W zależności od interpretacji i tłumaczenia kluczowego dla tej płyty słowa – „unobtainium” – jego zrozumienie może pójść w dwóch kierunkach: tym bardziej „przyziemnym”, choć rzadko kiedy osiągalnym lub też tym abstrakcyjnym, związanym z filmami z serii „Avatar”. Dodatkowo w każdym wybranym rozwiązaniu pojawia się jeszcze dodatkowe słowo-klucz: „mapa”. Bowiem najnowsze dzieło niemieckiej formacji Castle Mountain pt. „A Layman’s Guide To Unobtainium” (w dosłownym tłumaczeniu: „Przewodnik po unobtainium dla laików”) to seria utworów, które obrazują potrzebę tak „przyziemną”, jaką jest zaufanie lub/i są serią opowieści o wyborach dróg przeznaczenia, drogowskazach życia, kierunkach rozwoju w oparciu o zaufanie do wytycznych, rad, świętych słów, przepowiedni, słowem do „map” wskazujących kierunek, w którym należy podążyć by spełniły się najskrytsze marzenia i oczekiwania. Owe mapy nie tylko prowadzą, ale także są wspomnianym przedmiotem naszego zaufania. Ufamy, że doprowadzą nas na miejsce, że pomogą znaleźć właściwy kierunek, że go wskażą. Tylko czy zawsze? Tylko czy za każdym razem gotowa „mapa”, podana (jak to się mówi) niemal na talerzu jest tą bezsprzecznie właściwą? I wreszcie czy mapa może „kłamać”?
Rozszyfrujmy jeszcze słowo „unobtainium”. To według definicji żartobliwy termin z dziedziny inżynierii i kultury, oznaczający idealny materiał o niemożliwych, wręcz magicznych właściwościach, którego nie da się zdobyć, ponieważ nie istnieje lub jest zbyt drogi i rzadki. To także doskonale znany z cyklu filmów Jamesa Camerona „Avatar” pierwiastek, którego zdobycie stało się przyczyną wszystkich filmowych konfliktów. A zatem: zaufanie, mapy, osiągnięcie czegoś niemożliwego do znalezienia i… wszystko to splecione w ograniczonych ramach jednej płyty długogrającej, zobrazowane w dziesięciu kompozycjach z tajemniczym tytułem. Dziesięć naprawdę porywających opowieści o rzeczach, których szukamy, choć być może nigdy ich nie znajdziemy; o decyzjach, ścieżkach i odnajdywaniu własnej drogi; a czasem także o przyjemnym uczuciu całkowitego zagubienia się z własnej woli.
Od razu bowiem muszę przyznać, że „A Layman’s Guide To Unobtainium” zespołu Castle Mountain Moon to, na ten moment, moja ulubiona neoprogresywna płyta roku. Być może szastam opiniami, ale proszę dać sobie raptem godzinę, by się o tym przekonać.
Dirk Krause – jeden z dwóch członków zespołu – tak mówi o tym krążku: „(…) Pisaliśmy o czymś, co z definicji istnieje tylko wtedy, gdy się tego nie posiada. Mimo to wciąż za tym gonimy – więc ktoś musiał sporządzić instrukcję przystępnym językiem i ukryć ją w muzyce, tuż na naszych oczach”.
I żeby ten przewodnik zachował znamiona przewodnika, pierwsza kompozycja nosi tytuł „Guide To Unobtainium”. To „instrukcja” do dalszej części – „(…) Welcome to the manual please take a closer look / Requirements are minimal if you can read a book / The lessons that are written here were written long ago / You'll find what you were looking for ? Althought you didn't know” (Witamy w tym poradniku – zachęcamy do bliższego zapoznania się z jego treścią / Wymagania są minimalne: wystarczy umiejętność czytania / Zawarte tu instrukcje powstały dawno temu / a Ty znajdziesz w nich to, czego szukałeś / choć wcześniej o tym nie wiedziałeś). Wraz ze stopniowo budującą się atmosferą instrukcji-opowiadania od pierwszej chwili kompozycja płynie symfonicznym szlakiem pełnym brzmień syntezatorów. Robi to w sposób bardzo zdecydowany, choć bez niepotrzebnego epatowania mocą dźwięków i harmonii, jednocześnie pokazując jedną ze szczególnych cech tej płyty: długie instrumentalne wstępy w utworach i pojawiający się gdzieś tak dopiero po około minucie wokal.
Ostrzegam jednocześnie, że zespół nie serwuje wyłącznie miłych dźwięków. Droga wskazana przez „mapy” może przecież być i często jest wyboista. Pełna niespodzianek, zwrotów, pomylonych ścieżek, ostrych zakrętów, może przewrócić do góry nogami ten świat, który znamy dotychczas… Zupełnie jak w drugiej kompozycji „Real?”. Ten bardzo porcupine’owski w brzmieniu utwór zapytuje o bardzo prostą w sumie rzecz: czy można zmienić swoje przeznaczenie? Czy jest szansa by zmienić coś, co zdaje się wyznaczać nasz los? I robi to w wielce melodyjny sposób, mieszając frazy pełne lekko alternatywnej improwizacji z ciekawymi i bardzo melodyjnymi pasażami. Taki miks jest zapowiedzią tego, że dalej może być już tylko jeszcze bardziej ciekawie.
