie dźwięku. Choć oczywiście należy pamiętać o ograniczeniach wynikających z tzw. materiału źródłowego, który bądź co bądź powstał dawno temu i w innych warunkach technicznych. Niemniej jednak słychać to, co najważniejsze: ogromny rozmach jaki towarzyszy całemu przedsięwzięciu i swoiste muzyczno-aranżacyjne szaleństwo będące wynikiem tego rozmachu.
Najlepsze momenty tego wydawnictwa? Bez dwóch zdań „Fanfare for the Common Man” ze znanym motywem muzycznym Aarona Coplanda, który pozostaje absolutnym majstersztykiem koncertowym. To chyba najbardziej porywający utwór z tego odnowionego krążka i dowód na to, jak zespół potrafił przekształcić materiał inspirowany muzyką klasyczną w rockowe widowisko z rozmachem godnym wielkich aren. Proszę uważnie posłuchać utworu „Knife-Edge” z „wściekle” brzmiącymi organami i niezwykłymi instrumentalnymi dialogami pomiędzy muzykami. Nie zawodzą, bo po prostu nie mogą, fragmenty „Obrazków z wystawy”. Po raz n-ty są dowodem dlaczego opracowanie tego dzieła przez ELP stało się jedną z najważniejszych i najbardziej charakterystycznych reinterpretacji w historii rocka progresywnego, a „Wielka Brama Kijowska” jest doskonałym przykładem potwierdzającym wirtuozerię i mistrzostwo instrumentalne całego zespołu. Subtelne partie fortepianu oraz pełna rozmachu kulminacja ponownie ujawnia dramatyzm i potęgę tej kompozycji. Przy okazji polecam uwadze recenzję płyty „Pictures At An Exhibition” autorstwa Artuta Chachlowskiego, którą można znaleźć na MLWZ.pl (patrz tutaj). Wreszcie niezależnie od tego czy utwór „Piano Concerto Third Movement” uznamy za rock progresywny, współczesną muzykę klasyczną, czy też coś zupełnie unikalnego, wykonanie tej kompozycji na tym krążku to wyraźne odzwierciedlenie odważnej postawy Emersona i całego zespołu, który nie uznawał muzycznych ograniczeń.
Oczywiście, jak niemal każdy remaster płyt z lat dawnych, także i to wydawnictwo ma swoje ograniczenia wynikające nie tylko z faktu, że osoby odpowiedzialne za jego powstanie miały do dyspozycji materiał nagraniowy w takiej postaci, w jakiej został on zapisany. Płyta „Works Live” to nie zapis jednego koncertu, a kompilacja powstała z fragmentów różnych występów. Nie jest kompletnym koncertem zarejestrowanym od początku do końca. Niektóre przejścia siłą rzeczy sprawiają wrażenie mniej spójnych niż w przypadku w pełni udokumentowanego występu, a miejscami słychać niedoskonałości oryginalnych nagrań koncertowych, co oczywiście niektórym słuchaczom może przeszkadzać, ale autorzy remasteru nie próbują „na siłę” zamaskowywać tego faktu.
Pewną rekompensatą jest towarzysząca wydawnictwu książeczka dostarczająca wielu cennych informacji historycznych opisujących wydarzenia, które miały miejsce na trasie (problemy logistyczne pokazujące, że koncert z udziałem orkiestry na tamte czasy okazał się finansowym fiaskiem). Lecz cokolwiek by nie powiedzieć ciągle zdumiewa fakt, że ELP podjął się tak śmiałego zadania. Myślę, że niewielu wykonawców miałoby na tyle pewności siebie, by ruszyć w trasę po wielkich halach z pełną orkiestrą, wykonując w dodatku muzykę, która od każdego z członków wymaga technicznej wirtuozerii, pełnego skupienia i niezwykle wielkiego zaangażowania. Można więc potraktować ten album jako pomnik aspiracji muzycznych grupy Emerson, Lake & Palmer w ich szczytowej formie, a zarazem nieco „odczarować” i docenić jego zawartość. Moim zdaniem jest to przykład jednego z najbardziej śmiałych dokonań koncertowych w historii rocka progresywnego. I tylko proszę się przekonać. A już niedługo będzie można przekonać się nieco o wirtuozerii zespołu osobiście. W lutym 2027 roku Carl Palmer przedstawi w Anglii program „An Evening With Emerson, Lake & Palmer”, dając trzy wspaniale zapowiadające się koncerty.
