Muszę przyznać, że po początkowym zachwycie związanym z pojawieniem się pierwszego singla z tej płyty wraz z kolejnymi dźwiękami zacząłem podchodzić do najnowszej, piątej z kolei, produkcji zespołu Pattern-Seeking Animals pt. „Grimalkin” jak do przysłowiowego jeża…. Choć chyba bliższym porównaniem powinien być (sądząc po okładce albumu) kot. Ale zostawmy na chwilę kwestię kota i zajmijmy się sprawą: „a myśmy się spodziewali”. O co chodzi…?
Najprościej mówiąc, o zawiedzione nadzieje, przynajmniej w przypadku tych słuchaczy, którzy spodziewali się, że Pattern-Seeking Animals będą następcą, nowym wcieleniem czy też reinkarnacją grupy Spock’s Beard. Spock’s Beard jednak powrócił i świetnie sobie radzi z nowym perkusistą oraz nowym albumem (wydanym pod koniec ubiegłego roku „The Archaeoptimist”), a oczekiwania, że Pattern-Seeking Animals ich zastąpią chyba nigdy nie miały większego sensu. Zespół od początku brzmiał celowo inaczej. Jeżeli ktoś by się zastanawiał skąd wzięły się powyższe wywody, to dla przypomnienia napiszę tylko, że w skład zespołu wchodzą: Ted Leonard (śpiew, gitary), Jimmy Keegan (perkusja, śpiew), Dave Meros (bas, śpiew) oraz John Boegehold (syntezatory, mellotron, gitary, mandocello, śpiew i główny kompozytor). Powiązania ze Spock’s Beard są oczywiście silne: Leonard i Meros sa obecnymi członkami tego bandu, Keegan jest byłym członkiem, a Boegehold był niegdyś współtwórcą muzyki dla tej grupy, zwłaszcza w okresie tuż po odejściu Neala Morse’a. Zatem wydawało się, że Pattern-Seeking Animals jakby trochę aspirowali do bycia następcami The Spock’s Beard, lecz ich najnowszy album po raz kolejny dowodzi, że nie tylko nie aspirowali, ale też odeszli całkiem daleko od symfonicznej drogi, którą poruszają się ‘Brodacze’.
Można powiedzieć, że wszystko to przez „grimalkina”, który w sobie znany sposób zaczarował grupę i skierował ich na nową drogę z akcentem na oddalenie od tradycyjnie pojmowanego rocka progresywnego. W swojej recenzji poprzedniego wydawnictwa zespołu Olga Walkiewicz napisała tak: „(…) Jaka jest muzyka na kolejnym albumie tej amerykańskiej supergrupy? Progresywna w każdym wymiarze, soczysta w swojej treści i kojąca bezkresnym spokojem i ciepłem” (patrz tutaj). W przypadku nowego albumu zmieniłbym to stwierdzenie w następujący sposób: Jaka jest muzyka na kolejnym albumie tej amerykańskiej supergrupy? Soczysta w swojej treści i kojąca bezkresnym spokojem i ciepłem. Czy progresywna…? Momentami tak. Może to przez wspomnianego grimalkina… - nadprzyrodzonego, szarego kota, który staje się chowańcem czarownicy – postać tę znamy choćby z szekspirowskiego „Makbeta”. Tytuł płyty jest iście progresywny – tajemniczy, metaforyczny… Jednak na tym podobieństwa do klasycznie pojmowanego gatunku się kończą. Materiał zawarty na tym krążku wypełniają bowiem nieskomplikowane metra, nastrojowe ballady wokalne oraz utrzymane w średnim tempie aranżacje rockowe, które bardziej przypominają ścieżki dźwiękowe do filmów niż typowe kompozycje progresywne. Oczywiście, „czym skorupka za młodu”… Nie brakuje tu progresywnie brzmiących dźwięków. Nie można przecież posądzić muzyków, że wyrzekli się swojej progresywnej przeszłości i teraźniejszości, by nagrać nie-progresywny album.
