Właściwie za ewentualną rekomendację tego albumu mogłaby posłużyć krótka informacja o dziejach zespołu i historii nagrania tego krążka. Bo oto w… 1974 roku czterech nastolatków z kanadyjskiego Quebecu - Tim Ladd, Paul Kolbe, Mark Brousseau i Pascal Mailloux – założyło wraz z menedżerem Normem Rodrigue’em zespół o nazwie Osiris. Kierowani ambicją wykraczającą daleko poza ich wiek (mieli wówczas od 16 do 18 lat), stworzyli 11 autorskich utworów – melodyjnych, ambitnych i utrzymanych w wyrazistym stylu progresywnym. I…, jak to bywa, na tym zakończyła się historia zespołu. Trzeba tu dodać, że wszystkie ówczesne nagrania powstały podczas prób, nawet nie w studio nagraniowym i ich jakość była… jaka była.
Pięćdziesiąt lat później „odkopano” te nagrania, starannie odrestaurowano i zrekonstruowano. Efektem tych zabiegów jest album „Continuum” zespołu o nieznacznie zmienionej nazwie, lecz ciągle z tymi samymi muzykami - Osiris Continuum, a muzyka na nim zawarta jest zaproszeniem do posłuchania materiału z lat 1974-1975 wspaniale oddającego ducha i brzmienie minionej epoki.
Cokolwiek by nie sądzić, lata siedemdziesiąte w muzyce progresywnej mają wiele często bardzo się różniących twarzy. W przypadku albumu „Continuum” mamy do czynienia z prostym, melodyjnym i „piosenkowym” obliczem tamtych lat i właściwie to ten fakt sprawia, że warto w wolnej chwili sięgnąć po to wydawnictwo. Jest ono bowiem niczym otwarta po latach niebytu kapsuła czasu, która z jednej strony jest wspomnianą muzyczną ilustracją epoki, a z drugiej świadectwem marzeń czterech nastolatków, które spełniły się dopiero po pięćdziesięciu latach. Można by z lekkim uśmiechem powiedzieć: długo czekali na swój debiutancki album.
Na płycie znajduje się jedenaście kompozycji. Z wyjątkiem trzech są to, jak na utwory rocka progresywnego, nagrania krótkie pełne dźwięków klawiszy i gitar. Łatwe w słuchaniu i, mimo nieco archaicznych aranżacji, ciągle dobrze brzmiące.
Dwie pierwsze kompozycje – „Old Man” i „For You My Friend” – z ich ciekawym połączeniem fortepianu i gitary, zachowując swój piosenkowy charakter, jednocześnie pokazują w warstwie treściowej swoistą dojrzałość zespołu. „Look To The Sun” – to świadectwo epoki w całej pełni. Utwór z pogranicza kompozycji The Beach Boys i innych podobnych bandów, choć nie pozbawiony ciekawych progresywnych wątków, zwłaszcza w popisach solowych. Podobnie brzmi instrumentalna kompozycja „Sarabanda”, choć z pewnością czujne ucho każdego słuchacza wychwyci jakże znany wątek „Panie Janie…”.
Na specjalną uwagę zasługują wspomniane trzy dłuższe kompozycje. Pierwszą z nich jest „Circus” – piąta kompozycja na tym krążku. Jeżeli bowiem poprzednie są świadectwem epoki, tak ten można potraktować jako ciekawy wkład własny zespołu. Nawiązując do The Shadows zespół kreuje nową wartość z bardzo wydłużonym instrumentalnym wstępem, szeregiem zmian tempa i wokalem pojawiającym się dopiero w piątej minucie.
Szósta kompozycja z płyty, „Midnight”, to… wielka improwizacja w dosłownym znaczeniu. Po początkowym muzycznym zamieszaniu dostajemy bardzo stonowany, wsparty grą organów, utwór o statecznym rytmie znanym z lat siedemdziesiątych.
