Jest wiele płyt, które są po prostu „inne”. Nie pasują do żadnych utartych określeń, wymykają się próbom zdefiniowania i zakwalifikowania do jakiegoś określonego stylu czy nurtu. Przy czym ta ich „inność” bywa czasami nie do zaakceptowania, nie do przyjęcia lub wręcz odwrotnie - kreuje nowy, całkiem dotąd nieznany muzyczny świat. Świat, który potrafi nie tylko zauroczyć, ale przede wszystkim zdumieć i stać się przyczyną swoistego muzycznego „zamurowania”. Ten nowy świat potrafi zachwycić i jednocześnie sprawić, że zaczynamy się zastanawiać jak to było możliwe, że nikt wcześniej nie próbował tak zagrać, tak zaaranżować, tak wykonać muzyki, która na nich pobrzmiewa.
Tak jest, jak mi się wydaje, w przypadku albumów włoskiej grupy Celeste.
Historycznie rzecz biorąc Celeste to matuzalem wśród zespołów włoskiego rocka progresywnego. Zespół powstał w 1972 roku w San Remo (podobnie jak Museo Rosenbach – żeby nieco bardziej dookreślić z jakimi zespołami należy go zrównywać). Inicjatorami powstania formacji byli Ciro Perrino (instrumenty perkusyjne, flet, melotron, główny wokal) oraz Leonardo Lagorio (flet, saksofon i instrumenty klawiszowe) – wcześniej członek zespołu Giorgio Santiano. Do składu dołączył Mariano Schiavolini – skrzypek, klarnecista i gitarzysta. W takim składzie grupa przygotowała swój debiutancki album pt. „Principe di un Giorno”, który ukazał się w 1976r. I od razu powiem, że ten album, ceniony na całym świecie przez kolekcjonerów i krytyków, stanowi kamień milowy sceny RPI (Rock Progressivo Italiano), definiując eteryczne, akustyczne i głęboko poetyckie brzmienie. Dzięki partiom melotronu, delikatnym dźwiękom fletu, gitarom akustycznym i niebiańskim melodiom fortepianu, to wydawnictwo oddaje czarującą atmosferę korzeni rocka progresywnego lat 70. To ponadczasowa muzyczna podróż, która wciąż zachwyca kolejne pokolenia słuchaczy na całym świecie.
Dzięki wspomnianym wyżej majestatycznym partiom melotronu i powściągliwej sile wyrazu zmieszanej z niezwykle eterycznym brzmieniem, „Principe di un Giorno” (znany również jako „Celeste”) jest jednym z najlepszych albumów nurtu określanego mianem „pastoralnego” w rocku progresywnym – obok „Trespass” grupy Genesis i „Per Un Amico” zespołu PFM.
I właściwie po takim wstępie powinienem zamilknąć i po prostu włączyć odtwarzacz. Jednak nie jest to tak łatwe jak by się mogło wydawać. A to z następującego powodu. W założeniu utwory na tym krążku miały być wykonywane w języku angielskim przez wokalistkę. Włoski tekst sagi o księciu przełożono na angielski, zachowując przy tym w pełni ducha i sens oryginału. Z różnych przyczyn wybrana wówczas wokalistka (Nikki Berenice Barton) nie mogła w pełni wywiązać się ze swojego zadania. W efekcie, gdy partie instrumentalne były już ostatecznie zarejestrowane, rolę tę powierzono Ciro Perrino, który tym samym – niejako wbrew własnym planom – został wokalistą zespołu. W angielskojęzycznej wersji płyta istniała tylko jako zapis występu koncertowego, a oficjalnie została wydana jedynie w wersji włoskojęzycznej.
I na tym kończy się „część historyczna” bowiem w tym roku przypada 50. rocznica powstania albumu „Principe di un giorno” (aka „Celeste”) i w związku z tym Ciro Perrino wraz z innymi członkami zespołu zdecydował się spełnić swoje pierwotne marzenie – wydać ten krążek w takiej postaci, w jakiej był zaplanowany tzn. z angielskojęzycznymi tekstami w wykonaniu wokalistki. Do współpracy przy „rekonstrukcji” swego marzenia zaprosił australijską wokalistkę i harfistkę - Siobhán Owen, która swym ambientowo-etrerycznym głosem sprawiła, że (jak mi się wydaje) urzeczywistniło się marzenie autora. Powstał bowiem album, który jest nieco spóźnionym świadectwem tego, czym projekt ten miał być w założeniu. Wykorzystując odzyskane ścieżki instrumentalne z oryginalnego nagrania, usunięto z nich głos Ciro Perrino i zastąpiono go głosem Siobhán. Był to śmiały krok, który przyniósł nieoczekiwane rezultaty, pozwalając w pełni przywrócić idee i atmosferę sprzed pięćdziesięciu lat. Ale nie tylko… To nie tylko świadectwo epoki, to nadal niesamowity album, który prowadzi słuchacza naprawdę nieznanymi drogami. Nie zaskakuje, ale ujmuje swoją delikatnością, poetyckim podejściem do muzyki i tekstu oraz, co najważniejsze, niezwykłą dbałością o zaczarowaną prostotę wykonania. Proszę nie oczekiwać typowych dla RPI bombastycznych klawiszy, ujazzowionego tempa, patosu. Proszę przygotować się na spokój, kreowanie niezwykłego nastroju, ambientowość pomieszaną z niezwykłą poetyckością i… niespieszność w prezentowaniu kolejnych dźwięków.
Nie polecam tego wydawnictwa osobom związanym z muzyką neoprogresywną lub progmetalową. Pewnie znudzi ich już pierwszy utwór. To wydawnictwo wymaga skupienia i specyficznego nastawienia, spokoju zarówno wewnętrznego, jak i zewnętrznego. Ale wydaje mi się, że warto. Bo to nie tylko stare przyobleczone w nowe, to po prostu bardzo dobra atmosferyczna płyta, która jest nie tylko spełnieniem marzeń jej autorów, ale także kolejnym wartościowym nabytkiem w każdej kolekcji muzyki spod znaku Rock Progressivo Italiano. Zainteresowanych odsyłam tutaj. A gdyby po drodze spotkali się Państwo z taką opinią: „(…) To wydawnictwo łączy złotą erę RPI ze współczesną, filmową atmosferą”, to chyba będzie to najbliższe prawdy standardowe określenie zawartości tego nowego krążka.
Nowa wersja starej płyty została nagrana w następującym składzie: Giorgio Battaglia (bas, gitara, ksylofon, chórki), Leonardo Lagorio (fortepian akustyczny i elektryczny, saksofony, flet, chórki), Ciro Perrino (melotron, klawisze, syntezatory, instrumenty perkusyjne), Mariano Schiavolini (gitary, klawisze, skrzypce, chórki) i gość specjalny: Siobhán Owen (wokal).
