Godsticks – VOiD

, Maciej Niemczak

Są albumy, które zaczynają się jak rozmowa, są takie, które otwierają się jak drzwi i są takie, które po prostu zapadają — jak podłoga, która nagle znika pod stopami. “VOiD” należy do tej trzeciej kategorii. To płyta, która nie wita słuchacza, lecz wciąga go w ciemność, jakby chciała powiedzieć: „nie ma już odwrotu”. Godsticks — dziś tworzeni przez Darrana Charlesa, Gavina Bushella, Francisa George’a i Toma Price’a — dojrzeli nie jak wino, lecz jak rana, która z czasem przestaje krwawić, ale nigdy nie przestaje boleć. Ich muzyka nie jest komentarzem do świata. Jest jego odbiciem — zimnym, ostrym, bezlitosnym.

Zaczyna się od utworu „M.I.A.”, który wdziera się w przestrzeń jak nagły podmuch wiatru, który otwiera okno w środku burzy. Riff nie daje czasu na przygotowanie, nie daje nawet chwili na oddech. Jest jak syrena alarmowa: świat już płonie, a Ty dopiero się budzisz. Wokal Charlesa drży, ale nie ze słabości — z napięcia, które gromadziło się latami, z głosów, które wracają w najmniej odpowiednich momentach, przypominając o wszystkim, co miało zostać zapomniane. To otwarcie jest jak zimny metal przy skroni: szybkie, konieczne, nieuniknione.

„Hold Back” nie przynosi ulgi. To próba utrzymania emocji na wodzy, próba, która kończy się tym, że wodze zaczynają parzyć dłonie. Gitary Charlesa i Bushella pracują jak dwa przeciwstawne żywioły — jeden tnie przestrzeń krótkimi, nerwowymi frazami, drugi próbuje ją rozciągnąć, znaleźć w niej miejsce na oddech, choćby najmniejszy. Produkcja jest sterylna, niemal laboratoryjna, jakby zespół analizował własny gniew pod mikroskopem, wiedząc, że za chwilę i tak wymknie się spod kontroli.

„Watch It Burn” to trzy minuty czystej rezygnacji. Nie ma tu walki, nie ma krzyku, nie ma nawet próby ratowania czegokolwiek. Jest tylko obserwacja. Riffy są jak iskry, które zapalają kolejne warstwy niepokoju, a perkusja Price’a prowadzi ten marsz w stronę czegoś nieuniknionego. To utwór o człowieku, który stoi na skraju i patrzy, jak świat, który znał, rozpada się na jego oczach. Nie protestuje. Nie błaga. Po prostu patrzy.

W „Master of a Plan” zespół zwalnia, ale nie po to, by dać słuchaczowi odpocząć. To moment, w którym bohater próbuje zrozumieć, gdzie popełnił błąd — i odkrywa, że plan, który miał go prowadzić przez życie, nigdy tak naprawdę nie istniał. Muzycznie najbliżej Godsticks do melancholijnej przestrzeni The Pineapple Thief czy wczesnego Porcupine Tree: szerokie akordy, grunge’owy wokal, subtelne napięcie narastające jak ciśnienie w zamkniętym pomieszczeniu. To utwór o iluzji kontroli i o jej bolesnym końcu.

„Torn Again” wraca do intensywności, ale tym razem bardziej dramatycznej, niemal filmowej. Struktura utworu przypomina labirynt, w którym każdy zakręt prowadzi do kolejnego rozdarcia. Smyczki pojawiają się jak echo emocji, których nie da się już ukryć, a gitary rwą przestrzeń na strzępy. To muzyka człowieka, który po raz kolejny próbuje się poskładać — i po raz kolejny rozpada się w dłoniach, jak porcelana pamiętająca każdy upadek.

„Can’t Withstand” zaczyna się wyznaniem, które nie pozostawia miejsca na interpretację. To utwór o granicy, której nie da się już przesunąć, o momencie, w którym człowiek przestaje walczyć z rzeczywistością, bo ta walka stała się zbyt ciężka. Industrialny puls, djentowe zacięcia, melodia próbująca przebić się przez mrok — wszystko to tworzy obraz człowieka stojącego na krawędzi, który wie, że kolejny krok może być ostatnim.

„Ruthless Coward” to portret tchórzostwa, które nie jest słabością, lecz formą przetrwania. Riffy są tu jak splątany drut kolczasty, a perkusja prowadzi słuchacza przez ciemność, w której każdy krok może być błędem. To utwór o człowieku, który boi się świata — ale jeszcze bardziej boi się siebie.

Dwuczęściowe „Talking Through Walls” jest sercem albumu — minisuitą, która pokazuje, jak daleko Godsticks zaszli w budowaniu emocjonalnej dramaturgii. Pierwsza część jest jak szept zza ściany, jak próba rozmowy z kimś, kto od dawna nie słucha. Druga część eksploduje napięciem, jakby wszystkie niewypowiedziane słowa nagle znalazły ujście. Harmonie są tu jak echo w pustym domu, a gitary jak próba przebicia się przez mur własnych lęków. To moment, w którym album osiąga pełnię — nie techniczną, lecz emocjonalną.

„Hope Is Burning” zamyka płytę w sposób, który nie przynosi ulgi. Nie ma tu katharsis, nie ma rozwiązania, nie ma światła. Jest tylko świadomość — cicha, powolna, nieunikniona. Nadzieja płonie tu najciszej, jakby bała się, że jeśli zapłonie mocniej, ktoś ją zgasi. To finał, który nie daje odpowiedzi, ale daje prawdę. A czasem to więcej.

''VOiD'' w historii Godsticks jest albumem granicznym — nie dlatego, że jest najcięższy, ale dlatego, że jest najbardziej szczery. ''Spiral Vendetta'' było techniczną ciekawostką, ''Emergence'' wejściem w cięższe rejony, ''Faced With Rage'' pierwszym poważnym mrokiem, a ''This Is What a Winner Looks Like'' próbą okiełznania gniewu. ''VOiD'' jest pełnym zanurzeniem w ciemność — nie po to, by się w niej zatracić, lecz by wreszcie przestać udawać, że jej nie ma.

To nie jest płyta, którą się słucha. To płyta, którą się przeżywa. To muzyka dla ludzi, którzy wiedzą, że świat przestał być miejscem dialogu, a stał się miejscem krzyku. Dla tych, którzy czują, że współczesność zamieniła się w labirynt bez wyjścia. Dla tych, którzy rozumieją, że czasem jedynym sposobem na przetrwanie jest wycofanie się do własnej pustki.

Godsticks stworzyli album, który nie daje nadziei — ale daje prawdę. A czasem to więcej.

MLWZ album na 15-lecie Dwa koncerty legendarnej formacji 'UK Revisited' Eddiego Jobsona w Polsce. Marillion Weekend w Polsce: 3-4 kwietnia 2027r., Kraków, Centrum Kongresowe ICE IQ w przyszłym roku wraca do Polski Zespół Rush wystąpi w Krakowie Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026