„Another Day” rozpoczynają kościele organy, które niczym anielski wstęp pokazują dojrzałość kompozycyjną. A następujące po takim wstępie dźwięki, które obecnie można by porównać do utworów The Alan Parsons Project, brzmią nadspodziewanie dobrze. I nawet słowa kończące tę kompozycję brzmią niczym przesłanie: „(…) So just hold on / And we will find our way / To a new dawn / Where we'll see another day” (Więc po prostu wytrwaj / A znajdziemy drogę / Ku nowemu świtowi, / Gdzie ujrzymy kolejny dzień). I gdyby kogoś nie przekonał początek i środek tego utworu proszę posłuchać gitarowego solo tak gdzieś w piątej minucie.
O tej płycie można powiedzieć, że im dalej tym lepiej. Utwór „Lost” czaruje klawiszami i wcale nie łatwą, ale przyjemnie brzmiącą, aranżacją.
„Storm Rise” – dziewiąta kompozycja z tego krążka - jest swoistym rodzynkiem potwierdzającym tezę, że mimo młodego wieku udało się zespołowi nagrać dobrą płytę. Niemal klasycznie brzmiący fortepianowy początek jest doskonałym i nieco mylącym wstępem do późniejszych dźwięków. Od drugiej minuty mamy bowiem do czynienia nie z „klasycznie brzmiącą” kompozycją, lecz z rasowym organowym utworem pełnym instrumentalnych popisów.
Przedostatnia kompozycja, ta z grupy dłuższych, pt. Illusions” to dziewięciominutowa nastrojowa maestria. Wystarczy zacytować dwie pierwsze zwrotki: „ (…) Illusions of life / Dark and bittersweet / Haunt me in my dreams / Illusions my love / Soft and so serene / Calm me in my sleep” (Iluzje życia / Mroczne i słodko-gorzkie / Nawiedzają mnie w snach / Iluzje, mój kochany / Łagodne i tak spokojne / Ukoją mnie we śnie). I dodać do tego majestatyczny aranż, by otrzymać bardzo ciekawą kompozycję spełniającą najwyższe standardy znakomitego utworu progresywnegoą
I wreszcie na koniec zespół serwuje kolejna „nieoczywistą” kompozycję – tytułową „Continuum” z łacińskim tekstem: „(…) In principio erat Inanis / Et Inanis est ex Spiritu / Et Lux / Lux aeterna / Spiritus ferre Aeternum / In Inanis In Continuum” (Na początku była Pustka / A Pustka jest z Ducha / I Światła / Wiecznego Światła / Ducha w ruchu / Wiecznego / W Pustce / W Kontinuum). Wydeklamowany tekst łaciński na tle kościelnych organów brzmi złowieszczo, profetycznie, patetycznie. Wspaniale kończy ten album wprowadzając atmosferę nieskończoności, pokazując, że jeszcze nie wszystko skończone, że może być ciąg dalszy. Bo wierzę, że debiut po pięćdziesięciu latach musi mieć przecież swój ciąg dalszy.
Pozostawiam Państwu dowolność wyboru. Można to wydawnictwo potraktować jako znak epoki, historię z lat minionych. Można spojrzeć na zawarte kompozycje jako na dźwięki zapomniane. Można wreszcie potraktować to wydawnictwo jako spóźniony debiut, który może zapowiadać ciąg dalszy…, kontynuację. Niemniej jednak niezależnie od wszystkiego w chwili wolnej proszę posłuchać całości lub chociażby kliku kompozycji (najlepiej tych z końca płyty).
Na właśnie co wydanym krążku zespół dodaje dwie skrócone wersje utworów „Circus” i „Illusions”, tzw. wersje radio edit. Może przez jakiś szczęśliwy zbieg okoliczności zabrzmią gdzieś w radiowym eterze? Bo co z tego, że minęło pięćdziesiąt lat od momentu ich powstania? Piękno zawsze będzie pięknem. Zainteresowanych pogłębieniem wiedzy o tym zespole odsyłam tutaj.