Nie chciałbym napisać wprost, że to „odejście” od rocka progresywnego to wina wyprawy w głąb wyobraźni, jaką zafundował nam główny kompozytor utworów, John Boegehold, ale nie można też nie wspomnieć, że jest to muzyk, który lubi tworzyć kompozycje bogate nie tyle w symfoniczne dźwięki, co wizualne skojarzenia przypominające narracje rodem z filmów. Nawet instrumenty towarzyszące, które słyszmy na tym wydawnictwie zdają się to potwierdzać: trąbki czy blaszane instrumenty dęte rodem z filmowych westernów; organy, które podkreślają najważniejsze wątki niczym akcenty poszczególnych sekwencji filmowych; kotły i instrumenty smyczkowe budujące i podkreślające atmosferę dramatyzmu. Taki zbiór pozwala na postawienie tezy, że najnowszy album to okołoprogresywna ścieżka dźwiękowa do nienakręconego jeszcze filmu. Ścieżka, która dodatkowo brzmi (tam, gdzie jest to potrzebne) filmowo, a zarazem piosenkowo z akcentem na narracyjność opowieści i dopracowane w każdym najmniejszym szczególe linie melodii.
Zgadzam się z tymi, którzy dokonują podziału tego albumu na dwie części: cztery dłuższe kompozycje (każda trwa mniej więcej osiem minut) - „Maybe All a Dream”, „A Flower Yet to Grow”, „Break Away” oraz „Slowly Falls the Flying Man” i cztery krótsze, bardziej konkretne i muzycznie zwięzłe - Jade Sky”, „Things I Don’t Do”, „Traveler on the Wrong Road Home” oraz „I Dream the World”. Oczywiście z podkreśleniem, że dwie ostatnie z tych dłuższych („Break Away” oraz „Slowly Falls the Flying Man”) stanowią bezsprzecznie najmocniejsze punkty albumu.
Otwierający album utwór „Maybe All a Dream”, po początkowym bardzo stonowanym i niemal filmowym początku, na szczęście ustępuje miejsca solidnym rockowym brzmieniom z perfekcyjnie (i jest to cecha całego albumu) zharmonizowanemu wokalowi. A wspomniana wcześniej filmowość pojawia się np. w szóstej minucie, kiedy rockowa piosenka zmienia się w bardzo ilustracyjnie brzmiącą balladę z dominującą ścieżką gitary akustycznej. Następujące po tym wątku solo gitary to ewidentna „pozostałość” po progresywnej przeszłości. W przypadku kompozycji „A Flower Yet to Grow” wokalna perfekcja Leonarda buduje i jednocześnie ratuje całość. Proszę uważnie posłuchać tonacji w jakiej zagrany jest ten utwór – to prawdziwe wyzwanie wymagające ekwilibrystyki od wokalisty. No i oczywiście solo gitary, które rozpyla leniwe dźwięki…
Czy „Jade Sky” (jedna z „krótszych” kompozycji) nie brzmi jak z westernu? A z kolei „Things I Don’t Do” (też krótszy utwór) - czyż nie jest balladą rozegraną według najlepszego przepisu aranżacyjnego?
Na ponad siedmiominutowy utwór „Break Away” trzeba zwrócić szczególniejszą uwagę. Na wokalny dwugłos i pojawiające się wreszcie symfonizujące dźwięki. To kompozycja dla słuchaczy progresywnych, pełna dobrze znanych i ciekawie zaaranżowanych momentów. Dostajemy pełnoprawny utwór przypominający najlepsze kompozycje Pattern-Seeking Aimals. Współpraca basu i gitary w czwartej minucie i potem w piątej – niezwykle udana. Ale tym, co zasługuje na uznanie jest wspaniały wokal Leonarda - pełen mocy i niezwykłego wyczucia melodii - a także pełne wspaniałych brzmień zakończenie.
