mlwz - edunitsky - banner - prog rock

Latimer, Andrew - War Stories

Maciej Niemczak

„War Stories” pojawiło się nagle, bez zapowiedzi, bez wywiadów, bez jakiegokolwiek sygnału, że Andrew Latimer jeszcze raz zabierze nas w muzyczną podróż. A jednak pewnego październikowego dnia 2025 roku na jego Bandcampie pojawił się album, który od pierwszych sekund brzmiał jak coś więcej niż tylko muzyka. Jak opowieść. Jak pamięć. Jak podsumowanie drogi, którą Latimer przeszedł przez prawie całe swoje 'wielbłądzie' życie — od “Nude” po “Harbour Of Tears”, od melancholii po światło.

„War Stories” nie jest zbiorem piosenek. To jedna, nieprzerwana, czternastoczęściowa suita. Muzyka, która płynie jak film bez obrazu. Jak wspomnienie, które nie potrzebuje słów. Latimer nagrał niemal wszystko sam — wszystkie instrumenty, wszystkie aranżacje, całą narrację. Towarzyszy mu tylko Peter Jones, który śpiewa i gra na saksofonie w dwóch fragmentach, oraz śp. Guy LeBlanc, obecny symbolicznie w ostatniej części dzięki archiwalnym nagraniom. Ten gest sprawia, że album staje się nie tylko historią o wojnie, ale też o czasie, o ludziach, którzy odchodzą, ale pozostają w muzyce.

Album otwiera „Home” — spokojny, pastelowy wstęp, który od razu przywołuje atmosferę płyty “Dust And Dreams”. Gitara Latimera jest tu miękka, świetlista, pełna melancholii. Słychać w niej coś, co trudno opisać słowami: czułość, smutek, pogodzenie. To muzyka człowieka, który patrzy wstecz, ale bez gniewu. „The Beating Heart” i „Winds Of Change” rozwijają tę narrację, prowadząc słuchacza w stronę napięcia, które narasta jak burza. Latimer nie używa wielkich gestów — wszystko jest subtelne, elegijne, pełne światła.

„Before The Storm” jest jednym z najpiękniejszych fragmentów albumu. Gitara prowadzi tu melodię z taką delikatnością, że ma się wrażenie, jakby każdy dźwięk był oddechem. A potem przychodzi „In the Dark” — jedyny fragment z wokalem, który znamy z wcześniejszego “singlowego” wydania. Peter Jones śpiewa ciepło, krucho, prawdziwie. Jego saksofon dodaje muzyce mroku i melancholii. To moment, w którym album staje się bardziej ludzki, bardziej intymny, bardziej osobisty.

„A Prayer” jest jak modlitwa bez słów. „We Are One” — jak echo wspólnego losu. „Belief”, „Waiting” i „Lost for Words” tworzą środkową część albumu, w której melancholia miesza się z majestatem. To muzyka, która nie opowiada historii — ona ją niesie. W tych fragmentach słychać wszystko, co w późnym Latimerze najpiękniejsze: elegijność, przestrzeń, światło, smutek, ale nigdy rozpacz.

„The Cellist” i „The Phoenix” są jak dwa oddechy — jeden spokojny, drugi pełen wzlotu. A potem przychodzi „Long Road Ahead”, fragment, który unosi się jak światło nad horyzontem. To muzyka szeroka, oddechowa, pełna powietrza — momentami tak przestrzenna, że przywołuje skojarzenia z późnym Pink Floyd. Nie przez podobieństwo melodii, lecz przez atmosferę: tę samą zdolność do budowania światła z ciszy, tę samą umiejętność mówienia więcej przez to, co niewypowiedziane.

I wreszcie „Going Home”. Ostatni fragment. Ostatni oddech. Ostatnia opowieść. Peter Jones śpiewa słowa o powrocie, o pamięci, o tym, że każda podróż kończy się tam, gdzie zaczyna się serce. A obok niego — Guy LeBlanc, obecny już tylko w nagraniu, ale wciąż obecny w muzyce. To moment, który ściska gardło. Nie przez patos, lecz przez prostotę. Przez prawdę.

I właśnie tu, w tej ciszy po ostatnim dźwięku, zaczyna się coś, czego nie da się opisać technicznie. „War Stories” to album, który w swojej przestrzeni, świetle i melancholii stoi zadziwiająco blisko późnego Pink Floyd. Tak jak Gilmour potrafił jednym dźwiękiem otworzyć niebo, tak Latimer jednym muśnięciem struny potrafi otworzyć pamięć. Dlatego słuchając „War Stories” ma się wrażenie, że obaj — Latimer i Gilmour — opowiadają tę samą historię, tylko innymi słowami. Historię o człowieku, o kruchości, o drodze, która nie zawsze jest prosta, ale zawsze prowadzi do światła.

To suita, która otwiera przestrzeń — tę samą, w której od lat spotykają się wrażliwości Latimera i Gilmoura. Przestrzeń, w której muzyka nie jest już dźwiękiem, lecz światłem. Przestrzeń, w której człowiek zostaje sam na sam z tym, co najważniejsze.

To album, który zostaje. W pamięci. W sercu. W ciszy po ostatnim dźwięku. I kiedy milknie, zostawia w człowieku to samo uczucie, które zostawia „High Hopes”, „Marooned” czy „Cluster One”: uczucie, że właśnie przeszedłeś przez historię większą niż ty sam.

„War Stories” to nie tylko powrót Latimera. To jego epicka opowieść o człowieku — opowieść, która mogłaby równie dobrze wybrzmieć spod palców Gilmoura. Uwielbiam ich obu i zawsze będe widział jakieś wspólne cechy tych dwóch genialnych muzyków i gitarzystów. I dlatego ta ''płyta'' jest tak wielka. I dlatego koniecznie trzeba się z tymi wojennymi historiami zapoznać.

MLWZ album na 15-lecie IQ w przyszłym roku wraca do Polski Peter Hammill na dwóch koncertach w naszym kraju Mostly Autumn Weekend 2026 Zespół Rush wystąpi w Krakowie Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026