Jako trzeci na płycie pojawia się utwór „Maps Pt. 1”, który opowiada o wyborach związanych z podróżą… Podróżą życiową: „(…) There's a river that winds into the haze / There's a road that leads into the daze / I know they both lead to somewhere we need to be” (Jest rzeka, która wije się w stronę mgły / Jest droga, która prowadzi w krainę odurzenia / Wiem, że obie wiodą tam, gdzie musimy być). I właściwie od tego momentu rozpoczyna się na tej płycie muzyczny flirt z muzyką neoprogresywną w jej najbardziej melodyjnym wymiarze. Opowieść o życiowej podróży kroczy niezwykle melodyjną drogą syntezatorowo-elektronicznej muzyki na wskroś neoprogresywnej. Potwierdzeniem tej tezy jest następna kompozycja – „Valley Of The Deep”, której można słuchać w nieskończoność. Proszę skupić się na przenikających się i przechodzących jedno w drugie elektronicznych brzmieniach, które ewoluują w partie symfoniczne łagodzone przez melodyjne pasaże. Zmiany rytmu następują bardzo naturalnie, dodając całości ulotności i nieprzekombinowanej muzycznej lekkości przerywanej jedynie nieco mocniejszymi gitarowymi akcentami. Druga część kompozycji „Maps” – „Maps Pt. 2”, która rozpoczyna się zaraz po „Valley Of The Deep”, powraca na progresywno-elektroniczne tory. Rozwija niekończący się dywan melodyjności kończąc ten nieco RPWL-owski utwór słowami: „(…) Let's forget the world we live in, let's embrace the hope we feel / Let's accept the deal and give in. Let's pretend the map is real” (Zapomnijmy o świecie, w którym żyjemy, i poddajmy się nadziei, którą czujemy / Przyjmijmy jego warunki i ustąpmy. Udawajmy, że ta mapa jest prawdziwa). Udawajmy, że „mapa” (recepta, instrukcja, proroctwo, nakaz) jest prawdziwa, że doprowadzi do „krainy wiecznej szczęśliwości”…
Szósta kompozycja z tego krążka zwalnia. „Sadness” uderza słuchacza powściągliwością aranżu. Delikatny wokal i fortepian wygrywający motyw przewodni na tle syntezatorów i… werblowej perkusji jest niczym eteryczny powiew wiatru przynoszący wspomnienia zarazem smutne i wesołe: „(…) You laugh throug the blows / You dance through the pain” (Śmiejesz się, przyjmując ciosy / Tańczysz pośród bólu). I po raz kolejny udowadnia, że ta płyta jest po prostu wspaniała.
Balladowy utwór „Before My Eyes”, z lekką orkiestracją w tle, nieznacznie przyspiesza rytm płyty, lecz w dalszym ciągu utrzymuje jej melodyjny charakter. To tutaj słychać, że członkowie zespołu są wytrawnymi inżynierami dźwięku. Wszystko bowiem splata się w bardzo melodyjną balladę, gdzie każdy pojedynczy dźwięk ma swoje ściśle dopasowane miejsce, a skojarzenie z solowymi dokonaniami Neala Morse’a wydaje się być usprawiedliwione, choć w jego przypadku kompozycje idą w stronę rocka symfonicznego, a tutaj bardziej w kierunku melodyjnego AOR-u.
Trzy ostatnie kompozycje to maestria rocka neoprogresywnego. „Exit Right”, „Scene Of A Crime” i „Dreamers” po prostu kipią progresywnymi aranżacjami. I choć każda z ich opowiada o czymś innym, muzycznie idą w podobnym kierunku. „Exit Right” to pięciominutowa opowieść o naszej codziennej podróży przez kolejne dni tygodnia z zawołaniem: może skręć w prawo ze swej codziennej, aż do znudzenia znanej, drogi. Może po prostu zgub się na własne żądanie. W przypadku drugiej z wymienionych kompozycji słyszymy opowieść o domu, który po bolesnej stracie przestał być prawdziwym domem. To jeden z najbardziej poruszających momentów płyty. Nastrój tego utworu, a szczególnie początek z elektronicznymi, pulsującymi klawiszami brzmi niczym odczyt tętna na ekranie monitora. „Dreamers” przełamuje smutek poprzednika. To najbardziej melodyjna kompozycja z tego wydawnictwa, choć w swej wymowie niezmiernie i smutna i pełna nadziei jednocześnie: „(…) Once you had a dream and the dream was just for you / Once you had a Dream but the Dream did not come true” (Miałeś kiedyś marzenie i było ono tylko twoje / Miałeś kiedyś marzenie, lecz ono się nie spełniło). Pełna nadziei przez powtarzane w tle jedno wyrażenie: „(…) Let's believe in dreamers” (Uwierzmy w marzycieli). Cały utwór obfituje z piękne syntezatorowe pasaże, chórki pojawiające się w tle, łagodną melodię i… całą masę optymizmu.
Podsumowanie? Moje podsumowanie tego wydawnictwa miało już miejsce w trzecim akapicie. Na koniec dopowiem więc tylko, że zespół Castle Mountain Moon to panowie: Dirk Krause (śpiew, gitary, gitara basowa) i Ropp Köhler (instrumenty klawiszowe), a gościnnie na płycie pojawia się też perkusista Gerry Wassong. Więcej informacji o zespole znaleźć można tutaj.