Przyznam, że mam nieco więcej problemów z „polubieniem” utworu „Traveler on the Wrong Road Home”. Meksykańsko-westernowe trąbki i nieco dziwne pomieszanie wspaniałych linii wokalnych pełnych orkiestracji sprawia, że nie do końca rozumiem ideę, jaka przyświecała powstaniu tej kompozycji. Do tego wszystkiego dochodzi dwugłos nadający całości nieco abstrakcyjno-orientalnego charakteru, którego niezbędność jest co najmniej zastanawiająca. Bez wątpienia ta kompozycja wyróżnia się swoją oryginalnością, co pewnie jednych skłoni do dalszego słuchania, a innych… nieco zniechęci.
Wraz z pierwszymi minutami utworu „Slowly Falls the Flying Man” zmienia się „dekoracja” tego albumu. Z pustynno-stepowego Meksyku przeskakujemy nagle w czasy średniowiecza, w czasy Tudorów. I choć przeskok ten może zdziwić na początku, to nie jest to zdziwienie podobne do tego z poprzedniego utworu. Mimo osadzenia w ramach średniowiecznego poematu muzycznego szeregu akcentów smyczkowych w wykonaniu niezastąpionego Joego Deninzona, utwór brzmi nowocześnie, ponownie radując uszy słuchaczy muzyki progresywnej. Bo jest tu niemal wszystko czego fan prog rocka potrzebuje i szuka: fragmenty utrzymane w klasycznym rockowym duchu, partie instrumentalne w nietypowych metrum, harmonie wokalne i mnóstwo progresywnych smaczków. To apogeum muzyczne tego wydawnictwa. Wszystko, łącznie z fantastycznym wokalem Leonarda, jest po prostu akuratne.
I wreszcie finałowe nagranie „I Dream the World” – niezwykle popowe zakończenie płyty z refrenem, który łatwo wpada w ucho. Nadaje się do nucenia – zaręczam.
Po wielokrotnym przesłuchaniu tego krążka ciśnie mi się na usta jedno spostrzeżenie: całość jest bardzo, ale to bardzo „klawiszowa”. Zniknęła gdzieś rockowa zadziorność, progresywna zmienność, a zastąpiły je pasażowe, melodyjne linie syntezatorów budujące zrównoważony muzycznie świat ilustracyjnych opowieści, w którym porzuca się emocje na rzecz łagodnych, wokalnie wspaniałych i wyważonych aranżacyjnie utworów, które nie roszczą sobie żadnych praw do konceptualności. To po prostu ładna płyta z toczącymi się swoim własnym rytmem piosenkami, które po pewnej segregacji można śmiało umieścić na jakiejś playliście przeznczonej na wolne popołudnie. Może to jest dobry kierunek dla dalszego rozwoju muzyki zespołu Pattern-Seeking Animals? Może w taki sposób uda im się odciąć od skojarzeń ze Spock’s Beard? W miarę kolejnych przesłuchań gotów jestem w to uwierzyć.
I warto jeszcze dodać, że wiele ze „smaczków”, które spotykamy na tym krążku to także efekt uczestnictwa wspaniałych gości: Candy’ego Girarda (skrzypce), niezrównanego Joe Deninzona z grupy Kansas (skrzypce), Johna Fumo, który jest odpowiedzialny za egzotyczne brzmienia trąbki w utworze „Traveler on the Wrong Road Home”, flecistki Susan Winsberg (w utworach „Maybe All A Dream” i „Slowly Falls The Flying Man”) oraz wokalistki Diane Boothby, która wraz z Tedem Leonardem kreuje perfekcyjne linie wokalne i udziela się w chórkach. I choć skład zespołu Pattern-Seeking Animals jest, jak dotąd, wciąż ten sam co na poprzednich wydawnictwach, to chyba nie będzie żadną przesadą stwierdzenie, że ta płyta to zasługa przede wszystkim klawiszowca Johna Boegeholda, który jest odpowiedzialny za całą muzykę, jaka się tu pojawia.
