Arc Light Sessions, The - Nostalgia

Maciej Niemczak

Są albumy, które powstają z potrzeby krzyku. Są albumy, które powstają z potrzeby ucieczki. I są takie, które powstają z potrzeby powrotu — nie triumfalnego, nie sentymentalnego, lecz tego najtrudniejszego: powrotu do siebie. „Nostalgia” Johna Alarcona i jego The Arc Light Sessions jest właśnie takim powrotem. To płyta, która chce pamiętać — cicho, uważnie, z pokorą wobec czasu, który minął, i wobec światła, które wciąż potrafi wrócić w miejsca, o których myśleliśmy, że dawno je opuściliśmy.

Alarcon — Hiszpan z Madrytu, od lat mieszkający w Kanadzie, kompozytor o duszy romantyka i umyśle architekta — rozpoczął projekt The Arc Light Sessions w 2015 roku płytą „Perchance To Dream”. Na debiutanckim albumie towarzyszyli mu: Michael Dionne (lead & backing vocals, lead guitar), Luc Tremblay (flet), Joel Thomas (12‑string guitar), Peter Warren (bass) oraz Pierre Arsenault (perkusja). Dionne był pierwszym głosem projektu, nadając muzyce ciepły, klasyczny neoprogowy ton. Na dwóch kolejnych albumach rolę wokalisty przejął Chris Atwill, wprowadzając bardziej dramatyczną, teatralną ekspresję. Dopiero od czwartego albumu Alarcon zaczął śpiewać sam, a jego wokal — dojrzewający z każdym kolejnym wydawnictwem — stał się od 2020 roku jednym z najbardziej rozpoznawalnych elementów brzmienia The Arc Light Sessions. „Nostalgia” jest kulminacją właśnie tego etapu: momentu, w którym autor nie tylko komponuje, ale także opowiada własną muzykę.

Od debiutu ukazały się aż dwadzieścia dwa albumy, a od 2020 roku twórczość Alarcona nabrała niezwykłego tempa — od dwóch do czterech premier rocznie. To nie jest powolna, wieloletnia ewolucja. To jest ciągły strumień muzycznej świadomości, zapis twórcy, który komponuje tak, jak inni oddychają.

Od albumu „Kaleidoscope” (2016) wykrystalizował się obecny skład — zespół, który nadał The Arc Light Sessions charakterystyczną barwę i spójność. Wśród muzyków, którzy od tamtej pory współtworzą brzmienie projektu, szczególne miejsce zajmuje Luc Tremblay, którego flet i obój stały się jednym z najbardziej rozpoznawalnych elementów języka zespołu.

Skład zespołu (2026):

John Alarcon — piano, syntezatory, organy, melotron, wokal

Patrick Simpson — gitary

Luc Tremblay — flet, obój

Hugo Emard — gitara basowa

Steve Valmont — perkusja.

Album działa jak dziewięć obrazów pamięci — dziewięć miejsc, do których wracamy nie dlatego, że chcemy, ale dlatego, że musimy. Każdy utwór jest jak otwarcie kolejnej szuflady, w której leżą rzeczy dawno zapomniane, a jednak wciąż żywe.

„Travellers” (4:46) otwiera album jak oddech po długiej ciszy. Piano Alarcona brzmi jak klucz obracany w zamku starego domu, a gitara Patricka Simpsona pojawia się nieśpiesznie, jak sylwetka wyłaniająca się z mgły. To utwór o podróżnikach, którzy nie przemierzają świata, lecz własne wspomnienia. Melancholia jest tu czysta, pozbawiona patosu, jak u Marillion z czasów „Holidays In Eden”, a narracja rozwija się powoli, jakby bała się obudzić coś, co śpi od lat.

„Crazy Times” (6:40) przynosi przyspieszenie — sekcja rytmiczna Emard–Valmont pulsuje jak serce w stanie alarmu, a gitary i syntezatory tworzą obraz świata, który biegnie szybciej niż człowiek jest w stanie myśleć. To utwór o pamięci próbującej uporządkować chaos, o latach, które minęły zbyt szybko, by je zrozumieć. Brzmi jak filmowy, niepokojący pejzaż, który mógłby wyjść spod ręki Gazpacho.

„Land of Shadows” (7:03) to geografia miejsc, które istnieją tylko w nas. Flet i obój Tremblaya nadają utworowi pastoralny, niemal kameralny charakter, a całość przypomina spacer po mieście dzieciństwa — takim, które już nie istnieje, choć budynki stoją wciąż na swoim miejscu. To najbardziej symfoniczny moment albumu, bliski Genesis z epoki „Wind & Wuthering”.

„Higher Ground” (3:34) jest krótkim, melodyjnym oddechem między dłuższymi formami. To utwór o dystansie — o tym, że czasem trzeba wyjść na wzgórze, by spojrzeć na swoje życie z góry.

„Old Photograph” (4:56) to serce albumu. Melotron maluje sepię, gitara jest jak światło wpadające przez żaluzje, a piano — jak rysa na starym zdjęciu. To rozmowa z kimś, kogo już nie ma. Nie lament, lecz cicha zgoda na to, że pamięć jest jedyną formą obecności.

„It Seems” (5:53) to zapis wątpliwości — muzyka idzie w stronę przewidywalnej melodii, po czym nagle skręca, jakby ktoś kwestionował własne wspomnienie. Jak u IQ — melancholia spleciona z niepewnością.

„Freedom’s Call” (5:26) jest echem wyzwolenia — nie politycznego, lecz wewnętrznego. Gitara unosi się nad całością jak ptak, który wreszcie znalazł otwarte okno, a klawisze budują coś na kształt progowego hymnu, ale nie triumfalnego, raczej oczyszczającego.

„Rabbit Hole” (6:48) to najbardziej progowy moment albumu — zmiany metrum, rozwijające się motywy, dialog gitary z klawiszami, jak u Porcupine Tree. To utwór o tym, jak łatwo zgubić się w przeszłości.

„Think Me Not Mad” (7:27) zamyka album — ciche fragmenty z fletem i fortepianem przechodzą w symfoniczne kulminacje z melotronem, a gitara unosi się nad całością jak ostatnia myśl przed snem.

Nostalgia jest albumem, który nie próbuje być arcydziełem — i właśnie dlatego tak łatwo nim zostać. To muzyka, która nie szuka fajerwerków, bo największe emocje kryją się w ciszy. To opowieść o pamięci, która nie jest ani wrogiem, ani przyjacielem — jest częścią nas. Alarcon stworzył dzieło dojrzałe, intymne, pełne światła i cienia — takie, które zostaje w człowieku na długo po wybrzmieniu ostatniej nuty.

MLWZ album na 15-lecie IQ w przyszłym roku wraca do Polski Peter Hammill na dwóch koncertach w naszym kraju Mostly Autumn Weekend 2026 Zespół Rush wystąpi w Krakowie Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026