„Kto wchodzi do labiryntu, musi pogodzić się z tym, że wyjdzie z niego już kimś innym”.
Debiutancki album State Of Mind, młodego grudziądzkiego zespołu, który w 2025 roku dał się poznać jako support Closterkellera podczas „Argento Tour”, jest dziełem zaskakująco dojrzałym jak na tak świeżą formację. SOM powstał w marcu 2021 roku, a ich muzyka - fuzja metalu progresywnego, rocka atmosferycznego i gotyckiego mroku - szybko zaczęła krążyć wśród fanów klimatycznego grania. W składzie znajdują się: Marlena Lepka (wokal), Marcin Warzyński (gitara), Michał Kusz (bas), Jakub Michalak (klawisze) i Dariusz Wesołowski (perkusja). To właśnie oni, pod skrzydłami Lynx Music, stworzyli „Labirynt uczuć” - album, który nie jest zwykłą kolekcją utworów, lecz architekturą emocji, w której każdy korytarz prowadzi do innego fragmentu ludzkiej duszy.
„Moja wojna” otwiera płytę jak uderzenie tarczy o tarczę. To nie jest piosenka - to deklaracja. Marlena Lepka śpiewa tu tak, jakby próbowała wyrwać się z własnego cienia, a sekcja Kusza i Wesołowskiego maszeruje niczym armia, która zna tylko jeden kierunek: naprzód. W tej kompozycji słychać gniew, determinację, ale też kruchość - jakby ktoś próbował poskładać siebie na nowo, wiedząc, że nie wszystkie fragmenty wrócą na swoje miejsce.
„W mojej głowie” jest jak klaustrofobiczny zaułek, w którym echo odbija się od ścian zbyt szybko, by je złapać. Warzyński prowadzi gitarę tak, jakby próbował przeciąć gęstą mgłę myśli, a klawisze Michalaka tworzą przestrzeń, która jednocześnie przyciąga i przeraża. To utwór o natłoku emocji, o gonitwie, o tym, że czasem największym przeciwnikiem jest własny umysł.
„Ciemna Pani” to serce albumu — monumentalna gotycka baśń o archetypie cienia. Marlena śpiewa tu jak narratorka mrocznej legendy, a muzyka SOM przypomina najlepsze momenty Closterkellera czy Artrosis, choć nie jest ich kopią. To opowieść o tym, co w człowieku nieoswojone, niepokorne, niechciane - o tej części nas, która zawsze wraca, nawet jeśli próbujemy ją zamknąć w najgłębszym korytarzu labiryntu.
„Pomimo wszystko” przynosi ukojenie, ale nie łatwe. To ballada, która wznosi się ku niebu na skrzydłach majestatycznych klawiszy Michalaka, a jednocześnie niesie w sobie ciężar decyzji, które podejmuje się wbrew rozsądkowi. Marlena brzmi tu jak ktoś, kto nauczył się mówić „tak” światu, nawet jeśli świat nie zawsze odpowiada.
„Cisza, która mówi” jest paradoksem - kompozycją, w której pauzy ważą więcej niż najcięższe riffy. To utwór o tym, że czasem najgłośniejsze są rzeczy niewypowiedziane. Wesołowski gra tu z niezwykłą wrażliwością, a całość przypomina spacer po pustym mieście o trzeciej nad ranem, kiedy każdy krok odbija się echem w sercu.
„Labirynt pokus”, singiel zapowiadający album, jest jak rozstaj dróg. Chwytliwa linia melodyczna kusi, ale pod nią kryje się ostrzeżenie - że pragnienia potrafią być pułapką, a to, co błyszczy, nie zawsze prowadzi do światła. To utwór o wyborach, które wydają się proste, dopóki nie zobaczymy ich konsekwencji.
„Prolog” umieszczony pod koniec płyty jest zabiegiem odważnym i symbolicznym. Zapętla czas, sugerując, że każdy koniec jest wstępem do nowej opowieści. To jak otwarcie drzwi w miejscu, gdzie spodziewaliśmy się ściany.
Album zamykają „Afirmacje” - katharsis, w którym muzyka godzi ogień metalowego ciężaru z wodą atmosferycznego spokoju. To utwór o pogodzeniu się z własnym labiryntem, o tym, że nie trzeba znać wszystkich wyjść, by iść dalej.
„Labirynt uczuć” jest dziełem spójnym, dojrzałym, pełnym emocjonalnej odwagi. State Of Mind nie kopiuje mistrzów - tworzy własną, intymną opowieść o bliskości, samotności i nieustannej walce serca z rozumem. To album dla tych, którzy nie boją się zgubić w mroku, by odnaleźć własne światło. A jeśli ktoś zapyta, czy warto wejść do tego labiryntu, odpowiem tak, jak czuję: warto - bo niektóre drogi prowadzą nie do wyjścia, lecz do siebie.
„Kto szuka światła, musi najpierw nauczyć się chodzić po ciemku”.
